Nie okaleczajcie chłopców, pozwólcie im na rozwój

Mandala szesnastoramienna. Autor: Żdan BorodJakież to może być słowiańskie odrodzenie, kiedy oglądamy zdjęcia z pięknych osad rodowych, drewniane domy, wspaniałe sady i ogrody, a w nich ostrzyżonych chłopców?

To nie tyle słowiańskie odrodzenie czy odbudowa Rodu, co jedynie pewien krok ku Matce Przyrodzie, ucieczka od zgiełku miejskiego, dostęp do lepszej żywności, zainteresowanie rodzimą tradycją itd. To sporo. Niemniej podstawowe intencje pozostały niezmienione, dlatego perspektywy i skuteczność takiego odrodzenia stoją pod znakiem zapytania.

Chłopiec jest nadzieją Rodu, ponieważ to on będzie w przyszłości Ród prowadził. I teraz bierze się takiego chłopca i okalecza, obcinając mu włosy, bo tak się przyjęło. Nie ma tu mowy o żadnej wyższej świadomości, o żadnej głębszej przemianie w duszy człowieka, jeśli nie stać go nawet na refleksję nad tym prostym faktem. Nie ma też sensu robić sobie nadziei na pogłębienie więzi z przyrodą, skoro ignoruje się znaczenie włosów dla człowieka.

Zabieg obcinania włosów różni się od kastracji faktem braku bólu i szybkiej regeneracji włosów. Negatywne skutki tych dwóch operacji są jednak jak najbardziej porównywalne, tyle że ścięcie włosów wiąże się bezpośrednio z zaburzeniami w wyższej sferze świadomości, a nie w niższej (instynkcie). Człowiek z obciętymi włosami nie rozwija się prawidłowo. Rozwój dziewczynek postępuje zazwyczaj szybciej ze względu na fakt, że pozwala im się na noszenie długich włosów. Włosy są bezpośrednio powiązane z mózgiem, ich kondycja koresponduje z pracą przysadki i szyszynki. Swobodny wzrost włosów warunkuje swobodne kształtowanie się osobowości. Im wcześniej dochodzi do przycinania włosów, tym większe spustoszenie sieje ono w umyśle dziecka, pozbawionego subtelnych impulsów informacyjnych.

Łysienie typu męskiego, które obecnie dosięga średnio co drugiego mężczyznę, tłumaczy się zbyt dużą ilością agresywnego dihydrotestosteronu, co spowodowane jest nadaktywnością enzymu 5-alfa-reduktazy. To prawidłowe, fizjologiczne wyjaśnienie tego zjawiska. Każde zjawisko fizjologiczne ma natomiast swoje podłoże psychologiczne, każda choroba ma źródło w umyśle. Warto zauważyć, że łysienie androgenowe najbardziej rozpowszechnione jest w Europie i USA, a przybierało na sile wraz z rozwojem cywilizacji. Duchową przyczyną powszechnego łysienia mężczyzn jest praktykowane od wieków strzyżenie chłopców i związane z tym obniżenie świadomości. Włosy od dziecka nie spełniają swojej naturalnej funkcji, jaką jest przewodzenie informacji (m. in. z otoczenia). Nieużywany narząd zanika i w ten sposób dochodzi do osłabienia i zaniku włosów u męskiej populacji. Naturalnie, nie każdy strzyżony od dziecka mężczyzna łysieje, to proces o charakterze ewolucyjnym, postępujący na przestrzeni pokoleń. W państwach azjatyckich, np. w Chinach, Japonii, Korei, Malezji, nie dotkniętych masową chrystianizacją, włosy u mężczyzn nie były rygorystycznie skracane – problem łysienia męskiego jest tam procentowo o połowę mniejszy. U rdzennych plemion Ameryki, gdzie długie włosy u chłopców od zawsze były czymś oczywistym, łysienie typu męskiego nie występuje w ogóle.

Włosy odpowiadają także za łączność międzyludzką. Kryzys relacji ojcowsko-synowskich, jaki obserwujemy od wielu lat (jeśli nie wieków), to również wynik okaleczania chłopców i mężczyzn. Z mamą łatwiej nawiązać dobre relacje, ponieważ ojciec został pozbawiony narzędzi potrzebnych do tworzenia więzi rodzinnych. Spowodowało to odsunięcie mężczyzn od spraw rodziny i wychowania, czego dopełniły spustoszenia wśród męskiej populacji dokonane przez wielkie wojny ubiegłego stulecia.

Ponadto włosy wiążą się z szyszynką, a szyszynka z intuicją. Dziś mówi się tylko o „kobiecej intuicji”. A jak mężczyzna ma prowadzić Ród bez korzystania z intuicji? Żeńska intuicja różni się od męskiej. Dawniej mężczyźni używali swojej intuicji do męskich działań związanych ze sprawami narodu, używali jej w terenie, w celach obronnych itd. Mężczyzna, jak najbardziej, powinien korzystać z intuicji żony, ale bez intuicji własnej skazany zostaje na dezorientację. Redukowanie włosów spowodowało znaczne osłabienie intuicji u mężczyzn oraz wpłynęło na rozplenienie się „gruboskórności” jako męskiej cechy. W rzeczywistości jest to cecha człowieka otępiałego, odciętego od informacji. Wrażliwość to zdolność do ich odbierania.

Ścięte włosy oznaczają poddaństwo. Zwyczaj skracania włosów u mężczyzn (a także golenia zarostu) pojawił się na naszych ziemiach po zapanowaniu chrześcijaństwa. Znamiennym jest zezwolenie na nieskrępowany wzrost włosów u kobiet. Chrześcijaństwo to wiara matriarchalna, kult księżycowy zaprowadzony w miejsce kultu Słońca. W ciągu dziesięciu wieków doszło do dekonstrukcji resztek systemu patriarchalnego i rozpowszechnienia się tego, co mamy obecnie.

Pojęcie patriarchatu wywołuje dziś alergię, ale to kolejna oznaka nieświadomości i ignorancji. Jeśli weźmiemy pod uwagę oczywisty fakt, że męska siła jest siłą przewodzącą i prowadzącą, a żeńska ulegającą i zachowawczą, wtedy wątpliwości dotyczące patriarchatu i matriarchatu tracą rację bytu. W gruncie rzeczy nie istnieje coś takiego, jak matriarchat; kiedy siła żeńska próbuje grać męską, czyli przewodzić, dochodzi do pomieszania: przestaje istnieć męskie i żeńskie. Taki sam skutek powoduje tzw. równouprawnienie („ani patriarchat, ani matriarchat”). Istnieją więc relacje naturalne (które można określić jako patriarchalne) oraz relacje nienaturalne, które wywołują chaos.

Oczywiście, pozostaje jeszcze kwestia praktycznej realizacji stosunków patriarchalnych. Możemy spotkać się z różnymi wizjami takich relacji. Jak na mój gust, wiele z przekazów, które według autorów odnoszą się do dawnych stosunków męsko-żeńskich, cały czas nosi znamiona zawoalowanego niewolnictwa, a ostrzyżone głowy prelegentów i ich synów zdają się to doskonale obrazować.

