Matriarchat, rasizm, wymowa „r” i naturalna męska sylwetka

Słowiańska mandala, autor: Żdan BorodBliska mi żeńczyna zarzuca mi rasizm.

Bliska mi żeńczyna jest specyficzną (przy tym piękną i mądrą) istotą. Ale żeńczyny w ogóle inaczej patrzą na sprawy narodowe, zazwyczaj mniej zajmują się nimi. To naturalne. Gorzej, kiedy żeńczyna widzi coś złego w zajmowaniu się sprawami narodu przez mężczyznę. A to rzeczywiście naturalna działka mężczyzn.

Czasami przewrotnie sam nazywam siebie rasistą, ponieważ interesuje mnie zagadnienie ras ludzkich (na co dzisiaj wciąż patrzy się podejrzliwie). Podobnie nazywam siebie seksistą, bo ciekawią mnie sprawy związane z płcią (obiema płciami). Nie jestem jednak w tych dziedzinach szowinistą. Nie uważam żadnej z ras ludzkich czy płci za lepszą.

Potrzebujemy żeńskiego podejścia do ras. To oczywiście filozoficzne uogólnienie, gdyż także wśród żeńczyn znajdzie się wiele zaciekłych i umiarkowanych nacjonalistek. Żeńskie podejście („miłość ponad wszystko”) jest słuszne. Warto odróżnić je od podejścia, nazwijmy to, matriarchalnego. Jego przykład (a właściwie owoc) widzimy we współczesnej poprawności politycznej i uprawianej globalnie polityce multikulturalizmu. Podejście matriarchalne można zapisać w postaci sylogizmu: skoro miłość stoi ponad wszystkim, to również ponad rasami, a z tego wniosek, że rasy nie mają znaczenia.

Z grubsza rzecz biorąc, to prawda. Tak z grubsza to nic nie ma większego znaczenia, bo wszystko to gra (zabawa) miłości. Pytanie tylko, czy powinno się wylewać dziecko z kąpielą? To akurat mało żeńskie, żeńczyny mają dużo serca dla dzieci. Niemniej dziecko spraw narodowych ocalają głównie mężczyźni.

Żeńczyny, którym trudno to zrozumieć, niech zaufają, że męska natura też jest dobra i równie potrzebna jak żeńska.

Półtora roku temu zamieściłem tutaj długi tekst  pt. „Jak rozpoznać Aryjczyka? Przegląd antropologii fizycznej”. Być może przywrócę go (jeszcze go nie przejrzałem po przerwie). Przy okazji tematu ras znowu wychodzi kwestia powierzchownego i głębokiego spojrzenia (na człowieka i świat).

Powierzchowność dotyczy zarówno przypisywania rasom określonych przymiotów, jak i „rozpoznawania” ras po cechach zewnętrznych. Moim zdaniem każda z ras posiada właściwą sobie mentalność, co nie znaczy, że rasa sama w sobie jest „zła” lub „dobra”. Słowian nazywa się rasą światła. Świetnie, ale przecież patrząc na obecną kondycję duchową większości Słowian można by zapytać, gdzie się podziało to Światło. Widać je lepiej przy spojrzeniu globalnym, mniej przy społecznym. Rasa czarna z kolei ma naturę bardziej instynktowną. Statystycznie cielesność przeważa u niej nad intelektem, dlatego zyskała tak silną pozycję w świecie sportu. Jednak wywodzi się z niej także mnóstwo naukowców, choć może nie tych największych i najbardziej odkrywczych.

Swoją drogą, intelekt w dzisiejszym świecie przecenia się, a w zasadzie „ubóstwia”. To przejaw demonizmu. Gdzie intelekt staje się bogiem, tam mamy do czynienia z odwróceniem porządku. Intelekt to najwyższa sfera świadomości jaszczurów, poza niego nie wyjdą. Z tego powodu są zainteresowani wykorzystywaniem ciał duchowych ludzi. Z tego powodu także ludzie z żydowskimi genami zrobili największe kariery w jaszczurzej cywilizacji. Ludzie z przewagą żydowskiego genotypu cechują się (zazwyczaj!) dominacją intelektu nad innymi sferami osobowości. W pewnej mierze dotyczy to również rasy żółtej, która osiąga najlepsze wyniki w badaniach ilorazu inteligencji. Rasę żółtą nazywa się niekiedy rasą smoków, ponieważ zawiera w swej strukturze genetycznej – to brzmi śmiesznie – smocze geny. Smoki to jeden z rodzajów jaszczurów. Naturalnie, Żydzi i rasa żółta to dwie zupełnie różne linie i intelekt działa u nich w różny sposób.

