Sadzimy wierzby (nad wodą)

Nieco dokładniejszy instruktaż bardzo prostego sposobu sadzenia wierzb z uciętych gałęzi:

https://fb.watch/4xZVUApsAm/

Wierzby nad brzegami rzek umacniają je, regulują poziom ich wód, oczyszczają wodę i glebę. Korzenie wierzb wychwytują nawet 80% zanieczyszczeń, odgrywają więc ogromną rolę w rekultywacji wód i gruntów. Wierzby to rośliny miododajne, zwłaszcza wcześnie kwitnące gatunki. Miód wierzbowy charakteryzuje się bardzo jasnym kolorem i delikatnym smakiem.

Wierzby sadziło się na terenach podmokłych, ponieważ pomagały w melioracji gruntów, działały jak pompy wyciągające z ziemi nadmiar wody. Rzędy wierzb zasadzone w pobliżu rzek tworzyły rodzaj naturalnej zapory.

Sadźmy wierzby!

Pomóż wodzie – sadząc wierzby

Wspaniała, wiosenna akcja – dla odrodzenia człowieka i przyrody:

Lada moment rozpocznie się wiosna, a wraz z nią ruszymy nad wodę, bliżej natury. Jest to bardzo dogodny moment, abyśmy uczynili coś dla siebie i wody.

Wierzba jako drzewo i krzew jest naturalnym filtrem wody, jest rośliną fitosanitarną. Działanie, które proponujemy jest działaniem bezinwestycyjnym, wystarczy ostry nóż i nasza obecność nad wodą.

Znajdujemy w okolicy wierzbę (koniecznie po okresie kwitnienia), ucinamy gałązkę o długości naszego przedramienia i średnicy małego lub serdecznego palca. Kiedy już jesteśmy nad wodą wbijamy gałązkę w rozmokły grunt, tak aby w miarę możliwości była zakryta, i udeptujemy grunt przy wbitej gałązce…

https://www.facebook.com/events/486523939033230/

Ogień i woda w kulturze aryjskiej

Łza Swaroga. Autor zdjęcia: Żdan Borod

Dziękuję wszystkim osobom, które poprzez przekazywanie wiedzy zainspirowały ten wpis.

Być może, dla niektórych Czytelników ten tekst będzie nieco kontrowersyjny. Spróbujmy jednak spojrzeć na dwa wielkie żywioły: ogień i wodę, oczyma człowieka wolnego od więzów cywilizacji zagłady, żyjącego w pełnej zgodzie z Bogiem Ojcem i Matką Naturą.

Sięgając do słowiańskich korzeni wyobrażamy sobie często ludzi świętujących przy ogniskach, młodzianów wykonujących kupalne skoki przez ogień. Idąc za tymi obrazami sami rozpalamy ogniska. Lecz czym naprawdę jest ogień?

I gdzie można go znaleźć w przyrodzie? Ogień jako swobodna, potrzebująca paliwa energia, trawiąca to, co napotka na swojej drodze – nie istnieje w naturze, a jeśli się pojawia, to ma charakter destruktywny. Natura zna dwa rodzaje ognia: jawny – to ogień słońca, który daje Ziemi życie, i ogień subtelny – to ogień życia w ciele, który możemy poczuć jako wypromieniowywane ciepło; to również ogień jądra Ziemi.

Idąc tym tropem można zapytać: jaki sens ma rozpalanie ognia? To tak, jakby człowiekowi brakowało ciepła swojego ciała i ciepła słonecznego. I rzeczywiście, nadużywając ognia człowiek uzależnił się od niego, nie potrafi już przetrwać bez ognia chłodnych pór roku, jedzenie spożywa także głównie w postaci przetworzonej termicznie. Rozpowszechnienie ognia doprowadziło do rozwoju przemysłu i pójścia drogą cywilizacji technokratycznej, która zapanowała w ostatnich stuleciach.