Jakkolwiek nieprzyjemnie to zabrzmi, część z powstających osad rodowych może okazać się hodowlami dorodnych niewolników. Wydajny niewolnik jest silny, dobrze (naturalnie) się odżywia, ma pewne zasady moralne, które trzymają go w ryzach. Delegowanie części stada bliżej natury, tak by się zregenerowało i wydobrzało, jest jak najbardziej w planie ciemnych sił.

Powoli także w Polsce powstają osady inspirowane ideami zawartymi w książkach o syberyjskiej Anastazji. Idzie to pomału, a to dlatego, że przekazy Anastazji nie wystarczą do stworzenia silnej społeczności. Nie wystarczą, ponieważ reprezentują energię żeńską, a owoce wydaje tylko współdziałanie dwóch energii. Problem w tym, że męskie przekazy nie cieszą się już taką popularnością, nie są już tak słodkie, jak słowa Anastazji. Jako taki posłuch znajdują jeszcze wywody delikatniejszych czy bardziej umiarkowanych mężczyzn, najczęściej ostrzyżonych i ogolonych, jak Oleg Gadecki czy Luczis Pustota (których zresztą bardzo szanuję). Inni uważani są za fanatyków, więc budzą obawy i niechęć (tu z kolei przykład Aleksieja Trehlebowa i Grigorija Lewszunowa). Jeśli do osad anastazjowych nie trafi męska energia duchowa, nic się z nich nie urodzi. Życzę im jak najlepiej, ale to przecież jasne jak słońce.

Wiedza o znaczeniu włosów jest zatem ignorowana po trochu z powodu strachu przed męską mocą,  po trochu z powodu własnego „widzimisię”, a spotyka się również teksty (np. Julii Bożenowej) mówiące o tym, jakoby ścinanie włosów sprzyjało męskiej energii. Pogląd taki prawdopodobnie wywodzi się od prawosławnych starowierców, którzy zachowali dużo dawnej, słowiańskiej wiedzy. Jednak u nich ścinanie włosów mężczyznom to konieczność wynikająca z religijnej (poddańczej) natury chrześcijaństwa.

Nie zamierzam siać defetyzmu. Wstaje już Dzień Swaroga i odrodzenie ludzkości, tak czy owak, nastąpi, a powrót do przyrody stanowi jeden z jego fundamentów. Dzień i noc nastają i mijają, lecz można je przeżywać w różny sposób. Ostatnią Noc Swaroga przeszliśmy, mimo wszystko, dość łagodnie. Tak samo będzie z Dniem Swaroga. On po prostu nastaje, a jak go przeżyjemy, to już zależy od nas. Wzrost świadomości ludzi dokona się, przy czym może nabrać większego lub mniejszego rozmachu.

Obraz zdrowych, właściwych relacji patriarchalnych każdy tworzy sam, nie ma jedynej słusznej sztancy dobrego, słowiańskiego związku (to byłaby najprostsza droga do niewolnictwa). Są pewne naczelne prawa, uniwersalia, które należy realizować indywidualnie, zależnie od własnej osobowości. Diabeł tkwi w szczegółach. Włosy i broda to tylko szczegół, prawda?

Żdan Borod

Wedruski romantyzm, boskie połówki, skutki przywiązania, potęga Miłości

Kupała, mandala słowiańska, autor: Żdan BorodŚwięto Kupały za pasem, toteż będzie dziś o miłości (tej przez małe i duże M). Punktem wyjścia jest natomiast niezbyt miłosne zjawisko: wojna.

Wiele źródeł mówiących o życiu naszych Przodków wspomina o żeńczynach walczących z wrogiem. Obrazy tej walki są różne, lecz wynika z nich, że dawne Słowianki znały rzemiosło wojenne.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na jakąś lisią robotę. Żeńczyny chwytające za miecz to przecież podstawowe zaprzeczenie ról męskich i żeńskich (wojowniczość to cecha typowo męska).

Sądzę jednak, że nie chodzi tu o fałszywe przekazy mające nas zwodzić. Co warto zauważyć, wszystkie (przynajmniej te znane mi) opowieści o walczących żeńczynach dotyczą ostatnich lat trwania kultury słowiańskiej.

Z najdłuższym, a zarazem najbardziej radykalnym opisem wojujących żeńczyn spotkałem się za sprawą tłumaczenia książki Aleksandra Sawrasowa Kultura i okultyzm (ze strony Wiedza od Przodków z dolmen, którą polecam). Fragment nosi tytuł: Wieczność dwojga nierozłącznych serc. To przekazana autorowi relacja jednego z wodzów legionów rzymskich ze starcia z Wedrusami. Jej fragment:

Dochodziła ledwo słyszalna pieśń i muzyka. Kobiety (one były w większości) razem z mężczyznami (ich było dużo mniej) bez strachu a nawet z jakimś entuzjazmem, bardzo umiejętnie radziły sobie ze wszelkimi subtelnościami wojennej sztuki, chłodno i rozważnie wiodły bój z moimi żołnierzami.

W dalszej części tekstu wyjaśnia się, że żenczyny ruszyły do boju razem z mężczyznami, gdyż łączyła ich z nimi nierozerwalna więź miłości:

Oni nie mogli rozstać się nawet na minutę. Tak, nie mogli. Bólem nie do wytrzymania, dosłownie bólem nie do wytrzymania napełniały się ich dusze i wyszli oni na obronę swoich wsi i swojej ziemi razem, tak jak i wiele innych par, dlatego że nie mogli znieść rozstania.

Ta na wskroś idealistyczna wizja relacji męsko-żeńskich przedstawiona w książkach Sawrasowa, podobnie jak w książkach Władimira Megre, jest swoistym objawieniem. Epifaniczne połączenie miłości ludzkiej i boskiej to nowa jakość w duchowości.

Przyzwyczailiśmy się raczej do traktowania „ziemskiej miłości”, uczuć między mężczyzną i żeńczyną, jako czegoś „niższego”, oznaki przywiązania, od którego należałoby się uwalniać (w imię duchowej ewolucji). Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że przywiązanie skłoniło wedruskie żeńczyny do zajęcia się walką – może kryć się w tym sporo prawdy.

Fakt, że ukochani nie mogli rozstać się choćby na minutę, jest piękny. Mnie, jako człowieka o romantycznej duszy, takie słowa napełniają jedynie zachwytem. To także optymistyczna opozycja wobec dość mocno rozpowszechnionego dziś egoizmu: jednostek, które „potrzebują tylko siebie”. Dla niektórych ma to być oznaką wysokiego poziomu rozwoju duchowego – oświecenie to faktycznie brak potrzeb. W takie zaułki wpada się próbując pojąć oświecenie intelektualnie (czyli przez ego).

