Nie okaleczajcie chłopców, pozwólcie im na rozwój

Mandala szesnastoramienna. Autor: Żdan BorodJakież to może być słowiańskie odrodzenie, kiedy oglądamy zdjęcia z pięknych osad rodowych, drewniane domy, wspaniałe sady i ogrody, a w nich ostrzyżonych chłopców?

To nie tyle słowiańskie odrodzenie czy odbudowa Rodu, co jedynie pewien krok ku Matce Przyrodzie, ucieczka od zgiełku miejskiego, dostęp do lepszej żywności, zainteresowanie rodzimą tradycją itd. To sporo. Niemniej podstawowe intencje pozostały niezmienione, dlatego perspektywy i skuteczność takiego odrodzenia stoją pod znakiem zapytania.

Chłopiec jest nadzieją Rodu, ponieważ to on będzie w przyszłości Ród prowadził. I teraz bierze się takiego chłopca i okalecza, obcinając mu włosy, bo tak się przyjęło. Nie ma tu mowy o żadnej wyższej świadomości, o żadnej głębszej przemianie w duszy człowieka, jeśli nie stać go nawet na refleksję nad tym prostym faktem. Nie ma też sensu robić sobie nadziei na pogłębienie więzi z przyrodą, skoro ignoruje się znaczenie włosów dla człowieka.

Zabieg obcinania włosów różni się od kastracji faktem braku bólu i szybkiej regeneracji włosów. Negatywne skutki tych dwóch operacji są jednak jak najbardziej porównywalne, tyle że ścięcie włosów wiąże się bezpośrednio z zaburzeniami w wyższej sferze świadomości, a nie w niższej (instynkcie). Człowiek z obciętymi włosami nie rozwija się prawidłowo. Rozwój dziewczynek postępuje zazwyczaj szybciej ze względu na fakt, że pozwala im się na noszenie długich włosów. Włosy są bezpośrednio powiązane z mózgiem, ich kondycja koresponduje z pracą przysadki i szyszynki. Swobodny wzrost włosów warunkuje swobodne kształtowanie się osobowości. Im wcześniej dochodzi do przycinania włosów, tym większe spustoszenie sieje ono w umyśle dziecka, pozbawionego subtelnych impulsów informacyjnych.

Łysienie typu męskiego, które obecnie dosięga średnio co drugiego mężczyznę, tłumaczy się zbyt dużą ilością agresywnego dihydrotestosteronu, co spowodowane jest nadaktywnością enzymu 5-alfa-reduktazy. To prawidłowe, fizjologiczne wyjaśnienie tego zjawiska. Każde zjawisko fizjologiczne ma natomiast swoje podłoże psychologiczne, każda choroba ma źródło w umyśle. Warto zauważyć, że łysienie androgenowe najbardziej rozpowszechnione jest w Europie i USA, a przybierało na sile wraz z rozwojem cywilizacji. Duchową przyczyną powszechnego łysienia mężczyzn jest praktykowane od wieków strzyżenie chłopców i związane z tym obniżenie świadomości. Włosy od dziecka nie spełniają swojej naturalnej funkcji, jaką jest przewodzenie informacji (m. in. z otoczenia). Nieużywany narząd zanika i w ten sposób dochodzi do osłabienia i zaniku włosów u męskiej populacji. Naturalnie, nie każdy strzyżony od dziecka mężczyzna łysieje, to proces o charakterze ewolucyjnym, postępujący na przestrzeni pokoleń. W państwach azjatyckich, np. w Chinach, Japonii, Korei, Malezji, nie dotkniętych masową chrystianizacją, włosy u mężczyzn nie były rygorystycznie skracane – problem łysienia męskiego jest tam procentowo o połowę mniejszy. U rdzennych plemion Ameryki, gdzie długie włosy u chłopców od zawsze były czymś oczywistym, łysienie typu męskiego nie występuje w ogóle.

