Wedruski romantyzm, boskie połówki, skutki przywiązania, potęga Miłości

Kupała, mandala słowiańska, autor: Żdan BorodŚwięto Kupały za pasem, toteż będzie dziś o miłości (tej przez małe i duże M). Punktem wyjścia jest natomiast niezbyt miłosne zjawisko: wojna.

Wiele źródeł mówiących o życiu naszych Przodków wspomina o żeńczynach walczących z wrogiem. Obrazy tej walki są różne, lecz wynika z nich, że dawne Słowianki znały rzemiosło wojenne.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na jakąś lisią robotę. Żeńczyny chwytające za miecz to przecież podstawowe zaprzeczenie ról męskich i żeńskich (wojowniczość to cecha typowo męska).

Sądzę jednak, że nie chodzi tu o fałszywe przekazy mające nas zwodzić. Co warto zauważyć, wszystkie (przynajmniej te znane mi) opowieści o walczących żeńczynach dotyczą ostatnich lat trwania kultury słowiańskiej.

Z najdłuższym, a zarazem najbardziej radykalnym opisem wojujących żeńczyn spotkałem się za sprawą tłumaczenia książki Aleksandra Sawrasowa Kultura i okultyzm (ze strony Wiedza od Przodków z dolmen, którą polecam). Fragment nosi tytuł: Wieczność dwojga nierozłącznych serc. To przekazana autorowi relacja jednego z wodzów legionów rzymskich ze starcia z Wedrusami. Jej fragment:

Dochodziła ledwo słyszalna pieśń i muzyka. Kobiety (one były w większości) razem z mężczyznami (ich było dużo mniej) bez strachu a nawet z jakimś entuzjazmem, bardzo umiejętnie radziły sobie ze wszelkimi subtelnościami wojennej sztuki, chłodno i rozważnie wiodły bój z moimi żołnierzami.

W dalszej części tekstu wyjaśnia się, że żenczyny ruszyły do boju razem z mężczyznami, gdyż łączyła ich z nimi nierozerwalna więź miłości:

Oni nie mogli rozstać się nawet na minutę. Tak, nie mogli. Bólem nie do wytrzymania, dosłownie bólem nie do wytrzymania napełniały się ich dusze i wyszli oni na obronę swoich wsi i swojej ziemi razem, tak jak i wiele innych par, dlatego że nie mogli znieść rozstania.

Ta na wskroś idealistyczna wizja relacji męsko-żeńskich przedstawiona w książkach Sawrasowa, podobnie jak w książkach Władimira Megre, jest swoistym objawieniem. Epifaniczne połączenie miłości ludzkiej i boskiej to nowa jakość w duchowości.

Przyzwyczailiśmy się raczej do traktowania „ziemskiej miłości”, uczuć między mężczyzną i żeńczyną, jako czegoś „niższego”, oznaki przywiązania, od którego należałoby się uwalniać (w imię duchowej ewolucji). Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że przywiązanie skłoniło wedruskie żeńczyny do zajęcia się walką – może kryć się w tym sporo prawdy.

Fakt, że ukochani nie mogli rozstać się choćby na minutę, jest piękny. Mnie, jako człowieka o romantycznej duszy, takie słowa napełniają jedynie zachwytem. To także optymistyczna opozycja wobec dość mocno rozpowszechnionego dziś egoizmu: jednostek, które „potrzebują tylko siebie”. Dla niektórych ma to być oznaką wysokiego poziomu rozwoju duchowego – oświecenie to faktycznie brak potrzeb. W takie zaułki wpada się próbując pojąć oświecenie intelektualnie (czyli przez ego).

Ale faktem jest też, że przywiązanie przynosi stratę i śmierć – można powiedzieć, że zostało to wręcz udowodnione naukowo (empirycznie). Romantyczna kraina Wedrusów zginęła, przytoczona powyżej relacja kończy się śmiercią pary zakochanych, Wszejasława i Lubawy.

Moim zdaniem nie ma sprzeczności między miłością ludzką i boską. Oczywiście, że nie ma sprzeczności, to byłby absurd. W pewnym momencie miłość ludzka wzięła u Wedrusów górę nad Miłością boską i doszło do poważnego zaburzenia równowagi. Nie znaczy to, że Werdusowie odwrócili się od Boga, czy o Nim zapomnieli. Niemniej równowaga została zaburzona.