U Słowian intelekt zajmuje miejsce po środku, między Duchem a instynktami. Tak przynajmniej było w naturze. Przerost intelektu to ego.

Przy okazji warto zaznaczyć, że rasa czerwona stanowi faktycznie zupełnie odrębny naród, niespokrewniony z rasą żółtą. Niektóre plemiona amerykańskie przemieszały się z nią (podobnie jak europejskie), ale nie wszystkie.

Wracam do powierzchowności – tym razem pod kątem dopatrywania się u ludzi cech danej rasy. Co jakiś czas przypomina mi się pogląd, według którego Żydzi nie wymawiają „r”. To dosyć udany przykład, zwłaszcza że posiada kiepskie podłoże w rzeczywistości. Tak, na pewno znajdziemy wiele osób żydowskiego pochodzenia, które wymawiają „r” niewyraźnie. A jeszcze więcej takich, które artykułują je bez żadnego problemu. I to nie jakichś tam „kryptożydów”, ale zupełnie oficjalnych i udokumentowanych.

W tej wymowie „r”, jak w wielu stereotypach, tkwi ziarno prawdy. „R” to wibracja, najsilniej wibrująca, wirująca głoska, to „Ra” języka. Język bez „r” zostaje pozbawiony poważnej części swojej wibracji. W angielskim, francuskim i niemieckim wymowa „r” jest zniekształcona. Angielski to język obojnaczy (nie ma w nim rodzajników) i zubożony (są tylko dwa przypadki itd.), stąd stał się podstawowym lingwistycznym narzędziem globalizacji i wynarodowienia, to język kolonialistów. Francja przez wieki przedstawiała sobą ognisko europejskiego zepsucia. Germanizacji używano do dławienia Słowiańszczyzny.

Niewyraźna artykulacja „r” może mieć różne podłoże. Jak zawsze prawdziwa przyczyna spoczywa w umyśle. Nie musi to wynikać z uwarunkowań genetycznych. Takie kryteria są zwodnicze, pozostawiają zbyt obszerny margines błędu.

Ktoś kiedyś nazwał Puszkina Murzynem, bo miał czarnoskórego pradziadka od strony matki (być może, zostały mu po nim mocno kędzierzawe włosy). Od pewnego (rozsądnego, wydawałoby się) młodziana, słyszałem, że grupa krwi B to grupa „indiańska”, a zero „afrykańska”. Słowiańska to natomiast wyłącznie A. Ehe.

Jak coś, to ja mam grupę A, tak że git, a „r” wymawiam jak brzytwa. Można się dowartościować.

Takiej jakości informacje sieją więcej zamętu, niż przynoszą pożytku. Zwłaszcza, że cała okultystyczna machina, która stworzyła religie i wynaturzoną cywilizację, to dzieło Ariów. Najczystszych genetycznie Ariów. Przecież jaszczury nigdy nie opanowałyby Ziemi bez naszej pomocy. Wystarczyło kilku, którzy dogadali się z jaszczurami.

Dla jednych to będzie następny dowód na to, że biała rasa jest najmądrzejsza. Dla matriarchistów będzie to z kolei wspaniała pożywka przeciw białym ludziom, ale pamiętamy już, że nie ma co wylewać dziecka z kąpielą, jak to robią miłośnicy matriarchatu (oni tak bardzo kochają dzieci, że miłość do dzieci stała się dla nich ważniejsza od samych dzieci).

Są ludzie u których trudno określić jednoznacznie przynależność do rasy. Są też tacy, przy których nie ma z tym kłopotu, dlatego zachowujemy to nasze kochane rasowe dziecko w balii słowiańskiego światopoglądu.

Na koniec zagadka: jak wygląda naturalna, prawidłowa męska sylwetka? Czy jest bliższa mężczyźnie po treningu na masę, na rzeźbę, czy takiemu bez specjalnie rozwiniętej muskulatury?

Bliskiej mi żeńczynie chyba nie spodoba się ten tekst. Dziękuję, jeśli ktoś dotrwał do jego końca. Pozdrawiam ciepło.

Żdan Borod