Islamizacja Europy. Slogany i realia

Meczet Sheikh Lotf Allah na Placu Naghsh-i Jahan w Isfahanie

Wokół procesów islamizacji dokonujących się w Europie narosło i nadal narasta sporo emocji, a co za tym idzie – powierzchownych poglądów bądź zupełnie fałszywych przekonań. Ów podsycany przez media mętlik zakrawa oczywiście na pospolitą manipulację mającą na celu wywołanie psychozy i zabezpieczenie kontroli nad gawiedzią. Przy okazji baje się o zrywie narodowym w obliczu agresywnego islamu, odwołując się chętnie do Odsieczy Wiedeńskiej. Pod Wiedeń pognał Sobieski jako pachołek Watykanu; dziś znowu wykrzykuje się „hej, kto Polak, na bagnety!” bez refleksji nad istotą problemu. Wojowniczość, ta niewątpliwie przyrodzona i szlachetna cecha naszego narodu, staje się próżną parą dymiącą w głośny gwizdek.

Z jednej strony straszy się więc nas dżihadem, hidżrą i zamachami terrorystycznymi, z drugiej – oswaja z kulturą muzułmańską, proponując efektowne produkcje jak „Wspaniałe stulecie” czy ukazując obrazy „biednych uchodźców”. W Niemczech proislamska agitacja przybiera na sile jeszcze intensywniej. Na Zachodzie cała sytuacja wygląda zresztą zupełnie inaczej, gdyż tam co niektórzy wyznawcy Allaha rzeczywiście mocno dają się we znaki.

Z duchowego punktu widzenia islam stanowi odpowiedź na etyczny upadek Starego Kontynentu, który – wyzbywszy się ułomnych wartości chrześcijańskich – zwrócił się ku relatywizmowi, ateizmowi, nihilizmowi, merkantylizmowi, materializmowi i oszołomiony kuszącymi hasłami liberalnej demokracji rozpoczął zawoalowany kult diabła. Wyrywni patrioci broniący „kultury białego człowieka” sami nie mają pojęcia, czego naprawdę bronią. Czyżby wyuzdanego konsumpcjonizmu i postępującego marazmu społecznego? Napierająca na europejczyków religia muzułmańska powinna zostać odebrana jako sygnał od Wszechświata; cywilizacja wyzuta z moralności prędzej czy później sczeźnie, wyparta przez ludy lepiej zorganizowane. Kłopot w tym, iż otumanieni mieszkańcy Europy przestali już prawie odróżniać dobro od zła i nie widzą w swojej codzienności niczego niestosownego.

Większość zamachów terrorystycznych dokonano na zlecenia władz państwowych, by zyskać pretekst do zaostrzenia inwigilacji. Z punktu widzenia politycznego szerzący się islam to element taktyki chaosu stosowanej przez elity rządowe, umożliwiający budowanie napięcia wśród ludności, podsycanie socjalnych animozji oraz odwracanie uwagi od sprawcy całego zamieszania, czyli międzynarodowego żydostwa. Ponieważ polityka ta wiąże się ze sprowadzaniem do Europy Murzynów i Semitów, jest również istotnym składnikiem wojny rasowej, mającej doprowadzić do zaniku białej rasy.

Użycie religii mahometańskiej jako narzędzia okazało się chwytem o tyle podstępnym, że mamy do czynienia z bronią absolutnie obosieczną. Akceptacja islamu oznacza poniekąd zgodę na kolejną (po chrystianizacji) semityzację Europy oraz genetyczną entropię. Z czym natomiast wiąże się sprzeciw wobec niego? Z odrzuceniem obrazu kobiety w długiej spódnicy i z chustą na głowie, awersją do brodatych mężczyzn, abstynencji, wielożeństwa, ustroju patriarchalnego? Te ikony relacji muzułmańskich ściśle korespondują z kulturą aryjską – to wszystko bowiem z niej się wywodzi. Nie ma kultury aryjskiej bez właściwych ubiorów (spódnice i chusty u żeńczyn), naturalnej powierzchowności (np. brody u mężczyzn), opcjonalnego wielożeństwa, patriarchatu, odżegnania się od alkoholowej trucizny i innych uznanych dziś za spożywcze jadów. Nie są to żadne eksponaty muzealne, którym winniśmy się kłaniać jak grobowcom Przodków, a uniwersalne, nieodłączne, fundamentalne prawidła kultury białej rasy. Jej podstawę tworzy zaś ścisły związek z kosmosem i przyrodą – tego akurat w islamie nie znajdziemy… Niestety, nie znajdziemy i we współczesnej Europie – od wielu wieków żyjemy wbrew własnej naturze.