Zakochanie może obrać trzy kierunki: do góry, w dół, a może też krążyć w środku. W naszych czasach najczęściej zmierza ku dołowi: ludzie poznają się, zakochują w sobie i dość szybko zaczynają zajmować się seksem (fizycznym). To droga w dół, do genitaliów, królestwa instynktów. I takie zakochanie prędko schodzi jeszcze niżej, zostaje uziemione i pogrzebane. Z tego powodu dzisiejsze relacje trwają krótko, a jeśli nawet przeradzają się w dłuższy związek, to niechybnie pojawia się w nich marazm.

Bliskość cielesna może służyć wznoszeniu do góry, jeżeli stosuje się podejście tantryczne, lecz wymaga to uwagi i rozwagi. Zakochanie wzniesione ku górze dodaje człowiekowi skrzydeł, może otworzyć w nim wyższe postrzeganie rzeczywistości, budzić niesamowite moce duchowe itd.

U późnych Wedrusów energia zakochania krążyła w środku, pozostawała na poziomie serca. Taki stan nie może trwać długo, w naturze nie istnieje stagnacja. Kumulowanie ludzkiej miłości na poziomie serca (bez sublimacji do Miłości) prowadzi do silnego przywiązania, a silne przywiązanie skutkuje śmiercią. I wtedy dopiero, po śmierci, miłość unosi się do nieba, wraz z duszami zakochanych.

Zatrzymywanie energii w środku, w sercu, charakterystyczne jest dla tzw. połówek (to znaczy, zostaje u nich doprowadzone do skrajności). W przytoczonym tekście Aleksandra Sawrasowa pojawia się nawet słowo „połówka”. Jeśli w naszym życiu pojawia się nasza prawdziwa, absolutna, boska połówka, może to oznaczać dwie rzeczy: albo oświecenie, albo śmierć. Tak, wóz albo przewóz. Jeśli połówki spotykają się zbyt wcześnie – zakochani giną. Dzieje się tak, ponieważ zatrzymana zostaje ewolucja duchowa. To jakby „przedwczesne oświecenie”, jakby zerwać niedojrzały owoc albo otworzyć kokon przed czasem. Dusza na nieodpowiednim poziomie rozwoju nie poradzi sobie z tym. To ogromny (bardzo przyjemny) szok energetyczny – u zbyt młodej duszy działa on podobnie jak narkotyk. Dusza taka zapomina o całym świecie, liczy się tylko przebywanie z drugą połówką.

Wśród Wedrusów w pewnym momencie zaczęło się wcielać wiele takich połówek. Można by więc powiedzieć, że inkarnacja dużej ilości połówek doprowadziła do upadku Słowiańszczyzny, ale można i ująć sprawę odwrotnie: kres Słowiańszczyzny (związany z Nocą Swaroga) stanowił doskonałą okazję dla dusz chcących doświadczyć przedwczesnego zbliżenia z połówkami. Wszystko jest połączone i zapętlone, przyczyna przechodzi w skutek i skutek w przyczynę, jan przechodzi w jin i odwrotnie.

Upadek rodzimej kultury słowiańskiej był elementem naturalnych cyklów kosmicznych. Cykle te są w naszym wszechświecie naturalne, ale oczywiście ludzkość może je przechodzić w różny sposób. Kalijuga może być ostrzejsza lub łagodniejsza, tak jak bardziej lub mniej surowa może być zima: to zależy, co ludzie sobie wybiorą, co na siebie sprowadzą, co sobie wykreują.

I wszystkie przyczyny także są ze sobą połączone. Bo i zajmowanie się żeńczyn sztuką wojenną prowadzi do upadku, do utraty u nich żeńskiej (ochronnej) energii, a męskiej u mężczyzn. Tak jak wspomniałem na początku: wojujące żeńczyny pojawiają się wśród Słowian tylko w momentach bliskich zagłady. To świadczy poniekąd też o tym, że mężczyźni są wtedy osłabieni i nie potrafią sami obronić ojczyzny: potrzebują niejako wsparcia (fizycznego) kobiet. A to, w grunice rzeczy, tylko pogarsza sytuację, lecz cóż począć: błędne koło przyczyny i skutku już ruszyło.

Z tekstu Sawrasowa można również wyciągnąć inne wnioski. Skoro żeńczyny poszły w bój za swoimi mężami, a jednocześnie stanowiły zdecydowaną większość, to najwyraźniej u Wedrusów standardem było wielożeństwo. Mnie to nie dziwi, jakkolwiek wydaje się kłócić ze wspomnianym idealizmem. Przez wieki chrześcijaństwa tak silnie wpojono nam jedyny słuszny wzorzec jednożeństwa, że poligynia budzi dziś zgorszenie.