Warto zastanowić się w tym kontekście nad mitem o Prometeuszu, którego zazwyczaj kojarzymy jako dobrego bohatera, przynoszącego ludziom ogień. Ale tym czynem Prometeusz zbuntował się przeciw Boskiemu Ładowi, nie przewidującemu używania ognia w takiej postaci. Za to też został ukarany. Widać tu analogię do Lucyfera, czyli rzymskiego odpowiednika Szatana (to z kolei nazwa hebrajska; słowiańska nazwa to Czarnobóg). Demoniczne teorie ewolucji człowieka najczęściej uważają zapanowanie nad ogniem za jeden z jej kluczowych etapów, punkt w którym człowiek zaczął wyraźnie górować nad zwierzętami.

W ogóle, to błędne i schematyczne założenie: że mężczyzna ma czcić ogień rozpalając ogniska, a żeńczyna siedzieć nad wodą i czerpać z niej mądrość. Porównujemy ogień do męskiej energii wznoszącej się ku górze, a wodę do rozlewającej się, ukierunkowanej horyzontalnie energii żeńskiej. A przecież ogień w wolnej postaci także rozprzestrzenia się przede wszystkim horyzontalnie – w przeciwnym razie nie groziłyby nam pożary. Zatem swobodny, wywołany sztucznie ogień jako symbol męskości, powoduje wypaczenie obrazu mężczyzny. Nic dziwnego, że w ciągu ostatnich, ciemnych wieków męskość zaczęła być kojarzona z przemocą i agresją; którą trzeba hamować, bo wszystko zniszczy. Doprowadziło to również do podporządkowania mężczyzny: ponieważ taki ogień nie może istnieć samodzielnie, potrzebuje nieustannie paliwa. Mężczyzna utożsamiający się z ‚rozpalanym’ ogniem staje się słaby i podatny na poczucie winy.

Naturalna cześć dla ognia to przede wszystkim kult solarny. Czcić Słońce mogą, a nawet powinni, zarówno mężczyźni, jak i żeńczyny. To Słońce daje nam najlepszy obraz męskiej energii, dającej światło, życie i wznoszącej ku niebiosom, energii ukierunkowującej Ziemię.

Teraz o wodzie. Chociaż woda stanowi obraz żeńskiej mocy, obcowanie z nią jest równie ważne dla obu płci. W ostatnich latach bardzo wiele napisano na temat struktury wody. Okazuje się, że wodę z różnych źródeł cechuje różna struktura. Strukturę tę można zmieniać, może ona być wyraźna i harmonijna lub rozmyta i chaotyczna. A jaka energia nadaje strukturę? Oczywiście, energia męska.

Mężczyźnie wskazane jest badać i porządkować strukturę wody, rozmawiać z wodą, słuchać wody, tak aby lepiej rozumieć żeńską energię, aby nauczyć się nadawać dobrą strukturę swojej żeńczynie i całemu rodowi.

Przywrócenie wody do jej pierwotnej, naturalnej struktury to ważne zadanie dla ludzkości na obecnym przełomie epok. Wiemy, że kondycja przyrody odzwierciedla kondycję człowieka. Dawniej woda na Ziemi posiadała nieco inną strukturę, która przejawiała się także w odmiennych parametrach fizycznych i chemicznych. Co jakiś czas słyszymy o cudownych źródłach, o przypadkach uzdrowienia poprzez wodę. W tych źródłach woda jest bliższa tej pierwotnej strukturze, stąd jej działanie. Takich źródeł obecnie jest niewiele, tak jak stosunkowo rzadko możemy spotkać osoby przejawiające czyste, boskie, przyrodzone nam cechy, nieliczne społeczeństwa zachowały naturalną strukturę rodowo-plemienną, i tak dalej.

Na szczęście zajmowanie się wodą od strony duchowej staje się coraz popularniejsze. Także w Polsce działają osoby przywracające tę pierwotną postać wody. Tym, którzy wierzą w wyjątkową rolę naszego narodu w odrodzeniu ludzkości, mogę nawet powiedzieć, że odnosimy na tym polu spektakularne sukcesy, chociaż przebiegają one bez zbytniego rozgłosu. Kto wie, może zostaną osławione.