Włosy odpowiadają także za łączność międzyludzką. Kryzys relacji ojcowsko-synowskich, jaki obserwujemy od wielu lat (jeśli nie wieków), to również wynik okaleczania chłopców i mężczyzn. Z mamą łatwiej nawiązać dobre relacje, ponieważ ojciec został pozbawiony narzędzi potrzebnych do tworzenia więzi rodzinnych. Spowodowało to odsunięcie mężczyzn od spraw rodziny i wychowania, czego dopełniły spustoszenia wśród męskiej populacji dokonane przez wielkie wojny ubiegłego stulecia.

Ponadto włosy wiążą się z szyszynką, a szyszynka z intuicją. Dziś mówi się tylko o „kobiecej intuicji”. A jak mężczyzna ma prowadzić Ród bez korzystania z intuicji? Żeńska intuicja różni się od męskiej. Dawniej mężczyźni używali swojej intuicji do męskich działań związanych ze sprawami narodu, używali jej w terenie, w celach obronnych itd. Mężczyzna, jak najbardziej, powinien korzystać z intuicji żony, ale bez intuicji własnej skazany zostaje na dezorientację. Redukowanie włosów spowodowało znaczne osłabienie intuicji u mężczyzn oraz wpłynęło na rozplenienie się „gruboskórności” jako męskiej cechy. W rzeczywistości jest to cecha człowieka otępiałego, odciętego od informacji. Wrażliwość to zdolność do ich odbierania.

Ścięte włosy oznaczają poddaństwo. Zwyczaj skracania włosów u mężczyzn (a także golenia zarostu) pojawił się na naszych ziemiach po zapanowaniu chrześcijaństwa. Znamiennym jest zezwolenie na nieskrępowany wzrost włosów u kobiet. Chrześcijaństwo to wiara matriarchalna, kult księżycowy zaprowadzony w miejsce kultu Słońca. W ciągu dziesięciu wieków doszło do dekonstrukcji resztek systemu patriarchalnego i rozpowszechnienia się tego, co mamy obecnie.

Pojęcie patriarchatu wywołuje dziś alergię, ale to kolejna oznaka nieświadomości i ignorancji. Jeśli weźmiemy pod uwagę oczywisty fakt, że męska siła jest siłą przewodzącą i prowadzącą, a żeńska ulegającą i zachowawczą, wtedy wątpliwości dotyczące patriarchatu i matriarchatu tracą rację bytu. W gruncie rzeczy nie istnieje coś takiego, jak matriarchat; kiedy siła żeńska próbuje grać męską, czyli przewodzić, dochodzi do pomieszania: przestaje istnieć męskie i żeńskie. Taki sam skutek powoduje tzw. równouprawnienie („ani patriarchat, ani matriarchat”). Istnieją więc relacje naturalne (które można określić jako patriarchalne) oraz relacje nienaturalne, które wywołują chaos.

Oczywiście, pozostaje jeszcze kwestia praktycznej realizacji stosunków patriarchalnych. Możemy spotkać się z różnymi wizjami takich relacji. Jak na mój gust, wiele z przekazów, które według autorów odnoszą się do dawnych stosunków męsko-żeńskich, cały czas nosi znamiona zawoalowanego niewolnictwa, a ostrzyżone głowy prelegentów i ich synów zdają się to doskonale obrazować.

Jakkolwiek nieprzyjemnie to zabrzmi, część z powstających osad rodowych może okazać się hodowlami dorodnych niewolników. Wydajny niewolnik jest silny, dobrze (naturalnie) się odżywia, ma pewne zasady moralne, które trzymają go w ryzach. Delegowanie części stada bliżej natury, tak by się zregenerowało i wydobrzało, jest jak najbardziej w planie ciemnych sił.