Z jedno- i wielożeństwem jest trochę tak, jak z jedno- i wielobóstwem. Wiara dawnych Słowian nie była ani jednym, ani drugim. Nie było u nich programowego monoteizmu, ale i współczesne wyobrażenie o pogańskim wielobóstwie jako opozycji do jedynobóstwa zakrawa na przekłamanie. Nie ma sprzeczności między jednością a wielością („jedność w wielości”).

Kiedyś żartowałem sobie, że w serii książek o Anastazji również przedstawiono związek poliginiczny, bo przecież Anastazja związała się z Władimirem wiedząc, iż jest żonaty. I w „Anastazji”, i w „Dolmenach”, wielożeństwo ukryte zostało między wierszami, ponieważ wyrażone w sposób otwarty nigdy nie zyskałoby akceptacji, cały przekaz zmarnowałby się.

Żeńczyny: nie bójcie się wielożeństwa. Owszem, jednożeństwo też jest właściwe. Skoro przed oświeceniem łączymy się z idealnymi połówkami, to znaczy, że doświadczamy wtedy relacji monogamicznej: połowy są przecież tylko dwie. Ale, tak czy owak, nie przywłaszczajcie sobie mężczyzny. Bo mężczyzną i tak powinnyście się dzielić: jeśli nie z innymi żeńczynami, to z narodem i ojczyzną. Świat mężczyzny nie ogranicza się do rodziny – to także cały naród, ojczyzna, Galaktyka: cały świat zewnętrzny.

Walczące żeńczyny mogą przywodzić na myśl walkirie z naszej mitologii. Walkirie rzadko stawały do walki, włócznie i tarcze nosiły bardziej dla ozdoby. Jednocześnie pojawiają się jako zwiastun problemów miłosnych i rodzinnych. Mitologiczne relacje pełne są napięć, konfliktów i intryg.

Jakie czasy, taka mitologia. W mitologii greckiej i rzymskiej sprawy wyglądają przecież jeszcze gorzej. To wszystko przestrogi przeznaczone na Epokę Lisa. Bo gdybyśmy mieli stawać się takimi bogami, co to się kłócą, knują i trują, to ja dziękuję za taką boskość. Podobnie rzecz ma się ze słowiańskimi bajkami: to bajki na Epokę Lisa. Mamy w tych bajkach i ustrój feudalny, i głupich carów, dzieją się tam różne dziwne, czasem straszne rzeczy, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, a po drodze dostajemy cenne wskazówki.

Dla nas najwyższy obraz żeńczyny to obraz Łady, Bogurodzicy. Widział ktoś Ładę z mieczem?

Żeńczyny mogą, a nawet powinny bronić ojczyzny. Tyle, że nie mieczem, ani karabinem. To niweczenie ich żeńskiej mocy. Marny tego sens. Przecież żeńczyny ostatnich Wedrusów, miast machać żelazem, mogłyby ochraniać swoich mężczyzn energetycznie. Swtorzyć im taki krąg ochronny, taką energetyczną zbroję, że nic ich nie tknie. No właśnie, tylko to przywiązanie. Miłość chroni, miłość to najdoskonalsza tarcza. Kiedy jednak przemienia się w przywiązanie – traci swoje subtelne, ochronne właściwości. Staje się zbyt gęsta, zbyt ciężka. I wtedy w ruch musi pójść żelazo.

Miłość to najlepsza ochrona i mężczyzna pełen Miłości też nie potrzebuje miecza i żadnej innej broni. Może go oczywiście gdzieś tam sobie trzymać dla ozdoby. Istnieją bezkontaktowe sztuki walki, a jeszcze skuteczniejsza jest Miłość. Ta boska, przez duże „M”. Dobrze opisano to w znanej książce „Życie i nauka mistrzów Dalekiego Wschodu”. Mistrzowie zostali zaatakowani przez uzbrojoną po zęby armię bandytów. Naturalnie, mistrzom nic się nie stało. Bandyci zaś wyszli z pojedynku zmasakrowani, chociaż mistrzowie nie kiwnęli palcem. Ale mistrzowie potem ich wyleczyli. Nie wierzysz? To w co wierzysz?

Ja wierzę w Miłość.

Żdan Borod