Umysłową sieczkę europejczyków i ich zagubienie świetnie obrazuje incydent z jednej z francuskich szkół. Otóż pewnej uczennicy zakazano zakładania długich spódnic uznając je za akcent muzułmański. Polecono jej ubierać się bardziej „neutralnie”. Ach tak, bo długie spódnice przywieźli do Europy zapewne Arabowie? A „neutralna” odzież to niewątpliwie dżinsy, które towarzyszą człowiekowi widocznie od zarania dziejów? No i dokąd to właściwie zmierza Zachód w swej deklarowanej tolerancji?

Apeluję zatem do rozsądku rodaków: przestańmy wreszcie emocjonować się „islamizacją”. Nie pozwalajmy porwać się chwytliwym hasłom alarmowym, nie wywijajmy szablą po próżnicy. Wracajmy do korzeni. Bierzmy na powrót naszą ziemię we władanie. Obcujmy z Bogiem i Przyrodą. Krzewmy aryjską wiedzę duchową. Odradzajmy swe ciała, rodziny i zdrowe stosunki społeczne. Bądźmy władcami naszego żywota. Czyńmy swoje.

Aryjec

Kres amazonek. I nastanie Łada

Belgijska modelka Clementine Deraedt w sukni Valentino inspirowanej białoruskim żeńskim strojem narodowym

Napatrzy się człowiek, kelnerując w podłej knajpie (wszelako z cenami autoramentu wcale niepośledniego), na biznesmenki (kolejny stopień maskulinizacji po bizneswoman) w szpilkach, na zapracowane, zmężniałe, samotne matki, na tyłki nastolatek w dżinsach rozdartych jak ich umysł (uszeregowano wg wysokości napiwków, tu się zarabia). Ot i rola mężczyzny: obsłużyć. Dziecko nakarmić ojcowskim sutkiem, spodnie zacerować i przysłuchiwać się flirtom. Jeszcze nasienie jako tako w cenie i te mało kolorowe papierki z jewrejskimi królami się punktuje. Partnerstwo, zwięźle mówiąc, czyli interesy!

Słowa nie najmilsze, szlachetne intencje: gnoju nektarem nie nazwiesz. Chciałoby się wszak otoczyć zagonione duszki ramieniem silnym, prężnym, pokazać, gdzie się trzymać. Ale że do tańca aż dwojga potrzeba – gładzisz się jeno po cudem przemyconej, starocerkiewnej brodzie i rozglądasz w ciemnym lokalu z nadzieją. I bywają chwile, kiedy Boginie zstępują na Ziemię, fruną, tuląc się do Asów, na feniksach wiary i przekraczają próg przybytku grzechu, by dotknąć cię promieniem odwiecznego światła.

Stolik w rogu zajęły dwie pary, ich widok zaiste przyprawił o dziwy. Opisać na raz wszystkiego nie sposób – co tam się działo! Zacznę od młodzieńców. Liczyli sobie zapewne świeżo po trzydziestce. Czupryny co prawda przycięte, wymodelowane, tak jak brody – a jednak brody! Z całkiem porządniejszych, nieczęste to okazy w naszej mieścinie. Nad powierzchownością tych zacnych junaków rozwodzić się nie pocznę, ubiór nowoczesny, spodnie niezbyt luźne. Ha, a jednak – brody! Towarzystwo kulturalne.