Dlatego, w istocie wszystko jest dużo prostsze, niż wydaje się naszym przekombinowanym umysłom. A także dużo bardziej niesamowite, niż wydaje się umysłowi nauczonemu prostactwa. Człowiek łączy w sobie wszystkie żywioły i każdy z nas posiada naturalne połączenie z nimi. Oczywiście, to połączenie ma inny charakter u mężczyzn, a inny u żeńczyn, jednak ważne jest pojąć, iż są to różnice tak subtelne, jak fundamentalne. Podobnie jak różnica między mężczyzną i żeńczyną jest z jednej strony podstawowa, a z drugiej – mająca niezliczoną ilość niuansów, równie ważnych, jak to, co oczywiste. Nie jesteśmy białymi kwadratami i czarnymi kołami, chociaż w dobie propagandy zrównywania płci takie zapatrywanie może wydać się światłe.

Człowiek to połączenie wszystkich energii wszechświata. W naturalnym stanie energie te pozostają w równowadze. Jednocześnie, w każdym z nas połączone są w różnych proporcjach na nieskończonej ilości poziomów, co decyduje o tym, że każdy z nas jest inny i niepowtarzalny, nawet po Oświeceniu. To, co w mężczyźnie jest jan, w żeńczynie jest jin i na odwrót. Toteż próżne są wszelkie jednoznaczne sformułowania. To, co w mężczyźnie jest eksplicytne, w żeńczynie jest sekretne. To, co w mężczyźnie jest tajemnicą, u żeńczyny jest dostępne itd., przy czym na dodatek w każdym indywidualnym przypadku te przeciwieństwa przejawiają się w różny sposób. Te wszystkie energie przeplatają się w nas, tworząc wręcz niewyobrażalnie różnorodne tkanki fizyczne, psychiczne i energetyczne, w których jan przechodzi w jin, jin w jan, ilość w jakość, jakość w ilość.

Zmierzam do tego, że czytanie i pisanie, mówienie i słuchanie na temat natury męskiej i żeńskiej, jakkolwiek potrzebne i nierzadko zbawienne, daje nam jedynie wstępną mądrość, której pełnia czeka na nas poza ciasnym podwórkiem intelektu. Próby zaszufladkowania tego tematu w sztywnych regułach stanowią asumpt do niekończących się dysput prowadzących donikąd, bo kręcących się w kółko. Tak, bo potrzebne są konkretne męskie zasady. Ale przecież mężczyzna wychodzi poza sztywne ramki, więc także poza zasady. Ale przecież musi mieć zasady. Ale zasady mu niepotrzebne, bo zasady są przecież dla tych, co nie mają rozumu i sumienia, jeśli ktoś ma, to po co mu zasady. Aale nie można porzucić zasad, bo to prowadzi do relatywizacji, a to już nie jest męskie. Aaale… ale…

Słuchajmy Słońca i wody, powiedzą nam.

Żdan Borod

         

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jesteś moim promykiem słońca,

dziękuję Ci, że jesteś.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Duchowy market. Jak rozpoznać mistrza?

Tylu mistrzów, co dzisiaj, dawno wśród nas nie było. Konkurencja jest niezwykle silna. Wobec tego mistrzowie sięgają po coraz bardziej rozpaczliwe chwyty, aby przyciągnąć do siebie uczniów. Każdy chce wyszarpać coś dla siebie, choć przez chwilę poczuć się mistrzem, poczuć się lepszym od innych. Nie bez znaczenia pozostaje również chęć zarobienia pieniędzy na duchowym prowadzeniu, w końcu z czegoś trzeba żyć.

Czasy sprzyjają mistrzowaniu, jako że poprawną politycznie stała się tendencja zrównywania wszystkiego. Zatem mistrzem może zostać dziś rzeczywiście każdy. Na dodatek – im większe ciśnienie równości, tym większe pragnienie „wybicia się”. Popyt na mistrzów również jest spory, tak więc warto próbować, a nuż się uda. Przecież każdy z nas już jest mistrzem. Ale tym bardziej należy udowodnić, że to ja jestem tym większym, tym bardziej słusznym i prawdziwym mistrzem…

Jeśli chcemy odnaleźć, czy rozpoznać mistrza, należałoby najpierw określić dyscyplinę mistrzostwa. Są bowiem mistrzowie w różnych dziedzinach: w sporcie, w manipulacji, w chlaniu alkoholu, w jedzeniu hamburgerów na czas, w zarabianiu pieniędzy, w chorowaniu, w uzdrawianiu itd. Nam, oczywiście, chodzi o „mistrzów duchowych”. I tu, w pewnym sensie, zaczynają się schody, ponieważ duchowość to pojęcie bardzo szerokie i dość enigmatyczne.