Ale faktem jest też, że przywiązanie przynosi stratę i śmierć – można powiedzieć, że zostało to wręcz udowodnione naukowo (empirycznie). Romantyczna kraina Wedrusów zginęła, przytoczona powyżej relacja kończy się śmiercią pary zakochanych, Wszejasława i Lubawy.

Moim zdaniem nie ma sprzeczności między miłością ludzką i boską. Oczywiście, że nie ma sprzeczności, to byłby absurd. W pewnym momencie miłość ludzka wzięła u Wedrusów górę nad Miłością boską i doszło do poważnego zaburzenia równowagi. Nie znaczy to, że Werdusowie odwrócili się od Boga, czy o Nim zapomnieli. Niemniej równowaga została zaburzona.

Zakochanie może obrać trzy kierunki: do góry, w dół, a może też krążyć w środku. W naszych czasach najczęściej zmierza ku dołowi: ludzie poznają się, zakochują w sobie i dość szybko zaczynają zajmować się seksem (fizycznym). To droga w dół, do genitaliów, królestwa instynktów. I takie zakochanie prędko schodzi jeszcze niżej, zostaje uziemione i pogrzebane. Z tego powodu dzisiejsze relacje trwają krótko, a jeśli nawet przeradzają się w dłuższy związek, to niechybnie pojawia się w nich marazm.

Bliskość cielesna może służyć wznoszeniu do góry, jeżeli stosuje się podejście tantryczne, lecz wymaga to uwagi i rozwagi. Zakochanie wzniesione ku górze dodaje człowiekowi skrzydeł, może otworzyć w nim wyższe postrzeganie rzeczywistości, budzić niesamowite moce duchowe itd.

U późnych Wedrusów energia zakochania krążyła w środku, pozostawała na poziomie serca. Taki stan nie może trwać długo, w naturze nie istnieje stagnacja. Kumulowanie ludzkiej miłości na poziomie serca (bez sublimacji do Miłości) prowadzi do silnego przywiązania, a silne przywiązanie skutkuje śmiercią. I wtedy dopiero, po śmierci, miłość unosi się do nieba, wraz z duszami zakochanych.

Zatrzymywanie energii w środku, w sercu, charakterystyczne jest dla tzw. połówek (to znaczy, zostaje u nich doprowadzone do skrajności). W przytoczonym tekście Aleksandra Sawrasowa pojawia się nawet słowo „połówka”. Jeśli w naszym życiu pojawia się nasza prawdziwa, absolutna, boska połówka, może to oznaczać dwie rzeczy: albo oświecenie, albo śmierć. Tak, wóz albo przewóz. Jeśli połówki spotykają się zbyt wcześnie – zakochani giną. Dzieje się tak, ponieważ zatrzymana zostaje ewolucja duchowa. To jakby „przedwczesne oświecenie”, jakby zerwać niedojrzały owoc albo otworzyć kokon przed czasem. Dusza na nieodpowiednim poziomie rozwoju nie poradzi sobie z tym. To ogromny (bardzo przyjemny) szok energetyczny – u zbyt młodej duszy działa on podobnie jak narkotyk. Dusza taka zapomina o całym świecie, liczy się tylko przebywanie z drugą połówką.

Wśród Wedrusów w pewnym momencie zaczęło się wcielać wiele takich połówek. Można by więc powiedzieć, że inkarnacja dużej ilości połówek doprowadziła do upadku Słowiańszczyzny, ale można i ująć sprawę odwrotnie: kres Słowiańszczyzny (związany z Nocą Swaroga) stanowił doskonałą okazję dla dusz chcących doświadczyć przedwczesnego zbliżenia z połówkami. Wszystko jest połączone i zapętlone, przyczyna przechodzi w skutek i skutek w przyczynę, jan przechodzi w jin i odwrotnie.

Upadek rodzimej kultury słowiańskiej był elementem naturalnych cyklów kosmicznych. Cykle te są w naszym wszechświecie naturalne, ale oczywiście ludzkość może je przechodzić w różny sposób. Kalijuga może być ostrzejsza lub łagodniejsza, tak jak bardziej lub mniej surowa może być zima: to zależy, co ludzie sobie wybiorą, co na siebie sprowadzą, co sobie wykreują.

I wszystkie przyczyny także są ze sobą połączone. Bo i zajmowanie się żeńczyn sztuką wojenną prowadzi do upadku, do utraty u nich żeńskiej (ochronnej) energii, a męskiej u mężczyzn. Tak jak wspomniałem na początku: wojujące żeńczyny pojawiają się wśród Słowian tylko w momentach bliskich zagłady. To świadczy poniekąd też o tym, że mężczyźni są wtedy osłabieni i nie potrafią sami obronić ojczyzny: potrzebują niejako wsparcia (fizycznego) kobiet. A to, w grunice rzeczy, tylko pogarsza sytuację, lecz cóż począć: błędne koło przyczyny i skutku już ruszyło.

Z tekstu Sawrasowa można również wyciągnąć inne wnioski. Skoro żeńczyny poszły w bój za swoimi mężami, a jednocześnie stanowiły zdecydowaną większość, to najwyraźniej u Wedrusów standardem było wielożeństwo. Mnie to nie dziwi, jakkolwiek wydaje się kłócić ze wspomnianym idealizmem. Przez wieki chrześcijaństwa tak silnie wpojono nam jedyny słuszny wzorzec jednożeństwa, że poligynia budzi dziś zgorszenie.

Z jedno- i wielożeństwem jest trochę tak, jak z jedno- i wielobóstwem. Wiara dawnych Słowian nie była ani jednym, ani drugim. Nie było u nich programowego monoteizmu, ale i współczesne wyobrażenie o pogańskim wielobóstwie jako opozycji do jedynobóstwa zakrawa na przekłamanie. Nie ma sprzeczności między jednością a wielością („jedność w wielości”).

Kiedyś żartowałem sobie, że w serii książek o Anastazji również przedstawiono związek poliginiczny, bo przecież Anastazja związała się z Władimirem wiedząc, iż jest żonaty. I w „Anastazji”, i w „Dolmenach”, wielożeństwo ukryte zostało między wierszami, ponieważ wyrażone w sposób otwarty nigdy nie zyskałoby akceptacji, cały przekaz zmarnowałby się.

Żeńczyny: nie bójcie się wielożeństwa. Owszem, jednożeństwo też jest właściwe. Skoro przed oświeceniem łączymy się z idealnymi połówkami, to znaczy, że doświadczamy wtedy relacji monogamicznej: połowy są przecież tylko dwie. Ale, tak czy owak, nie przywłaszczajcie sobie mężczyzny. Bo mężczyzną i tak powinnyście się dzielić: jeśli nie z innymi żeńczynami, to z narodem i ojczyzną. Świat mężczyzny nie ogranicza się do rodziny – to także cały naród, ojczyzna, Galaktyka: cały świat zewnętrzny.

Walczące żeńczyny mogą przywodzić na myśl walkirie z naszej mitologii. Walkirie rzadko stawały do walki, włócznie i tarcze nosiły bardziej dla ozdoby. Jednocześnie pojawiają się jako zwiastun problemów miłosnych i rodzinnych. Mitologiczne relacje pełne są napięć, konfliktów i intryg.