I żeńczyny. Tak, w rzeczy samej – w podobnym wieku, ich jasne włosy układały się wzdłuż całego niemal kręgosłupa w gruby, ciasno zapleciony warkocz. Drga radośnie wnętrze pod wpływem tych komet, zrzuconych z uczuciem przez czcigodną Ładę. Słowianki! Brakło tylko haftowanych chust na głowach (no i obcas także nieco za wysoki), bo dziewczęta odziały się w długie, kwieciste spódnice… Rozbrzmiały dzwony: w tych dźwiękach przestrzeń kosmiczna, tworzenie, harmonia, męskie szczęście, szczęście żeńczyny, szczęśliwa rodzina, kraj, naród. Pod subtelnym tym kloszem wspinasz się na szczyty, rozpościerasz skrzydła, wzbijasz w przestworza, zapalasz słońca, wydychasz galaktyki, wędrujesz w czasie – inny świat! Oto moc Mateńki Ziemi wznosi się strumieniem do żeńskich ud, kumuluje, wiruje, wsysana przez macicę – owo święte naczynie, gdzie powstaje życie. Skoro wypełni je po brzegi tą słodką energią, wstępuje wyżej, aż po poziom serca: tam spotyka siły boskie od kosy płynące.

Gdy obdarza żeńczyna męża tymi pięknościami, staje się niepokonany. Istotnie: nie wchodzi tedy białogłowa z lubym w spory, krytyki się nie ima. Łagodność to jej drugie imię, kocha i pozwala, natchniona Łady żeńskimi przymiotami. Potężny impuls kreacji, świat w rękach mężczyzny!

Chwileczkę, pora zejść na ziemię. Co podać? Przystawki… Pestki moreli, żeberka skrzypu, młode pędy gwiazdnicy… Zupa z surowych glonów Bajkału? Suszone muchomory cesarskie? Blok orzechowo-miodowy w sosie malinowym, aromatyzowany brzozową żywicą? Miętowa sałatka na mchu z pyłkiem dziurawca, pączki sosny marynowane w rannej rosie? Dla pani z modrzewia? Kwiat paproci?! Hura!

Aryjec

Biologiczna płeć mózgu. Psychologia płci

dziewczynka i chłopiec, Aryjczycy

Dające się zaobserwować w kampaniach społecznych, środkach masowego przekazu, współczesnej sztuce, ustawodawstwie, edukacji i na innych płaszczyznach próby zrównywania mężczyzn i kobiet to gwałt zadawany naturze ludzkiej. Wnikając do mentalności mas, hasła feminizmu oraz trans- i postgenderyzmu wywołują nieustanne, narastające, konfliktogenne napięcie między płciami (eliminując  naturalne napięcie konstruktywne, oparte na wzajemnej fascynacji) – każdy gwałt wywołuje bowiem reakcję, agresję zwrotną. Męską naturę tłumi się poprzez ograniczanie jej ekspansywności oraz stymulację poczucia winy za typowo męskie cechy, włączając w to oskarżanie rodzaju męskiego o rozpętywanie wojen i zniewalanie kobiet w przeszłości. Naturę żeńską tłamsi się z kolei w odwrotny sposób: zaprzeczając jej łagodności, dyskryminując jej uległość; wmawiając dziewczętom konieczność rywalizacji z mężczyznami na zajmowanych przez nich polach, czy wręcz wyparcia ich (w imię humanitaryzmu, „dobra ludzkości”), a więc faktycznie – sugerując upodabnianie się do nich. Owo perfidne poniżenie obu płci pod flagą rzekomej sprawiedliwości prowadzi do rozpadu związków, rodzin i całego społeczeństwa, narodu. Nie podobna przecież układać szczęśliwych relacji kierując się, świadomie czy też nie, narzucaną zewsząd doktryną walki płci.