Dla jednych nie ma mistrzostwa duchowego bez materialnych sukcesów. To znaczy, że największy mistrz powinien żyć w luksusowym domu, być biznesmenem, obracać ogromnymi sumami pieniędzy, posiadać potężny majątek itd.

Dla drugich odwrotnie – mistrz nie ma prawa posiadać czegokolwiek, a pobieranie opłat za nauczanie jest równoznaczne z jego dyskwalifikacją.

Dla innych znowu miarą mistrzostwa będą wyłącznie tzw. moce duchowe. Najlepiej, aby mistrz potrafił coś zmaterializować, chociaż telepatią czy chodzeniem po wodzie również nie da się pogardzić. Niezwykle ceni się jasnowidzenie.

Uzdrawianie to także silny atut, jednak ryzykowny, bo jeśli mistrz kogoś nie uzdrowi, sypie się cała jego marka.

W ogóle to mistrz powinien być idealnie zdrowy, no chyba że nie do końca, bo na przykład może powinien trochę cierpieć?

A mięso? Z jednej strony nie wolno mu jeść mięsa, ale z drugiej mógłby od czasu do czasu je jadać, żeby się „nie przywiązywać”, prawda? To samo z alkoholem.

Te i inne wyobrażenia nie decydują o mistrzostwie, a jedynie o tym, kto ma większą szansę nas przekonać, przyciągnąć. Wyobrażenia o mistrzostwie duchowym odpowiadają wyobrażeniom o sednie i celu rozwoju duchowego.

Dlaczego rozwijamy się duchowo, dlaczego poszukujemy mistrzów?

Ponieważ chcemy zmienić coś w życiu, chcemy stać się szczęśliwsi, bogatsi, zdrowsi, chcemy wejść na jakiś „wyższy poziom”, doświadczyć czegoś niezwykłego, zdobyć władzę, zyskać przewagę itd. Tylko po co, skoro już jesteśmy doskonali? Toteż wiele osób plwa dziś na mistrzów, albo próbuje ich pouczać. Ale to znowu tylko po to, by stać się szczęśliwszym, bogatszym, zdrowszym, żeby wejść na „wyższy poziom”, zdobyć władzę, zyskać przewagę – jednym słowem: aby poczuć się mistrzem wywyższając się nad mistrza.

Czy da się jeszcze odnaleźć w tym bałaganie?

Faktem jest, że prawdziwi mistrzowie raczej nie szukają uczniów. Z prostego powodu: uczniowie sami do nich przychodzą. Ludzi przyciąga siła mentalna mistrza połączona z jego Miłością. Jeśli ktoś posiada dużo siły mentalnej, a nie ma w sobie Miłości, będzie przyciągał osoby z zaniżoną samooceną, będzie skutecznym manipulatorem lub przywódcą, jednak do niczego dobrego nie zaprowadzi. Niektórzy są przekonani, że Mistrz powinien okładać ucznia kijem. Tym proponuję wybrać na mistrza sadystę, najlepiej z łomem (jeszcze skuteczniejszy od kija). Inni uważają, jakoby mistrz zawsze musiał być milutki, bo inaczej nie ma w sobie Miłości. Nie da się ukryć, że umysł ludzki przyzwyczaił się na przestrzeni wieków do popadania w skrajności.