Jakie czasy, taka mitologia. W mitologii greckiej i rzymskiej sprawy wyglądają przecież jeszcze gorzej. To wszystko przestrogi przeznaczone na Epokę Lisa. Bo gdybyśmy mieli stawać się takimi bogami, co to się kłócą, knują i trują, to ja dziękuję za taką boskość. Podobnie rzecz ma się ze słowiańskimi bajkami: to bajki na Epokę Lisa. Mamy w tych bajkach i ustrój feudalny, i głupich carów, dzieją się tam różne dziwne, czasem straszne rzeczy, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, a po drodze dostajemy cenne wskazówki.

Dla nas najwyższy obraz żeńczyny to obraz Łady, Bogurodzicy. Widział ktoś Ładę z mieczem?

Żeńczyny mogą, a nawet powinny bronić ojczyzny. Tyle, że nie mieczem, ani karabinem. To niweczenie ich żeńskiej mocy. Marny tego sens. Przecież żeńczyny ostatnich Wedrusów, miast machać żelazem, mogłyby ochraniać swoich mężczyzn energetycznie. Swtorzyć im taki krąg ochronny, taką energetyczną zbroję, że nic ich nie tknie. No właśnie, tylko to przywiązanie. Miłość chroni, miłość to najdoskonalsza tarcza. Kiedy jednak przemienia się w przywiązanie – traci swoje subtelne, ochronne właściwości. Staje się zbyt gęsta, zbyt ciężka. I wtedy w ruch musi pójść żelazo.

Miłość to najlepsza ochrona i mężczyzna pełen Miłości też nie potrzebuje miecza i żadnej innej broni. Może go oczywiście gdzieś tam sobie trzymać dla ozdoby. Istnieją bezkontaktowe sztuki walki, a jeszcze skuteczniejsza jest Miłość. Ta boska, przez duże „M”. Dobrze opisano to w znanej książce „Życie i nauka mistrzów Dalekiego Wschodu”. Mistrzowie zostali zaatakowani przez uzbrojoną po zęby armię bandytów. Naturalnie, mistrzom nic się nie stało. Bandyci zaś wyszli z pojedynku zmasakrowani, chociaż mistrzowie nie kiwnęli palcem. Ale mistrzowie potem ich wyleczyli. Nie wierzysz? To w co wierzysz?

Ja wierzę w Miłość.

Żdan Borod

Jaggi Vasudev: Dlaczego guru noszą brody?

Sadhguru Jaggi Vasudev. Źródło: www.isha.sadhguru.orgPytanie: Dlaczego tak wielu nauczycieli duchowych nosi brody? Czy to element kreowania wizerunku?

Sadhguru: Sądzę, że jesteście już wystarczająco duzi, by to wiedzieć: broda rośnie nie tylko guru, ale wszystkim mężczyznom, naprawdę. Uwierzcie mi, tak właśnie jest. Lecz oni wyrabiają z nią różne dziwne rzeczy. Musielibyście zapytać ich: po co to robią? Żadna część ludzkiego ciała nie istnieje bez celu, prawda? Każda z nich, łącznie ze śledzioną, ma swoje uzasadnienie. Tak więc: natura nie daje niczego bez przyczyny. Jeśli spytacie mężczyzn, dlaczego właściwie usuwają brodę – nie będą do końca wiedzieli.

Kiedy do Indii przybyli Brytyjczycy, każdy mężczyzna nosił brodę, albo przynajmniej wąsy. Dziś, gdy popatrzysz na ulice Bombaju, widzisz samych „muchmunda”. Oni naśladują ludzi, którzy przyszli i zaczęli nimi rządzić, ponieważ ten, kto tobą rządzi, stanowi symbol władzy.

Osiągając pewien poziom wrażliwości zaczynasz pojmować, że wszystko w twoim ciele posiada swoje znaczenie. Powiecie: to tylko moda. Powinniście zatem zrozumieć, że jedyny powód, dla którego przycinacie włosy w rozmaite wzory, to brak bólu. Jeżeli nie czulibyście bólu w nosie – w imię mody moglibyście wycinać w nim dowolne formy. Nawet pomimo bólu ludzie przebijają go dziś w wielu miejscach. Gdyby nie ból w ciele, być może wyjęliby na zewnątrz jelita i chodzili tak po ulicy?

Obecnie większość istot ludzkich nie jest dostatecznie świadoma, ich inteligencja nie wystarczyłaby, aby ich uchronić, gdyby nie ból. Wyłącznie ból trzyma ich w jednym kawałku. Inaczej rozczłonkowaliby siebie i trzymali jedną rękę tutaj, a drugą tutaj. Wyczynialiby wszelkie możliwe szaleństwa. Przed tym chroni ich ból, nie inteligencja. Kiedy inteligencja i wrażliwość wzrastają, człowiek coraz bardziej interesuje się tym, kim jest wewnątrz, czego doświadcza i jak może postrzegać więcej. Nie skupia się już tak bardzo na wyglądzie.

Chociaż i pod tym względem broda ma swoje zalety. Jeśli przez dziesięć lat nie używałbym lustra – wyglądałbym cały czas tak samo. Tym, którzy golą brody – wystarczy jeden dzień bez lustra i już prezentują się inaczej, zgadza się? Widzieliście zdjęcia ludzi sprzed pięćdziesięciu czy stu lat? Jedni przystrzygali wąsy tak, drudzy tak – dziś wydaje się to zabawne, czyż nie? Wyglądają komicznie. I dzisiejsza moda również będzie tak wyglądać po jakimś czasie.

A mężczyzna z pełną brodą wygląda zawsze tak samo – tysiąc lat temu wyglądał tak samo, ponieważ tak chciała natura. Natura nie stworzyła czegokolwiek bez powodu. Skoro wierzysz w geometrię i design – oto i on. Nie zamierzam zmieniać projektu Boga, chcę go wykorzystać najpełniej, jak to możliwe.

Źródło: www.isha.sadhguru.org. Tłumaczenie: Żdan Borod

Odrastanie włosów, odmładzanie, oświecenie (i farbowanie lisa na szaro)

Słowiańska Mandala, autor: Żdan BorodStarożytna mądrość mówi: Jak na górze, tak na dole. Oraz: W zdrowym ciele zdrowy duch.

Wraz z nastaniem galaktycznego wschodu (Dnia Swaroga) wzrasta wśród ludzi świadomość ciała jawnego i jego połączenia z pozostałymi ciałami i przyrodą. Co bardziej światłe umysły zaczynają rozumieć znaczenie włosów na ciele. Przez lata dość powszechnym stało się przekonanie, jakoby włosy stanowiły pozostałość ewolucyjną. To oczywisty błąd rozumowy, zważywszy, że człowiek pod względem owłosienia odróżnia się od świata zwierzęcego: włosy rosną u niego bardzo intensywnie, ale tylko w niektórych miejscach, a najmocniej na głowie.