Powoli także w Polsce powstają osady inspirowane ideami zawartymi w książkach o syberyjskiej Anastazji. Idzie to pomału, a to dlatego, że przekazy Anastazji nie wystarczą do stworzenia silnej społeczności. Nie wystarczą, ponieważ reprezentują energię żeńską, a owoce wydaje tylko współdziałanie dwóch energii. Problem w tym, że męskie przekazy nie cieszą się już taką popularnością, nie są już tak słodkie, jak słowa Anastazji. Jako taki posłuch znajdują jeszcze wywody delikatniejszych czy bardziej umiarkowanych mężczyzn, najczęściej ostrzyżonych i ogolonych, jak Oleg Gadecki czy Luczis Pustota (których zresztą bardzo szanuję). Inni uważani są za fanatyków, więc budzą obawy i niechęć (tu z kolei przykład Aleksieja Trehlebowa i Grigorija Lewszunowa). Jeśli do osad anastazjowych nie trafi męska energia duchowa, nic się z nich nie urodzi. Życzę im jak najlepiej, ale to przecież jasne jak słońce.

Wiedza o znaczeniu włosów jest zatem ignorowana po trochu z powodu strachu przed męską mocą,  po trochu z powodu własnego „widzimisię”, a spotyka się również teksty (np. Julii Bożenowej) mówiące o tym, jakoby ścinanie włosów sprzyjało męskiej energii. Pogląd taki prawdopodobnie wywodzi się od prawosławnych starowierców, którzy zachowali dużo dawnej, słowiańskiej wiedzy. Jednak u nich ścinanie włosów mężczyznom to konieczność wynikająca z religijnej (poddańczej) natury chrześcijaństwa.

Nie zamierzam siać defetyzmu. Wstaje już Dzień Swaroga i odrodzenie ludzkości, tak czy owak, nastąpi, a powrót do przyrody stanowi jeden z jego fundamentów. Dzień i noc nastają i mijają, lecz można je przeżywać w różny sposób. Ostatnią Noc Swaroga przeszliśmy, mimo wszystko, dość łagodnie. Tak samo będzie z Dniem Swaroga. On po prostu nastaje, a jak go przeżyjemy, to już zależy od nas. Wzrost świadomości ludzi dokona się, przy czym może nabrać większego lub mniejszego rozmachu.

Obraz zdrowych, właściwych relacji patriarchalnych każdy tworzy sam, nie ma jedynej słusznej sztancy dobrego, słowiańskiego związku (to byłaby najprostsza droga do niewolnictwa). Są pewne naczelne prawa, uniwersalia, które należy realizować indywidualnie, zależnie od własnej osobowości. Diabeł tkwi w szczegółach. Włosy i broda to tylko szczegół, prawda?

Żdan Borod

Wedruski romantyzm, boskie połówki, skutki przywiązania, potęga Miłości

Kupała, mandala słowiańska, autor: Żdan BorodŚwięto Kupały za pasem, toteż będzie dziś o miłości (tej przez małe i duże M). Punktem wyjścia jest natomiast niezbyt miłosne zjawisko: wojna.

Wiele źródeł mówiących o życiu naszych Przodków wspomina o żeńczynach walczących z wrogiem. Obrazy tej walki są różne, lecz wynika z nich, że dawne Słowianki znały rzemiosło wojenne.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na jakąś lisią robotę. Żeńczyny chwytające za miecz to przecież podstawowe zaprzeczenie ról męskich i żeńskich (wojowniczość to cecha typowo męska).

Sądzę jednak, że nie chodzi tu o fałszywe przekazy mające nas zwodzić. Co warto zauważyć, wszystkie (przynajmniej te znane mi) opowieści o walczących żeńczynach dotyczą ostatnich lat trwania kultury słowiańskiej.

Z najdłuższym, a zarazem najbardziej radykalnym opisem wojujących żeńczyn spotkałem się za sprawą tłumaczenia książki Aleksandra Sawrasowa Kultura i okultyzm (ze strony Wiedza od Przodków z dolmen, którą polecam). Fragment nosi tytuł: Wieczność dwojga nierozłącznych serc. To przekazana autorowi relacja jednego z wodzów legionów rzymskich ze starcia z Wedrusami. Jej fragment:

Dochodziła ledwo słyszalna pieśń i muzyka. Kobiety (one były w większości) razem z mężczyznami (ich było dużo mniej) bez strachu a nawet z jakimś entuzjazmem, bardzo umiejętnie radziły sobie ze wszelkimi subtelnościami wojennej sztuki, chłodno i rozważnie wiodły bój z moimi żołnierzami.