Każda z płci już w chwili narodzin posiada właściwą sobie umysłowość; wrodzone różnice w budowie mózgu determinują odmienne drogi rozwoju chłopca i dziewczynki – w miarę wzrostu oddalają się one od siebie coraz bardziej, polaryzacja płci pogłębia się. Im silniej spolaryzowani będą młodzieńcy i panny, tym bardziej owocne i fascynujące współżycie czeka ich w dorosłości. Los mężczyzny i los żeńczyny to dwa biegunowo różne doświadczenia. Niemowlę przychodzi na świat z mózgiem o określonych dla jego płci skłonnościach i chociaż mózg ten ma przed sobą długi okres kształtowania się, jego zasadniczy schemat budowy został już zaplanowany, podstawowa sieć połączeń – ustalona.

On lub ona rodzą się z charakterystycznymi dla siebie, genetycznymi i hormonalnie zapośredniczonymi tendencjami behawioralnymi, wzorcami zachowań. W naturalnym środowisku i prawidłowym systemie wychowania te przyrodzone predyspozycje ulegają stopniowemu wzmacnianiu poprzez reagowanie na bodźce płynące z otoczenia. Wrażenia odbierane przez „myślący mięsień” mózgu wpływają na jego strukturę, tak jak ćwiczenia fizyczne formują kształt muskułów. Niećwiczone funkcje mózgu ulegają osłabieniu i zanikają.

W normalnych warunkach w wieku czterech lat chłopcy i dziewczynki bawią się już oddzielnie, ustanowiwszy własną formę segregacji płciowej. Chłopcy zazwyczaj nie przejmują się tym, czy lubią każdego z osobna członka bandy – przyjmuje się go, o ile jest z niego pożytek w zabawie. Dziewczynki wykluczają swoje koleżanki, jeśli są niemiłe lub uznane za głupie – znoszenie ich towarzystwa okazuje się niemożliwe. Zapewne z tego powodu do historii muzyki rozrywkowej nie przeszedł żaden znaczący zespół kobiecy (niewiele w ogóle ich powstało). Żeńczyny potrafią działać zespołowo przy kierującej roli mężczyzny (kobiece drużyny sportowe, zespoły pieśni i tańca).

Zabawy chłopców są energiczne, nierzadko brutalne – cechują je: kontakt cielesny, nieprzerwana aktywność, konflikty, potrzeba dużej przestrzeni, długi czas zaangażowania. Rezultaty, zwycięzcy i przegrani – są jasno określone. W typowych zabawach dziewczynek znaczenia nabiera kolejność uczestnictwa, ściśle zdefiniowane etapy gry i współzawodnictwo pośrednie. Dziewczynki grają w klasy, chłopcy ganiają w berka.

Dziewczynki dużo rozmawiają z koleżankami, wymieniają sekrety, słuchają. Do sporów dochodzi rzadko, a przybierają one charakter werbalny. U chłopców zaczyna się popychanie, poszturchiwanie, w ruch idą pięści. W domu dziewczynki często zajmują się pisaniem szczegółowych pamiętników dotyczących ich samych i ich przyjaciółek. Chłopcy zaś często nie znają nawet imion towarzyszy zabawy. Świat chłopców to świat działania i eksploracji, tymczasem w szkole każą im siedzieć spokojnie i nie wiercić się. Na dodatek nauczycielka daje im za przykład grzeczne, ułożone dziewczynki. Dyscyplina szkolna jest dla chłopców czymś głęboko nienaturalnym. Współczesne koncepcje edukacyjne faworyzują skłonności umysłu żeńskiego – bierna akceptacja informacji w oparciu o autorytet odpowiada umysłowości żeńczyny. Także szkolne czynności manualne, takie jak pisanie, przychodzą z większą łatwością dziewczynkom z ich subtelnymi zdolnościami motorycznymi, niż chłopcom z ich zamaszystymi ruchami. Precyzja pojawia się u nich dopiero później. Chłopięca, instynktowna konfliktowość służy wypracowaniu męskich cech i zanika w wieku późniejszym, transformując się w odwagę, śmiałość, dzielność, zdolności obronne itd.