Włosy służą do łączności z wszechświatem i przyrodą. Te na głowie to nasz główny nadajnik i odbiornik. Z tego wniosek, iż gęste, długie i mocne włosy na głowie świadczą o dobrym połączeniu z kosmosem.

Nie jest to co prawda tożsame z poziomem ewolucji duchowej (czasami te dwie właściwości są mylone). Ludzie służący bytom demonicznym (chociażby wielu muzyków deathmetalowych) czy biomaszyny (tu z kolei można podać przykład ślicznych, ale ‚pustych w środku’ dziewcząt) mają wspaniałe, długie włosy. Połączenie z wszechświatem funkcjonuje u nich rzeczywiście doskonale, tyle że połączenie z jego ciemną stroną. Silne włosy świadczą o umiejętności poddania się (dlatego żeńczyny mają z nimi mniej problemów) – niekoniecznie Bogu. Z drugiej strony – włosy to oś woli (wol-os). Biomaszyny wolnej woli nie posiadają. Stąd, paradoksalnie, lepiej rosną im włosy – tam, gdzie nie da się złamać woli, nie ma kłopotów z włosami.

Sporo zaawansowanych duchowo mistrzów ostatniego wieku miało nienajlepsze włosy i problemy ze zdrowiem. W obecnych czasach dusza niekiedy wybiera ciało jakby ‚na opak’, tzn. wciela się w coś słabowitego, aby ćwiczyć bezpośrednią łączność z Duchem. To takie celowe stawianie sobie przeszkód dla treningu. Duch jest ponad wszystkim. Niewidomy, przebudzony duchowo człowiek może widzieć dużo więcej niż zdrowi, a uśpieni.

W kalijudze, czyli Wieku Żelaznym, wiele rzeczy ‚stoi na głowie’. Tu z pomocą przychodzi nam inna mądrość: Nie sądź po pozorach. W kalijudze to bez sensu. Zdrowe ciało wcale nie oznacza zdrowego Ducha. Mało tego, w tym zdrowym, imponującym ciele może w ogóle nie być żadnego Ducha. To główna cecha Epoki Lisa, czyli zwodzenie. Podobnie ci, którzy dzierżą władzę wcale nie są najmądrzejsi itd. Oczywiście, nie wszystko zostało odwrócone o 180 stopni, to byłoby zbyt proste. Mamy przeto również mądrych polityków (niewielu), a u niektórych ludzi dorodne włosy i ciało nadal odzwierciedlają przejawiającą się przez nich Boskość.

Epoka Lisa uczy nas rozróżniania, czujności, patrzenia na świat wzrokiem duchowym. Teraz przechodzimy z Epoki Lisa do Epoki Wilka, więc zamieszanie sięga zenitu. Nowe wypiera stare i czasami można się pogubić, co już jest nowe, co jeszcze stare; co jest wilkiem, a co lisem, który tylko przebiera się za wilka, żeby jak najdłużej pociągnąć swoją rolę.

Pojawia się coraz więcej blogów i vlogów pouczających, jak dbać o ciało. Przebija przez to czysty materializm, niemniej i tak da się z tego wyciągnąć wiele dobrego.

Porządkując i rozwijając swoje ciała niematerialne powinniśmy też zauważyć analogiczne porządkowanie się ciała fizycznego. Jednak nie zawsze działa to wprost proporcjonalnie. Praktyka terapeutów wskazuje, że oczyszczając duszę dużo łatwiej uzdrowić ciało, niż je odmłodzić. Główną przyczyną są „skamieniałe” wyobrażenia i poglądy na temat ciała i zachodzących w nim z wiekiem procesów. Tak samo odnowienie łączności z kosmosem niekoniecznie skutkuje odrośnięciem włosów na głowie, ponieważ niewielu ludzi wierzy, że włosy mogą odrosnąć.

Tu z pomocą przychodzą metody „oddolne”. Myślę, że warto po nie sięgnąć. Należą do nich nie tylko naturalne kosmetyki, lecz także wizualizacja (to, powiedzmy, sposób nie tyle „dolny”, co „środkowy”). Nadchodzi Epoka Wilka i czas na uporządkowanie wszystkiego: niech zewnętrze znowu odbija wnętrze, dół górę itd. Koniec krzywych zwierciadeł. Dlatego dobrze działać i „od góry” i „od dołu”, porządkować zarazem wnętrze i zewnętrze. Piękno zewnętrzne też jest ważne, bo bez niego – po co właściwie żyć w materii? To uciekajmy w cudne światy duchowe, zamiast się tu męczyć.

Piękno zewnętrzne dotyczy także mężczyzn. Nie chodzi oczywiście o rywalizację na tym polu z żeńczynami, ale przejawianie Boskości w męskim aspekcie (piękno to boska cecha).

Wszystko działa w dwie strony: wzmacniając kontakt z kosmosem pobudzasz swoje włosy; ale i pobudzając włosy do wzrostu ułatwiasz sobie łączność z wszechświatem. Przez długi czas nie używałem żadnych kosmetyków (*nazwa od słowa kosmyk, a kosmyk od kosmosu). Prawie rok temu dostałem naturalny (w miarę) płyn do brody. Zacząłem go używać, a gdy się skończył, kontynuowałem pielęgnację zarostu różnymi olejami, do których dodawałem olejków eterycznych.

Dorodność brody zależy od połączenia z Bogami i Przodkami, przede wszystkim z męską linią ziemskiego Rodu. Moja broda rosła dobrze, ale teraz stała się znacznie gęściejsza, bujniejsza, konkretniejsza. Dzięki olejom mam potężniejszą brodę i łatwiej mi łączyć się z Rodem.

Nie chodzi o farbowanie lisa na szaro. Współczesny kult piękna i młodości to znowu czysty materializm. Próby usilnego zachowania młodości często podwajają szpetotę, jaką przynosi degeneracja ciała (dzisiaj powszechnie uznawana za „starość”). Jak mówi Jordan Peterson: Nie ma nic brzydszego od starego dziecka. Mądrze prawił na ten temat Aleksander Dugin: „W społeczeństwie tradycyjnym starzec uznawany jest za wzorcowy, normatywny obraz człowieka. Starcem mianowano człowieka nie dlatego, że się starzał, ale z powodu jego duchowej dojrzałości; toteż każdy dążył do tego, aby stać się starcem. Starość oznaczała stan doskonałości. Ludzie wzrastali w kierunku świadomości – od materii, ciała, do świadomości duchowej. W dzisiejszych czasach obserwujemy radykalne przewartościowanie tych pojęć. Wzorcowym obrazem człowieka w naszych czasach jest człowiek młody. Jeśli sto lat temu był to człowiek dojrzały, tj. dojrzały mężczyzna i dojrzała żeńczyna, to w wieku XX jest to już młodzieniec, a w czasach dzisiejszych – nastolatek. Infantylizm i podrostkowość, niedojrzałość – stały się normami społecznymi. W związku z tym cel ludzkiego życia został odwrócony” (*tłum. Nażyra Ludowita).