Mistrzowie z zasady nie prześcigają się w tworzeniu wymownych sloganów duchowych, stronią od efekciarstwa. Powiada się: „Ci którzy wiedzą – nie mówią; ci, którzy mówią – nie wiedzą”. Oczywiście, mistrzowie mówią, potrafią wręcz mówić godzinami i to w sposób hipnotyzujący. Na przykład, mistrzowie zen, którzy, wydawałoby się, powinni mieć niewiele do powiedzenia, prowadzą obszerne prelekcje na temat pustki umysłu. Prawdziwi mistrzowie filozofują, jednak zawsze jest to filozofia oświecająca, olśniewająca i owocna. Uprawiają dialektykę i bawią się paradoksami.

Mistrzowie mają różne style. Ogólnie rzecz biorąc są dość dziwni, jednak potrafią również przybrać postać zupełnie nie wyróżniającą się. Mistrzostwo duchowe, mówiąc najprościej, polega na pełnej swobodzie tworzenia we Wszechświecie. Im bardziej świadome tworzenie, tym bardziej zaawansowane mistrzostwo. Toteż jedni mistrzowie są bardziej zaawansowani, inni mniej.

Istnieją różne skale pomiaru mistrzostwa duchowego. Żadna z nich nie jest idealna, ponieważ nie sposób uwzględnić wszystkich możliwych aspektów duchowego rozwoju, trudno również precyzyjnie je zmierzyć. Niektórzy z mistrzów doprowadzili do perfekcji jedną technikę duchową, przez co ich rozwój nie przebiega optymalnie, tj. dostatecznie wszechstronnie.

Mistrzowie z reguły wiodą uporządkowane życie. Jednak skamieniałe wyobrażenia o duchowości i parareligijne schematy często powodują, że pozostają niespełnieni na pewnych płaszczyznach. Przykładowo – dość powszechny jest pogląd, jakoby rodzina odciągała od życia duchowego. W istocie jest wręcz przeciwnie – życie rodzinne to stan naturalny, a więc i najskuteczniejsza droga rozwoju.

Dlaczego wielu mistrzów nie zakłada rodzin? Wydaje się to też niezbyt korzystne z punktu widzenia rozwoju ludzkości, gdyż mistrzowie mogliby spłodzić wybitnie uduchowione potomstwo.

Tutaj trzeba uwzględnić skrajne skrócenie się długości życia człowieka w porównaniu z naszymi przyrodzonymi możliwościami. W wieku 70 lat większość z nas zaczyna niedołężnieć. Tymczasem w naturalnej skali rozwoju ciała 70 lat to granica najwcześniejszego dzieciństwa. Po siedemdziesiątce człowiek nadal jest dzieckiem, w wiek młodzieńczy wchodzi ok. 200 roku życia, by osiągnąć dorosłość około trzysetki. Potem od niego tylko zależy, jak długo potoczy się jego życie.

Skoro czas życia człowieka obecnie został skrócony do – liczmy minimalistycznie – 1/10, oczywistym staje się, że nie jest on w stanie przeżyć w jednym życiu wszystkiego, co zostało dla niego przewidziane w Boskim Planie, nie ma szansy przejść naturalnego cyklu rozwoju. Dlatego często dusza rozkłada sobie poszczególne etapy rozwoju na wcielenia. W jednym intensywnie oddaje się rodzinie, w innym życiu duchowemu, w następnym rozwija jakieś talenty praktyczne itd. To wiąże się także ze strategią duchową rodu. I tak na przykład jedna osoba z rodzeństwa dba o przedłużenie rodu, a druga nie zakłada rodziny, ale czuwa nad jego rozwojem duchowym.

W naturalnym cyklu życia człowiek najpierw doskonali się duchowo (przez co najmniej 300-400 lat), tak aby być gotowym na założenie rodziny. Następnie wychowuje swoje dzieci, potem wnuki, prawnuki, praprawnuki – tak do 7-9 pokoleń, albo też dłużej, jeśli zechce. Kiedy spełni się w życiu rodzinnym, najczęściej odchodzi w odległe miejsce, łączy się z Bogiem i osiąga Oświecenie. Może je osiągnąć także wśród rodziny.