W jednym z badań przeprowadzonych z dziećmi w żłobku wielu chłopców rozbierało zabawki na części; nie czyniła tego żadna z dziewczynek. Za umiejętnością tą nie kryją się jednak zwykłe predylekcje do destrukcji: chłopcy dwa razy szybciej i ze znacznie mniejszą liczbą błędów układali puzzle i składali rozmaite przedmioty trójwymiarowe. W przedziale wieku od lat sześciu do dziewiętnastu mężczyźni lepiej trafiają wiązką światła w ruchomy cel. Te zdolności analityczno-przestrzenne młodzieńców decydują w dorosłym życiu o kompetencji wyboru słusznej, najlepszej drogi, postrzegania, ukazywania i osiągania celu, prowadzenia rodziny.

Dzieje się tak na skutek różnic w organizacji mózgu męskiego i żeńskiego. Orientacja przestrzenna jest kontrolowana u żeńczyn przez obie półkule. Kontrolujące ją obszary pokrywają się z obszarami kontrolującymi inne czynności, dlatego żeńczynie trudno jest wykonywać dwie czynności naraz. U mężczyzn orientacja przestrzenna kontrolowana jest przez wyodrębniony obszar mózgu, co nie prowadzi do kolizji z innymi czynnościami.

Podobnie rzecz ma się z obszarami mózgu odpowiedzialnymi za inne sfery, na przykład emocjonalną. U żeńczyn reakcje emocjonalne występują w obu półkulach mózgowych, natomiast u mężczyzn są one skoncentrowane w półkuli prawej. Emocje mężczyzny umiejscowione są jakby w osobnym pudełku, co pozwala mu na zachowanie logiki działania i podejmowanie trzeźwych decyzji również w stanie pobudzenia emocjonalnego. Różnice dotyczą też ciała modzelowatego – wiązki włókien łączących półkule mózgowe, zapewniającej wymianę informacji między obiema półkulami. Ciało modzelowate działa odmiennie u mężczyzn i u żeńczyn.

W związku z różną budową mózgu inaczej wygląda synchronizacja mózgu męskiego i żeńskiego. Synchronizacja męska polega na płynnej wymianie impulsów między prawą półkulą (teza), lewą (antyteza, analiza), zakończonej ich zestrojeniem (synteza). Synchronizacja żeńska to stan ciągłej syntezy. Mężczyzna zagląda do przeszłości, wybiega w przyszłość i wraca do teraźniejszości, wyciąga wnioski. Umysł żeńczyny to ciągłe tu i teraz; gdy żeńczyna zatapia się w przeszłości, staje się ona jej teraźniejszością. Myślenie męskie, oparte na dostrzeganiu powiązań przyczynowo-skutkowych, to myślenie filozoficzne, strategiczne. Myślenie żeńskie opiera się na osiągnięciu korzyści krótkoterminowej, utrzymaniu harmonii – to myślenie taktyczne.

Mężczyźni, ze swymi strategicznymi mózgami nastawionymi na działanie, odpowiadają na cierpienie drugiego człowieka poszukiwaniem dla niego praktycznego rozwiązania, starają się dotrzeć do przyczyny problemu. Reakcja żeńczyn jest emocjonalna i ukierunkowana na pomoc doraźną – okazanie czułości, zaspokojenie potrzeb (ogrzać, nakarmić), wywołanie radości. To kobiety odgrywają główną rolę w pomocy charytatywnej, której zadaniem jest zlikwidowanie skutku, a nie przyczyny cierpienia. W ciągu ostatniego stulecia, kiedy to pod wpływem ruchów feministycznych sypiący się od dawna ustrój patriarchalny uległ ostatecznemu rozkładowi, obserwujemy dominację krótkowzrocznych działań ukierunkowanych na chwilowy efekt: przykładami mogą być współczesna medycyna oparta na leczeniu objawowym oraz pajdokratyczne metody wychowawcze, których krańcową formą stało się „wychowanie bezstresowe”.