Taki stan rzeczy wynika z jednej strony z  faktu, że pojęcie „starzenia się” zaczęło nabierać w ciągu wieków znaczenia degradacji, niedołęstwa i choroby. Pierwotnie starość oznaczała stan „stu-Ra” (stu słońc). Dziecko rodzi się i jest słońcem, ale w ciągu życia moc człowieka naturalnie wzrasta, wzmaga się stokrotnie. W naturze starzec jest nie tylko mądrzejszy, ale też sprawniejszy i silniejszy od młodzieńca. Nic dziwnego, że ludzie uciekają od tego wypaczonego pojęcia starości. Z drugiej strony: to skutek odcinania się od korzeni, od mądrości Przodków, skutek napompowania młodych ludzi egoizmem, braku szacunku do przeszłości („liczy się tylko przyszłość” albo „tu i teraz”).

Oświecenie, ku któremu wzrastamy, nie oznacza burzenia porządku. Niektórzy ludzie świadomie zajmujący się rozwojem duchowym uważają przemiany społeczne, takie jak emancypacja kobiet, forsowanie praw mniejszości seksualnych czy problematyzowana przez Dugina infantylizacja społeczeństwa, za kolejne kroki w duchowej ewolucji, wyłamywanie się ze sztywnych ram, przejaw niczym nieograniczonego tworzenia jako boskiej cechy. Mylą oni przy tym bezład z wolnością. Bezład to nie wolność, a ład to nie ograniczenie (chociaż ego może tak go postrzegać).

Człowiek oświecony nie musi się wyłamywać, nie buntuje się. Nie zakłóca Boskiego Porządku (musiałby negować sam siebie). Nie walczy z płcią, ani z prawem grawitacji. Choć rzeczywiście stoi ponad nimi. Jeśli zechce, może unosić swe ciało w powietrzu. Może zmieniać się z mężczyzny w kobietę, z człowieka w zwierzę, może przejawiać się naraz w niezliczonej ilości ciał itd.

Na Ziemi pojawiają się czasem istoty zwane awatarami. Są to inkarnacje istot, które osiągnęły poziom Bogów lub półbogów. Chyba najbardziej znani awatarowie ostatnich dziesięcioleci to Sai Baba i Babaji. Cechowało ich wzniesienie się ponad prawa przyrody, dlatego na przykład ani Sai Babie, ani Babajiemu nie rosła broda. Oni pojawili się tu już jako istoty niebiańskie, nie po to, by rozwijać Ród. Ich ciało nie rzucało cienia, nie dotykały ich krople deszczu. Posiadali pełną władzę nad materią i często materializowali różne przedmioty.

Pewnego dnia Sai Baba potoczył w stronę jednego ze swych gości kamyk, a ten w jego ręku zamienił się w coś słodkiego o niespotykanym, zachwycającym smaku. Gość zażartował, że można by całe góry przemienić w takie smakołyki. Tu Sai Baba poważnie odpowiedział, że byłoby to wykroczenie przeciwko przyrodzie. Droga do oświecenia to droga do Najwyższego Ładu. Ciężko tam dojść praktykując nieład.

Z intelektualnego punktu widzenia oświecenie przypomina nihilzm (z tego powodu inspirowany filozofią Dalekiego Wschodu Schopenhauer zabrnął w pesymizm). Ale to tylko punkt widzenia intelektu, czyli ego. Stwierdzenie, że życie nie ma sensu i człowiek sam nadaje mu sens można uznać za prawdziwe, przy czym to jedynie intelektualne przelewanie z pustego w próżne. Oświecenia nie doświadcza się przez analizowanie i definiowanie.

Kiedy zaczyna się pisanie o oświeceniu, dobrze powoli kończyć pisanie. Podsumowując:

1) przy całej świadomości wpływu Ducha i umysłu na ciało nie powinniśmy oceniać powierzchownie,

2) nie zmienia to faktu, że warto zadbać także o zewnętrzne piękno,

3) lepiej wsiąść na trochę jeszcze nieogarniętego i bidnego szarego wilka niż farbować lisa na szaro, czyli

4) zamiast tuszować więdnięcie ciała lepiej albo realnie odmładzać się, albo starzeć z godnością,

5) warto pamiętać, że oświecenie to całkowita wolność, ale i ład,

7) oświecenie to nie nihilizm, chociaż dla intelektu wygląda podobnie.

Wyszło sześć punktów. Szóstka to dobra liczba, „niedobry” jest tylko jej dzisiejszy zapis. Dawniej szóstkę zapisywano jak siódemkę, a siódemkę jak siódemkę „europejską”, czyli przekreśloną. A dlaczego siły ciemności wybrały sobie szóstkę, to pewnie już wiecie, a jeśli nie, to polecam wam ruską wiedzę z dolmenów. Tam też znajdziecie o nieśmiertelności (cielesnej) człowieka oraz o tym, dlaczego ludzie przyzwyczaili się do umierania. Bądźcie zdrowi, dobrzy, mądrzy i piękni.

Żdan Borod

 

Wartość smutku

Picasso: Tragedia (ubodzy nad brzegiem morza), 1903, przetworzenie: Żdan BorodZ tego, co widzę, obecnie utwierdza się wśród ludzi przekonanie, że „smutek jest potrzebny”. Dzieje się tak głównie za sprawą egalitarnej współczesnej psychologii i coraz bardziej świadomego podejścia do emocji.

Dawniej nie negowano wprawdzie nieuchronności smutku, traktowano go jednak jako fenomen jednoznacznie negatywny, od którego dobrze byłoby się wyzwolić, chociaż to niemożliwe. Swoją drogą, ten elementarny fatalizm wywodzi się z niczego innego jak z ogromnej żałoby po utraconej przez Słowian przed ponad tysiącem lat wolności. Większość Polaków nie uświadamia sobie tego odziedziczonego po pradziadach wzorca. Ci, którzy są go świadomi, często pielęgnują go jako cenną wartość.

Rozwój wzorca nieuchronnego smutku znalazł doskonałe podłoże w rozpowszechnionej głównie siłą religii chrześcijańskiej, nawożonej rozpaczą i poczuciem winy z powodu śmierci Jezusa. Wielkie konflikty, jakie przetaczały się przez nasz leżący na granicy interesów Watykanu i prawosławia kraj i związane z nimi rzesze ofiar wojennych również sprzyjały wykształceniu się narodowej martyrologii.

Mimo wszystko, smutek figurował przez wieki jako wartość negatywna. Wyszliśmy na tym lepiej niż społeczeństwa zachodnie, które popadły w drugą skrajność i długi czas tłumiły okazywanie smutku uznawanego za coś nie tylko niepożądanego, ale wręcz nieprzyzwoitego (keep smiling). Po stuleciach zaowocowało to epidemią depresji w świecie zachodnim.

