Irracjonalność ateizmu i wiary w Boga, wielka kosmiczna gra

Złota mandala. Autor: Żdan BorodZarówno „wiara w Boga”, jak i „ateizm” to pojęcia wywodzące się z mentalności religijnej (niewolniczej). To samo dotyczy wiary w wielu Bogów, czyli politeizmu i henoteizmu.

Dzisiejsze znaczenie słowa „wiara” nie ma właściwie nic wspólnego ze znaczeniem pierwotnym, wywodzącym się od słów „wiedza” i „Ra” (wiera). Wiedza, w przeciwieństwie do wiary, to coś pewnego, nie hipotetycznego.

Religijna wiara wynika głównie z emocjonalnego przywiązania do informacji na temat duchowości przekazanych przez społeczeństwo. Nawet wychowanie w rodzinie ateistycznej zazwyczaj niewiele zmienia, ponieważ ateizm, jak zaznaczyłem na początku, jest również przekonaniem spowinowaconym z religią: to zaprzeczenie światopoglądu religijnego, czyli wiara religijna ze znakiem minus. Wielu racjonalistów przypisuje sobie nieuprzedzone (bo ateistyczne) spojrzenie na świat. Tymczasem myślą oni dokładnie tymi samymi schematami co katolicy, tyle że wywróconymi na lewą stronę. Widać to wyraźnie na przykładzie ludzi nauki. Dlatego mitologię Słowian interpretuje się w sposób religijny, mówi się nawet o „religii Słowian”, co jest oczywistym absurdem. Za słuszne należy uznać stwierdzenie, że współczesna nauka opiera się na Biblii.

W praktyce ateizm trudno odgraniczyć od antyteizmu; najczęściej mamy do czynienia z łagodniejszą lub ostrzejszą formą tego drugiego. To w istocie postawa buntownicza, a więc niedojrzała, ściśle związana z emocjonalnym podejściem do negatywnych doświadczeń religijnych.

Religijne niewolnictwo opiera się na okultyzmie, natomiast podstawę okultyzmu stanowi podział życia na sacrum i profanum. Ateista odrzuca sferę sacrum, co niesie ze sobą pewne plusy, jak chociażby brak ciągłego napięcia między dwiema odseparowanymi sferami, uwolnienie się od poczucia niegodności (wobec sacrum) itd. Ale to odrzucenie ma też ujemną stronę.

Ograniczenia stawiane przez religię skutecznie obrzydzają ateistom wszystko, co wiąże się z duchowością. Wobec tego wszelkie doświadczenia duchowe czy mistyczne kwalifikują oni jako halucynacje czy wręcz objawy choroby psychicznej. A przecież to bardzo uproszczona i irracjonalna interpretacja rzeczywistości. Zresztą, nawet halucynacje i choroby psychiczne powinny dawać zdrowo rozumującemu człowiekowi sporo do myślenia, a konkretnie bezradność nauki (czysto materialnych metod poznawczych) wobec zrozumienia procesów ich powstawania.

Nauka nie potrafi nawet dokładnie opisać genezy marzeń sennych. Ściślejsze podejście do tego zjawiska spotykamy jedynie w psychologii, ale nie dysponujemy jego precyzyjnym, chemicznym opisem. Nie wiemy, jakie reakcje chemiczne decydują o tym, że człowiekowi śni się, dajmy na to, różowy słoń – w ogóle, jak od strony molekularnej wygląda mechanizm powstawania wyobrażeń. Zastrzeżenie, że nauka na obecnym poziomie nie potrafi dokładniej wyjaśnić tej kwestii przypomina religijne obietnice zbawienia. Dość odważnie, jak na dziedzinę, która uznaje się za racjonalną i sprowadza mózg do fenomenu biochemicznego.

Pogląd, że materia to energia nie jest obcy nauce i da się to już nawet wykazać doświadczalnie (w akceleratorach cząstek), lecz jak widać, niewiele to zmienia w rzeczywistości. Niewiele nie znaczy nic. Nauka i religia to dwie skrajnie różne formy okultyzmu mające tę samą proweniencję i ten sam cel: utrzymywanie ludzi w niewiedzy i umożliwianie kontroli nad nimi. Okultystyczne pęta zaczynają się jednak rozluźniać, co jest zgodne zarówno z planami sił Światła, jak i Ciemności. Siły te w rzeczywistości współpracują ze sobą, a nie walczą. Toteż zarówno współczesna nauka, jak i religia pomału, pomału nakierowują ludzi na ukrywaną długo prawdę.