Tu pokazuje się również inna niewesoła prawda o współczesnych czasach: większość ludzi zakładających rodziny tak naprawdę nie jest na to gotowa. Zresztą, nie jest to żadne odkrycie, a miarą niedojrzałości może być smutnie wysoka liczba nieszczęśliwych rodzin (można ją odnieść chociażby do liczby rozwodów).

A skoro jesteśmy przy rodzinie, to ten blog nie byłby tym blogiem, gdybym nie wspomniał o męskości i żeńskości. Mistrz to określenie mężczyzny. Żeńczyny, naturalnie, również osiągają mistrzostwo, wtedy stają się mistrzyniami. Mistrz i mistrzyni to dwie strony tego samego, męska i żeńska. Oboje dotarli do mistrzostwa, lecz przejawiają je inaczej. Nietrudno zauważyć, że dziś wiele żeńczyn próbuje stać się mistrzem. Naprawdę, nic dobrego z tego nie wynika, oprócz wzmacniania materialistycznych dążeń i nadymania pychy (warto przyjrzeć się temu i wyciągnąć wnioski). Z kolei niektórzy mężczyźni próbują iść drogą mistrzyni. To prowadzi do frustracji, degeneracji, życiowych i duchowych porażek.

Zauważ, że najbardziej cenionymi nauczycielami duchowymi cały czas pozostają mistrzowie. Mistrzynie właściwie nie nauczają. W tym tekście próbuję odpowiedzieć na pytanie: jak rozpoznać mistrza? Na temat mistrzyń należałoby napisać osobny artykuł.

Mistrz nie sili się na nic, nie udaje (chociaż może grać), jest pewny, jest spokojny, jest Słońcem, promienieje Miłością i Radością, przejawia prostotę i mądrość.

Żdan Borod

Orgonit po słowiańsku, czyli mocaryt

orgonit słowiański, czyli mocarytW ostatnich latach popularne stały się urządzenia nazywane „orgonitami”. Stanowią one dość ciekawe połączenie wykorzystania mocy kryształów i przekształceń elektromagnetycznych.

Ponieważ orgonity kojarzone są powszechnie z postacią Wilhelma Reicha, jednego z krzewicieli rewolucji seksualnej, wiele osób odrzuca je jako wynalazek sił ciemności. Sam orgonit nie został wymyślony przez Reicha, a przez znacznie mniej znanego Karla Hansa Welza, który opatentował go na początku lat 90., posługując się reichowską terminologią.

„Orgonit” to zatem nazwa zastrzeżona, zaś dla przyrządów budowanych przez ludzi nie posiadających do niej uprawnień należałoby znaleźć inną – na przykład „harmonizatory energetyczne” lub „przekształcacze mocy”. Osobiście uważam, że podobne urządzenia mogą przynieść wiele korzyści, o ile zostaną odpowiednio zbudowane. Chodzi o użycie jak najbardziej naturalnych i rodzimych surowców.

Uważanie „orgonitów” za narzędzie ciemnych sił jest w znacznej mierze słuszne. Są to urządzenia kumulujące dobrą energię, mówiąc najprościej – dodające człowiekowi sił życiowych i rozbudzające jego moce duchowe. Jednak człowiek swoją siłę życiową i duchową moc może ukierunkować w różny sposób. Najlepszym przykładem jest pozytywne myślenie, które kojarzy się głównie z Ameryką. Amerykanie wykorzystali pozytywne myślenie do budowy materialistycznej cywilizacji. Podobnie stało się z jogą, o czym wspomniałem w tekście o polaryzacji czakr.

„Orgonity” tworzy się zazwyczaj z żywicy epoksydowej oraz wydobywanych na skalę przemysłową minerałów. Już u podstaw takiego urządzenia leżą więc energie chciwości i egoizmu, związane z grabieżczą eksploatacją Matki Ziemi. I chociaż ostateczne oddziaływanie „orgonitu” zależy przede wszystkim od intencji budującego, czas skończyć z tym procederem.