Dewiza: smutek jest potrzebny ma być rzekomo lekarstwem na ten stan rzeczy. Tymczasem moda na depresję (celowo używam tego prowokującego określenia, ryzykując że kogoś tym urażę) przeniosła się razem ze wspomnianym hasłem także do Polski. Na Zachodzie mówienie o potrzebności smutku, oczywiście, nikogo nie uzdrawia, a jedynie stymuluje społeczną akceptację dla osób dotkniętych depresją. W naszych realiach działa to zupełnie inaczej, jakkolwiek zjawiska dotyczące świata zachodniego zadomowiły się w pewnej mierze i w Polsce. Przede wszystkim jednak przekonanie, że smutek jest potrzebny, zdaje się utrwalać i legitymizować wyhodowane na przestrzeni dziejów wzorce.

Smutek jest potrzebny na tyle, na ile czujemy potrzebę jego odczuwania i doświadczania. Jeżeli przyjmujemy, że smutek jest potrzebny, skazujemy się w większym czy mniejszym stopniu na jego obecność w naszym życiu (podobnie, gdy uważamy, że choroby są nieuniknione). I w porządku, bo przecież po to tu jesteśmy, aby doświadczać, a emocje to jedno z ciekawszych doświadczeń dostępnych w tej rzeczywistości. Nie zmienia to faktu, iż smutek, zasadniczo, jest emocją destruktywną. To też nasz wybór: tworzenie albo destrukcja.

Obecnie próbuje się kreować iluzję, jakoby smutek stanowił immanentną cechę ludzkiej osobowości, nieodzowną do utrzymania stanu równowagi emocjonalnej. Jedną z najsilniejszych sugestii wspierających tę iluzję jest teoria depresji endogennej. To próba naukowego udowodnienia naturalności smutku, który może niekiedy przybierać tak ostre formy.

Tutaj znowu możemy wybrać: poddać się tej iluzji albo nie. Jeśli zgadzamy się na pogląd, że cokolwiek w naszym umyśle, ciele i życiu może stać się bez naszej (świadomej lub podświadomej) zgody, to wszechświat udowodni nam prawidłowość tego poglądu.

Akceptacja smutku jest ważna (wypieranie prowadzi wyłącznie do jego kumulowania i stanów chorobowych). Nie mniej ważna jest decyzja, co dalej poczniemy ze smutkiem. Można go przeżyć i pozwolić mu odejść. Można nawet zdecydować, że nie chce się już go doświadczać i pozwolić, by jego miejsce zajęła inna energia (np. bezwarunkowa miłość). To już nie jest wypieranie i wcale nie prowadzi do nierównowagi uczuciowej. Przeciwnie, daje dużo większą stabilność psychiczną. Smutek, w gruncie rzeczy, osłabia i przytłacza.

Granica między akceptacją smutku, a zagłębianiem się w niego jest dość cienka, podobnie jak granica między wypieraniem smutku a jego transformacją. W zasadzie wyraźna granica tu nie istnieje, nie sposób jej dokładnie opisać. Prawdopodobnie większość osób, które postanawiają zaakceptować smutek, w jakimś stopniu, przynajmniej początkowo, ma tendencje do pielęgnowania go. Tak samo osoby decydujące się na transformacje tej emocji będą ją z dużym prawdopodobieństwem częściowo wypierać. Wszystko zależy od doświadczenia w „pracy z emocjami”, od tego aspektu samoświadomości, który kontroluje nasze „życie wewnętrzne”. Ale także od rzeczywistych intencji, a te bywają jak studnia bez dna, gdyż od intencji świadomych (deklaracji) dużo silniejsze mogą okazać się intencje nieuświadomione.

Z jednej strony, depresja to istotnie poważny problem, nie dający się zbyć zwykłym: weź się w garść, wszystko zależy od ciebie. Z drugiej – podstawowa przyczyna absolutnie każdej depresji, to brak energii psychicznej. Poziom tej energii określamy my sami. Czynniki zewnętrzne również mają na nią wpływ przy czym: 1) w istocie to my kształtujemy czynniki zewnętrzne i mamy moc, by je zmieniać; 2) my decydujemy, jaki wpływ one na nas wywierają.

Urodziliśmy się w rzeczywistości, która sprzyja powstawaniu w nas smutku i depresji, bo mieliśmy w tym jakiś cel. Może być nim głębsze lub płytsze doświadczanie tych stanów lub uodpornienie się na takie warunki i ćwiczenie w kształtowaniu warunków znacznie bardziej przyjaznych.

Smutek oznacza brak energii psychicznej, depresja to przewlekły brak energii psychicznej. Braki te wynikają z blokad psychicznych, które warunkują wszelkie inne zaburzenia w przepływie energii, powszechne w dzisiejszym świecie. Energię psychiczną można czerpać z bardzo różnych źródeł, bardziej lub mniej pewnych i trwałych. Były czasy, gdy wysoki poziom energii psychicznej zapewniały harmonijne związki, silne rodziny, bliski i czysty związek z przyrodą i kosmosem. To nazywało się „szczęściem”, byciem częścią całości. Ponieważ dzisiaj to rzadkość, energię psychiczną pobiera się raczej z używek, nadmiaru jedzenia, wybuchowego seksu, emocjonujących filmów, głośnej muzyki, sportów ekstremalnych itd. To źródła dające chwilowy zastrzyk energii, po którym następuje jej spadek (wtedy zazwyczaj odczuwa się smutek i sięga po kolejną dawkę).

Wydawałoby się, iż uznanie smutku za zjawisko niepotrzebne to droga prowadząca do braku empatii (jeżeli ktoś jest smutny, to niech się zastanowi nad sobą i nie zawraca innym głowy; tudzież oferuje mu się powierzchowne pocieszenie: uśmiechnij się, świat jest piękny). Ale przecież skoro smutek jest potrzebny, to tym bardziej nie ma sensu interesować się smutną osobą. To jej potrzebne, niech się smuci, niech się wysmuci. No tak, wtedy można z nią iść na wino i podołować się razem. To dobra rozrywka, a przy okazji tyle współczucia.

W kwestii smutku i towarzyszącej mu empatii nie ma uniwersalnej reguły, ponieważ jedni smucą się, aby dostać trochę miłości od innych, drudzy, żeby udowodnić sobie, że nawet gdy są smutni, to jej nie dostaną, trzeci w jeszcze innym celu (których może być niezliczenie wiele). Faktem jest, że smutek ma zawsze nie tylko przyczynę, lecz także cel (przeważnie nieuświadomiony). Możesz więc uważać smutek za niepotrzebny i jednocześnie przejawiać empatię, a czy spełnisz oczekiwania innych, czy nie, to już osobna sprawa.

Smutek to furtka do groźniejszych stanów emocjonalnych, takich jak lęki (również silnie związane z kliniczną definicją depresji). Niebezpieczeństwo tezy o potrzebie smutku tkwi w jej pozornej niewinności. Nie przeszłaby tak gładko afirmacja strachu czy złości (o drugim przypadku zdarza się słyszeć). Smutek jest łagodny, smutek to melancholia, poezja. W historii smutek zapisał się jako źródło natchnienia, inspiracja dla piękna. Wiele osób rzeczywiście nie wyobraża sobie życia bez smutku.