W dalszej części tekstu wyjaśnia się, że żenczyny ruszyły do boju razem z mężczyznami, gdyż łączyła ich z nimi nierozerwalna więź miłości:

Oni nie mogli rozstać się nawet na minutę. Tak, nie mogli. Bólem nie do wytrzymania, dosłownie bólem nie do wytrzymania napełniały się ich dusze i wyszli oni na obronę swoich wsi i swojej ziemi razem, tak jak i wiele innych par, dlatego że nie mogli znieść rozstania.

Ta na wskroś idealistyczna wizja relacji męsko-żeńskich przedstawiona w książkach Sawrasowa, podobnie jak w książkach Władimira Megre, jest swoistym objawieniem. Epifaniczne połączenie miłości ludzkiej i boskiej to nowa jakość w duchowości.

Przyzwyczailiśmy się raczej do traktowania „ziemskiej miłości”, uczuć między mężczyzną i żeńczyną, jako czegoś „niższego”, oznaki przywiązania, od którego należałoby się uwalniać (w imię duchowej ewolucji). Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że przywiązanie skłoniło wedruskie żeńczyny do zajęcia się walką – może kryć się w tym sporo prawdy.

Fakt, że ukochani nie mogli rozstać się choćby na minutę, jest piękny. Mnie, jako człowieka o romantycznej duszy, takie słowa napełniają jedynie zachwytem. To także optymistyczna opozycja wobec dość mocno rozpowszechnionego dziś egoizmu: jednostek, które „potrzebują tylko siebie”. Dla niektórych ma to być oznaką wysokiego poziomu rozwoju duchowego – oświecenie to faktycznie brak potrzeb. W takie zaułki wpada się próbując pojąć oświecenie intelektualnie (czyli przez ego).

Ale faktem jest też, że przywiązanie przynosi stratę i śmierć – można powiedzieć, że zostało to wręcz udowodnione naukowo (empirycznie). Romantyczna kraina Wedrusów zginęła, przytoczona powyżej relacja kończy się śmiercią pary zakochanych, Wszejasława i Lubawy.

Moim zdaniem nie ma sprzeczności między miłością ludzką i boską. Oczywiście, że nie ma sprzeczności, to byłby absurd. W pewnym momencie miłość ludzka wzięła u Wedrusów górę nad Miłością boską i doszło do poważnego zaburzenia równowagi. Nie znaczy to, że Werdusowie odwrócili się od Boga, czy o Nim zapomnieli. Niemniej równowaga została zaburzona.

Zakochanie może obrać trzy kierunki: do góry, w dół, a może też krążyć w środku. W naszych czasach najczęściej zmierza ku dołowi: ludzie poznają się, zakochują w sobie i dość szybko zaczynają zajmować się seksem (fizycznym). To droga w dół, do genitaliów, królestwa instynktów. I takie zakochanie prędko schodzi jeszcze niżej, zostaje uziemione i pogrzebane. Z tego powodu dzisiejsze relacje trwają krótko, a jeśli nawet przeradzają się w dłuższy związek, to niechybnie pojawia się w nich marazm.

Bliskość cielesna może służyć wznoszeniu do góry, jeżeli stosuje się podejście tantryczne, lecz wymaga to uwagi i rozwagi. Zakochanie wzniesione ku górze dodaje człowiekowi skrzydeł, może otworzyć w nim wyższe postrzeganie rzeczywistości, budzić niesamowite moce duchowe itd.