„Orgonity” wykorzystują w swoim działaniu zjawisko absorpcji fal elektromagnetycznych, polaryzacji fali, właściwości piezoelektryczne kryształów oraz zdolności kamieni do niwelowania i transformacji negatywnych energii. Odpowiednio skonstruowany przyrząd działa na wielu poziomach, począwszy od rozpraszania smogu elektromagnetycznego i zwiększania ilości jonów ujemnych w powietrzu, przez oczyszczanie biopola i aury całego otoczenia, po wzmacnianie impulsów duchowych służących dokonywaniu korzystnych zmian w życiu.

Odtąd dla urządzeń budowanych popularną metodą będę używał nazwy „orgonit”, natomiast dla analogicznego urządzenia zbudowanego z czystych materiałów będę posługiwał się swojsko brzmiącą nazwą „mocaryt”.

Jak wspomniałem, w „orgonitach” najczęściej wykorzystywanym materiałem pochłaniającym fale elektromagnetyczne jest żywica epoksydowa. Użycie tego syntetyku to poważny błąd, bo chociaż z fizycznego punktu widzenia działa on bez zarzutu, to wnosi do otoczenia obcą energię. Przede wszystkim jednak masowa produkcja przyrządów zbudowanych z nienaturalnej żywicy prowadzi do powstania sporej ilości odpadów.

Idealną materią pochłaniającą promieniowanie elektromagnetyczne jest woda (dlatego jedzenie tak szybko podgrzewa się w mikrofali). W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, aby skonstruować mocaryt przy użyciu wody. Ponieważ jednak w budowie bardziej praktyczne okazują się ciała stałe, jako naturalną substancję poleca się wosk pszczeli. Mocaryt z wosku nie jest już taką ładną błyskotką jak „orgonit”, nie widać też, co zostało w nim zanurzone. Ale właśnie o to chodzi, aby przestać podchodzić do sprawy powierzchownie.

Wosk pszczeli kosztuje co prawda trochę więcej niż wspomniana popularna sztucznielizna, daje za to zupełnie inny poziom harmonii. Ta wydzielina świętych owadów sama w sobie stanowi błogosławieństwo dla człowieka, wprowadza do naszego pola informacyjnego ich wibracje. Mocaryt zbudowany na bazie wosku jest mniej trwały, podatny na pewne odkształcenia, lecz dzięki temu staje się również strukturą żywą i dynamiczną, o wiele skuteczniej przetwarzającą informację i co najważniejsze – łączącą nas z przyrodą.

Druga sprawa to kamienie (minerały), których używamy. Po przeczytaniu dostępnych w sieci porad dotyczących budowy „orgonitu” konstruktor wybiera się najczęściej do sklepu z kryształami.

Rola kryształów w „orgonicie” jest dwojaka. Po pierwsze: chodzi o kryształy kwarcu. Zazwyczaj pisze się o konieczności użycia kryształu górskiego jako podstawowego minerału, z czym nie do końca się zgadzam.

Kryształy kwarcu uważa się za niezbędne dla funkcjonowania „orgonitów” ze względu na ich silne właściwości piezoelektryczne, co decyduje o skuteczności w niwelowaniu szkodliwych promieniowań elektromagnetycznych. Kryształ górski jest rzeczywiście doskonałym piezoelektrykiem, ale świetne własności piezoelektryczne posiadają także inne kryształy kwarcu, na przykład krzemienie. Stopień ich piezoelektryczności przedstawia się różnie, co jednak bardzo łatwo sprawdzić: im większa zdolność kwarcu do wydawania iskry, tym silniejsze są jego zdolności piezoelektryczne.

Poza kwarcem bardzo dobrymi piezoelektrykami są turmaliny.

Przezroczysty kryształ, oczywiście, wzmacnia działanie „orgonitu”, ponieważ oprócz właściwości piezoelektrycznych posiada również właściwości piezooptyczne. W mocarycie również ma to znaczenie, mimo nieprzezroczystości wosku. Przezroczysty kwarc jest więc bardzo korzystny, jednak wcale nie konieczny.

Dlatego nie trzeba obkupować się w kryształy górskie, ametysty czy cytryny. Krzemień i inne odmiany kwarcu można łatwo odnaleźć w przyrodzie, chociażby wśród żwiru. Jeśli koniecznie chcemy umieścić w mocarycie przezroczysty kryształ kwarcu, to wystarczy jeden nieduży słupek, niezależnie od wielkości urządzenia.