Ja sobie wyobrażam, a wyobrażenia kształtują rzeczywistość. Życzę sobie i innym radosnego życia.

Żdan Borod

Dusza i Duch, Dusza i ego. Ewolucja Duszy

gwiazdy na niebie nocą

Chociaż pojęcia „Ducha” i „duszy” przez wielu używane są wymiennie, odnoszą się do dwóch różnych zjawisk.

Nasza duchowa istota jest spolaryzowana. Duch to jej męski aspekt, dusza – żeński. Duch „mieszka” w głowie; to część duchowej istoty czuwająca nad naszą ewolucją. Dusza – „mieszka” w sercu; to ta część duchowej istoty, która posiada pragnienia i poprzez ich realizację chce się doskonalić. Dlatego określenie „dusza” pojawia się najczęściej w kontekście zbierania ziemskich doświadczeń i „życiowej szkoły”, a słowo „Duch” odnosi się raczej do bezpośredniego kontaktu z Bogiem.

Naszą istotę duchową można utożsamić (w uproszczeniu) z ciałem atmicznym (świetlistym). Duch i dusza to części tego ciała. Duch to Atma, dusza to Żywatma. Ich przejawienie to Żywa, czyli ciało jawne. Dusza, Żywatma, stanowi jakby połączenie ciała duchowego i ziemskiego. W umownym układzie odniesienia duch-materia: Duch to jan, ciało – jin, natomiast dusza tworzy element harmonizujący te dwie energie.

W klasycznej filozofii wedyjskiej Ducha nazywa się Atmanem, a duszę – Dźiwatmą lub Dźiwą.

Rośliny i zwierzęta posiadają duszę zbiorową. Analogicznie do tego nie posiadają własnego Ducha, lecz komunikują się ze zbiorowym Duchem, który czuwa nad ich duchową ewolucją. Indywidualizacja duszy następuje stopniowo i możliwa jest tylko wśród niektórych gatunków. Największy stopień indywidualizacji wykazują zazwyczaj osobniki, które wchodzą w kontakt z człowiekiem.

Tak wygląda troistość naszej istoty: Duch, dusza i ciało (fizyczne). Można im kolejno przypisać także trzy sfery umysłu: nadświadomość (kontakt z Duchem), świadomość (kontakt z duszą) i podświadomość (kontakt z ciałem). Oraz: intuicję (sygnały z nadświadomości), intelekt (sygnały ze świadomości), instynkt (sygnały z podświadomości). Mówi się także o Wyższym Ja, średnim Ja i niższym Ja. O ile Wyższe Ja da się utożsamić z Duchem, a niższe Ja z instynktem, o tyle w przypadku średniego Ja napotykamy na trudności, ponieważ nie zawsze możemy postawić znak równości między nim a duszą.

Istnieje jeszcze pojęcie ego. Ego to nie Dusza. Zapewne znacie również takie ujęcie troistości: ciało, umysł, duch. Wygląda na to, że Dusza została wyparta przez umysł. Tak właśnie powstaje ego: kiedy nasze średnie Ja zaczyna utożsamiać się z umysłem (przeważnie z jego częścią – intelektem). Umysł to narzędzie; kiedy świadomość zaczyna identyfikować się z tym narzędziem, człowiek traci kontakt ze swoim prawdziwym Ja – z duszą. Mówi się wtedy, że ktoś przestał słuchać głosu własnego serca (które jest mieszkaniem duszy).

Spotyka się nieraz osoby bardzo pobożne, a jednak niezbyt serdeczne. Ludzie tacy wprawdzie nawiązują kontakt z Duchem, ten jednak służy tylko podbudowywaniu ich ego – sztucznego tworu, zamiast służyć ewolucji duszy. To przykład zaślepienia duchowym pierwiastkiem męskim i odrzucenia lub niedowartościowania pierwiastka żeńskiego. Bogu ma poddać się dusza, nie ego.

Bywa też odwrotnie: zdarzają się osoby niezwykle wrażliwe, szczere i życzliwe, które jednocześnie popadają w kompletny mętlik życiowy, szarpią się i gubią w swoich doświadczeniach. Tu z kolei łączność z duszą jest w miarę dobra, ale z jakiegoś powodu (np. buntu przeciw Bogu) odrzucone zostało prowadzenie ze strony Ducha, więc dusza znowu nie ma jak ewoluować. Tym skutkuje próba poddania się pierwiastkowi żeńskiemu, a ignorowania męskiego. Ponieważ dusza, jako duchowy pierwiastek żeński i tak musi się czemuś poddać, zazwyczaj zaczyna poddawać się ciału. W ten sposób Żywatma, miast Atmie, poddaje się Żywie. Zaczyna się droga w dół.

Niestety, częstym przypadkiem jest odcięcie się od obu tych boskich pierwiastków – i Ducha, i duszy. Co wtedy się dzieje? Ego przejmuje funkcje Ducha (prowadzenie), a ciało funkcje duszy (doświadczanie). Człowiek staje się wówczas tzw. biorobotem – materialnym ciałem sterowanym przez program zaślepionego umysłu. Wulgarni ludzie silniej identyfikują się z instynktem, bardziej wyrafinowani – z rozwiniętym intelektem. Oba przypadki wiodą w tym samym kierunku: pierwsi stają się demonicznym planktonem, drudzy mają szansę ulokować się gdzieś wyżej w tej ciemnej hierarchii. Tym gorzej, ponieważ jeszcze silniej wikłają się w diabelskie rozgrywki.

Powstanie ego wiąże się bezpośrednio z powstaniem cywilizacji, a właściwie to to,  co nazywamy cywilizacją jest wynikiem egoizmu, czyli rozwijania się ego zamiast duszy. Przyroda jest absolutnie doskonałym boskim dziełem, w pełni kompatybilnym z człowiekiem. Człowiek żyjący w idealnej harmonii z przyrodą i rozumiejący ją (tzn. znający Boski Zamysł), nie zazna cierpienia ani choroby, mało tego – nie zazna także śmierci. Kiedy człowiek przestaje pojmować Boga i przyrodę, zaczyna „ulepszać” boskie idee. Wydaje mu się, że Bogu wiele rzeczy nie wyszło, że można by je zrobić dużo lepiej. To oczywista głupota, lecz takiemu człowiekowi wydaje się inaczej (wpadł w sidła intelektu).

Powrót do przyrody i obcowanie z nią pozwala człowiekowi na nowo zacząć pojmować ją i Boski Zamysł, który się za nią kryje. I odwrotnie – zaprzestanie identyfikacji z umysłem kieruje człowieka ku Bogu i przyrodzie, zaczyna on dostrzegać i rozumieć, że nie trzeba niczego wytwarzać, poprawiać, niczego sztucznie podtrzymywać, bo wszystko zostało już doskonale stworzone przez Boga.

Żdan Borod