U późnych Wedrusów energia zakochania krążyła w środku, pozostawała na poziomie serca. Taki stan nie może trwać długo, w naturze nie istnieje stagnacja. Kumulowanie ludzkiej miłości na poziomie serca (bez sublimacji do Miłości) prowadzi do silnego przywiązania, a silne przywiązanie skutkuje śmiercią. I wtedy dopiero, po śmierci, miłość unosi się do nieba, wraz z duszami zakochanych.

Zatrzymywanie energii w środku, w sercu, charakterystyczne jest dla tzw. połówek (to znaczy, zostaje u nich doprowadzone do skrajności). W przytoczonym tekście Aleksandra Sawrasowa pojawia się nawet słowo „połówka”. Jeśli w naszym życiu pojawia się nasza prawdziwa, absolutna, boska połówka, może to oznaczać dwie rzeczy: albo oświecenie, albo śmierć. Tak, wóz albo przewóz. Jeśli połówki spotykają się zbyt wcześnie – zakochani giną. Dzieje się tak, ponieważ zatrzymana zostaje ewolucja duchowa. To jakby „przedwczesne oświecenie”, jakby zerwać niedojrzały owoc albo otworzyć kokon przed czasem. Dusza na nieodpowiednim poziomie rozwoju nie poradzi sobie z tym. To ogromny (bardzo przyjemny) szok energetyczny – u zbyt młodej duszy działa on podobnie jak narkotyk. Dusza taka zapomina o całym świecie, liczy się tylko przebywanie z drugą połówką.

Wśród Wedrusów w pewnym momencie zaczęło się wcielać wiele takich połówek. Można by więc powiedzieć, że inkarnacja dużej ilości połówek doprowadziła do upadku Słowiańszczyzny, ale można i ująć sprawę odwrotnie: kres Słowiańszczyzny (związany z Nocą Swaroga) stanowił doskonałą okazję dla dusz chcących doświadczyć przedwczesnego zbliżenia z połówkami. Wszystko jest połączone i zapętlone, przyczyna przechodzi w skutek i skutek w przyczynę, jan przechodzi w jin i odwrotnie.

Upadek rodzimej kultury słowiańskiej był elementem naturalnych cyklów kosmicznych. Cykle te są w naszym wszechświecie naturalne, ale oczywiście ludzkość może je przechodzić w różny sposób. Kalijuga może być ostrzejsza lub łagodniejsza, tak jak bardziej lub mniej surowa może być zima: to zależy, co ludzie sobie wybiorą, co na siebie sprowadzą, co sobie wykreują.

I wszystkie przyczyny także są ze sobą połączone. Bo i zajmowanie się żeńczyn sztuką wojenną prowadzi do upadku, do utraty u nich żeńskiej (ochronnej) energii, a męskiej u mężczyzn. Tak jak wspomniałem na początku: wojujące żeńczyny pojawiają się wśród Słowian tylko w momentach bliskich zagłady. To świadczy poniekąd też o tym, że mężczyźni są wtedy osłabieni i nie potrafią sami obronić ojczyzny: potrzebują niejako wsparcia (fizycznego) kobiet. A to, w grunice rzeczy, tylko pogarsza sytuację, lecz cóż począć: błędne koło przyczyny i skutku już ruszyło.

Z tekstu Sawrasowa można również wyciągnąć inne wnioski. Skoro żeńczyny poszły w bój za swoimi mężami, a jednocześnie stanowiły zdecydowaną większość, to najwyraźniej u Wedrusów standardem było wielożeństwo. Mnie to nie dziwi, jakkolwiek wydaje się kłócić ze wspomnianym idealizmem. Przez wieki chrześcijaństwa tak silnie wpojono nam jedyny słuszny wzorzec jednożeństwa, że poligynia budzi dziś zgorszenie.

Z jedno- i wielożeństwem jest trochę tak, jak z jedno- i wielobóstwem. Wiara dawnych Słowian nie była ani jednym, ani drugim. Nie było u nich programowego monoteizmu, ale i współczesne wyobrażenie o pogańskim wielobóstwie jako opozycji do jedynobóstwa zakrawa na przekłamanie. Nie ma sprzeczności między jednością a wielością („jedność w wielości”).