Brzmi to co prawda deprymująco. Bo wychodzi na to, że tak czy owak jesteśmy pionkami w rozgrywkach jakichś sił, i na dodatek nie bardzo widać różnicę między Dobrymi i Złymi, skoro ci współdziałają i snują wobec nas swoje plany?

Nie do końca.

W kulturze naszych Przodków czczono i jan, i jin. Słowianie to dzieci Bogów, dzieci Światła, dlatego nasi Przodkowie zajmowali się jasną stroną życia, czyli tworzeniem. Szanowali jednak również ciemną stronę, wiedzieli, że istnieje też siła niszcząca, że także ona spełnia swoje zadania i że wcale nie musi wchodzić im w drogę, że aby tak było, należy tylko odpowiednio mocno „świecić”.

U naszych Przodków nie istniało ani sacrum, ani profanum, nie było więc wewnętrznych konfliktów i napięć; święte było całe życie. Mało tego: w ogóle nie oddzielano Ducha od materii. Materia to jeden ze sposobów przejawiania się Ducha. To część Ducha, która przybrała gęstą i ciężką formę. Po co? W sumie… dla zabawy. To boska iluzja, maja, magia życia. Sens tej zabawy polega na tym, aby cały czas na nowo odkrywać, przypominać sobie, że jesteśmy Duchem, który udaje nieducha, czyli materię. Dawni Słowianie pamiętali o tym, ponieważ dostrzegali Boga we wszechświecie, w przyrodzie, w drugim człowieku i w samych sobie. Relacje z Bogami miały u nich charakter rodzinny. Był to wspaniały etap tej zabawy. Podobni byliśmy wtedy małemu dziecku bawiącemu się z rodzicami w chowanego w niewielkim pokoju. Czuje ono przyjemny dreszczyk, ale w takim pomieszczeniu trudno dobrze się schować i już po kilku sekundach poszukiwań widać, że zza fotela wystaje ramię ojca. Nie zmniejsza to jednak radości z jego odnalezienia (znacie to uczucie?) Z większymi dziećmi nie da się już tak bawić, staje się to kompletnie jałowe. Potrzeba czegoś większego, z większą ilością zakamarków. Tak samo Słowianie potrzebowali bardziej realnego odczucia zagubienia i odnajdywania Boga, dlatego wykreowaliśmy sobie zagładę naszej kultury, odejście od przyrody i bardzo nieprzyjazny system, w którym całkiem zapomnieliśmy, że to gra. Teraz to już normalnie nie ma żartów!

Bóg także lubi bawić się w chowanego, ale ponieważ nie ma nic poza Bogiem, nie ma on z kim się bawić, jak tylko z Sobą samym. Pokonuje jednak tę trudność, udając, że nie jest Sobą. To jest Jego sposób na chowanie się przed Sobą. Udaje, że jest tobą, mną i wszystkimi ludźmi na świecie, wszystkimi zwierzętami, roślinami, skałami i gwiazdami. Dzięki temu ma dziwne i wspaniałe przygody, wśród których zdarzają się okropne i przerażające; lecz te są tylko jak straszny sen i gdy On się zbudzi, one znikają.

Gdy Bóg chowa się i udaje, że jest tobą i mną, czyni to tak dobrze, że zabiera Mu mnóstwo czasu, by przypomnieć sobie, gdzie i jak się schował. Ale na tym polega cała zabawa i to właśnie to, co chciał zrobić. Nie chce znaleźć Siebie zbyt szybko, gdyż to popsułoby Mu zabawę. Dlatego tak trudno tobie i mnie odkryć, że jesteśmy Bogiem w przebraniu, udającym, że nie jest Sobą. Kiedy jednak gra trwa wystarczająco długo, wszyscy z nas budzą się, przestajemy udawać i przypominamy sobie, że jesteśmy wszyscy jedną Jaźnią – Bogiem, który jest wszystkim, co istnieje, i który trwa wiecznie (Alan Watts)

___________

Żdan Borod