Druga rola kryształów w „orgonicie” to transformacja, nazwijmy to, niefizycznych pasm energii. Kryształ górski, oczywiście, spełnia tę rolę znakomicie, lecz znowu nie jest niezastąpiony. W tym wypadku w ogóle nie musi to być kwarc, nie muszą to być też kamienie szlachetne, dlatego warto całkowicie puścić wodze intuicji i korzystać z różnych minerałów, jakie napotkamy w naturze – tych, których emanację odczuwamy jako dobrą dla siebie. Moc emitowana przez takie kamienie będzie dla nas dużo korzystniejsza, będzie też powiązana z naszą ojczystą ziemią. Tak zbudowany mocaryt działa zgodnie z naszą drogą życiową, z naszym miejscem na tym świecie. Przed zatopieniem kamieni w wosku warto zżyć się z nimi, zaprzyjaźnić, poznać je.

Ostatnim elementem „orgonitu” są metale. W przypadku mocarytu bynajmniej nie zachęcam do korzystania ze znalezionego złomu. Polecam użycie kawałków metalu, które towarzyszyły nam przez pewien czas i są w jakiś sposób nam bliskie, ale już nieprzydatne. Metal bazowy to żelazo, w mniejszym stopniu miedź, można wykorzystać także niepotrzebne elementy srebra i złota, na przykład kolczyki bez pary oraz inne metale, jeśli czujemy, że będą nam sprzyjać.

Mocaryt budujemy w radosnej atmosferze w czystym energetycznie pomieszczeniu. Uczucia panujące w czasie jego budowania, a zwłaszcza podczas zastygania wosku, będą miały ogromny wpływ na jego oddziaływanie. Warto wypełnić przestrzeń pogodnymi dźwiękami, umysł wzniosłymi myślami, a serce dobrymi uczuciami.

W ostatnim czasie wzrosło moje zainteresowanie kamieniami i mocarytami. Być może, ma to związek ze zwiększającą się ilością szkodliwych promieniowań, z czym w najbliższych latach, niestety, należy się liczyć. Ale to tylko przejściowe.

Udanych mocarytów i wszystkiego dobrego!

Żdan Borod

Ocean wirusów: Arthur Firstenberg

Pomysł, że możemy uchronić się od wirusów poprzez noszenie masek i zachowywanie dystansu, jest tak samo realistyczny, jak nakładanie maski na rybę i udawanie, że ochroni ją ona przed zamoknięciem. Wirusy to nic innego jak kawałki materiału genetycznego, które stanowią podstawę samego życia. Zrozumiałe jest, że istnieje ocean bakterii i wirusów, które krążą w atmosferze i podróżują z wiatrami na dużych wysokościach dookoła świata i między kontynentami. I że ilość wirusów znacznie przewyższa ilość bakterii.

Międzynarodowy zespół naukowców w publikacji z 2018 roku stwierdził, że w samych oceanach znajduje się około 1 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 cząsteczek wirusów. Aby ustalić liczbę wirusów krążących wysoko w atmosferze, autorzy utworzyli dwie stacje zbiórki w górach Sierra Nevada w Hiszpanii. Odkryli w tych lokalizacjach, że od 0,3 do 7 miliardów cząstek wirusa spada dziennie z powietrza na każdy metr kwadratowy ziemi.

Ci, którzy każą nam pozostać w domu, nosić maski i ćwiczyć dystans społeczny, posiadają bardzo ograniczone i niewłaściwe rozumienie wirusów, ich funkcji w świecie i ich obiegu. Wirus COVID-19 krąży już na wietrze, wszędzie na świecie. Maski, środki dezynfekujące, dystans społeczny i pozostawanie w domu nic nie dają.

Wirusy są składowymi elementami życia na Ziemi. Promieniowanie mikrofalowe jest obce i śmiertelne dla życia na Ziemi. Nadszedł czas, aby ludzkość rozpoznała te fakty.

z artykułu Arthura Firstenberga