Kiedyś żartowałem sobie, że w serii książek o Anastazji również przedstawiono związek poliginiczny, bo przecież Anastazja związała się z Władimirem wiedząc, iż jest żonaty. I w „Anastazji”, i w „Dolmenach”, wielożeństwo ukryte zostało między wierszami, ponieważ wyrażone w sposób otwarty nigdy nie zyskałoby akceptacji, cały przekaz zmarnowałby się.

Żeńczyny: nie bójcie się wielożeństwa. Owszem, jednożeństwo też jest właściwe. Skoro przed oświeceniem łączymy się z idealnymi połówkami, to znaczy, że doświadczamy wtedy relacji monogamicznej: połowy są przecież tylko dwie. Ale, tak czy owak, nie przywłaszczajcie sobie mężczyzny. Bo mężczyzną i tak powinnyście się dzielić: jeśli nie z innymi żeńczynami, to z narodem i ojczyzną. Świat mężczyzny nie ogranicza się do rodziny – to także cały naród, ojczyzna, Galaktyka: cały świat zewnętrzny.

Walczące żeńczyny mogą przywodzić na myśl walkirie z naszej mitologii. Walkirie rzadko stawały do walki, włócznie i tarcze nosiły bardziej dla ozdoby. Jednocześnie pojawiają się jako zwiastun problemów miłosnych i rodzinnych. Mitologiczne relacje pełne są napięć, konfliktów i intryg.

Jakie czasy, taka mitologia. W mitologii greckiej i rzymskiej sprawy wyglądają przecież jeszcze gorzej. To wszystko przestrogi przeznaczone na Epokę Lisa. Bo gdybyśmy mieli stawać się takimi bogami, co to się kłócą, knują i trują, to ja dziękuję za taką boskość. Podobnie rzecz ma się ze słowiańskimi bajkami: to bajki na Epokę Lisa. Mamy w tych bajkach i ustrój feudalny, i głupich carów, dzieją się tam różne dziwne, czasem straszne rzeczy, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, a po drodze dostajemy cenne wskazówki.

Dla nas najwyższy obraz żeńczyny to obraz Łady, Bogurodzicy. Widział ktoś Ładę z mieczem?

Żeńczyny mogą, a nawet powinny bronić ojczyzny. Tyle, że nie mieczem, ani karabinem. To niweczenie ich żeńskiej mocy. Marny tego sens. Przecież żeńczyny ostatnich Wedrusów, miast machać żelazem, mogłyby ochraniać swoich mężczyzn energetycznie. Swtorzyć im taki krąg ochronny, taką energetyczną zbroję, że nic ich nie tknie. No właśnie, tylko to przywiązanie. Miłość chroni, miłość to najdoskonalsza tarcza. Kiedy jednak przemienia się w przywiązanie – traci swoje subtelne, ochronne właściwości. Staje się zbyt gęsta, zbyt ciężka. I wtedy w ruch musi pójść żelazo.

Miłość to najlepsza ochrona i mężczyzna pełen Miłości też nie potrzebuje miecza i żadnej innej broni. Może go oczywiście gdzieś tam sobie trzymać dla ozdoby. Istnieją bezkontaktowe sztuki walki, a jeszcze skuteczniejsza jest Miłość. Ta boska, przez duże „M”. Dobrze opisano to w znanej książce „Życie i nauka mistrzów Dalekiego Wschodu”. Mistrzowie zostali zaatakowani przez uzbrojoną po zęby armię bandytów. Naturalnie, mistrzom nic się nie stało. Bandyci zaś wyszli z pojedynku zmasakrowani, chociaż mistrzowie nie kiwnęli palcem. Ale mistrzowie potem ich wyleczyli. Nie wierzysz? To w co wierzysz?

Ja wierzę w Miłość.

Żdan Borod