Działanie mózgu żeńczyny stanowi o lepszym jej wyposażeniu do zadania opieki nad dzieckiem: matka jest bardziej wyczulona na niuanse i wskazówki niewerbalne – dotyk, dźwięk zapach, bardziej wrażliwa na potrzeby niemowlęcia, potrafi lepiej usłyszeć i zidentyfikować płacz dziecka. Dalekosiężne myślenie mężczyzny predysponuje go natomiast do roli wychowawcy – tego, który czuwa nad rozwojem, kształceniem potomstwa, przekazuje mu wartości duchowe i etyczne. Opieka i wychowanie to osobne procesy – jedynie dzisiaj, w dobie relatywizowania płci, powszechnie utożsamia się je ze sobą. Powojenna feminizacja szkół, integracyjne klasy chłopięco-dziewczęce, zmiany prawne i obyczajowe – przyniosły dramatyczną degradację procesów wychowawczych, czego skutki od lat obserwujemy w postaci stale „pogarszającej się” młodzieży.

Dla prawidłowego rozwoju przyrodzonych psychicznych cech męskich u chłopców i żeńskich u dziewczynek niezbędny jest powrót do osobnych ścieżek nauczania obu płci, odróżniających strojów (chustki i spódnice dla dziewcząt), tradycyjnych zajęć i rzemiosł oraz powierzenie roli nauczycieli odpowiedzialnym mężczyznom, jak to miało miejsce nie tylko w starosłowiańskiej kulturze aryjskiej, ale jeszcze w początku ubiegłego wieku.

Aryjec

Knut Hamsun: Błogosławieństwo ziemi

księżyc w pełni nocą

Czy znajdzie się wśród literackich noblistów twórca przeklęty haniebniej niż Knut Hamsun? Prohitlerowskie sympatie skazały go na wieczny ostracyzm, przemilczenie i ciche, wstydliwe, sporadyczne wspomnienie w kanonie dwudziestowiecznej epiki. Niewątpliwie zasłużył sobie na nie swoją konsekwentną wiarą w Hitlera i III Rzeszę; należał do zagubionych idealistów, pozbawionych rozeznania przeciwników brytyjskiego imperializmu, niepodejrzewających, iż to właśnie „zgniły Zachód” stoi za zbrojeniem Niemiec.

Sięgnąłem niedawno po sztandarowe dzieło dumnego Norwega, za które w 1920 roku uhonorowała go Akademia Szwedzka. Oto zarośnięty mężczyzna o sile mamuta mknie przez pustkowie z workiem pełnym narzędzi i prowiantu, bada polany leśne, nocą śpi na wrzosowiskach. Najwidoczniej szuka miejsca dogodnego do osiedlenia się. Buduje proste schronienie, z pobliskich lasów dobywa materiał drzewny, schodzi do odległej wioski i sprzedaje. Gromadzi zapasy żywności, kompletuje kolejne sprzęty, sprowadza do gospodarstwa zwierzęta. Niebawem pojawia się dziewczyna do pomocy, zostaje jego żoną. W swych tytanicznych wysiłkach bohater wydaje się niewyczerpany, przekracza współczesne wyobrażenia o fizycznych możliwościach człowieka.

Zaczyna się zatem całkiem ciekawie. Początkowy obraz harmonii, jak to w powieści, zostaje wkrótce zakłócony – a to przez wyboje losu, a to cudzą zawiść. Osadnicy to ludzie silni, wrażliwi i bogobojni, jednak pozbawieni wyższej duchowej wiedzy.

Związki z przyrodą, choć ścisłe, sprowadzają się już głównie do czerpania z niej jako surowca; niekiedy tylko, w czasie burz jesiennych, pracujących w polu dotyka jakiś promień mistyki. Karczuje się przeto lasy, odwadnia trzęsawiska, użyźnia glebę: apoteoza siewu, zbioru i chowu. W scenie końcowej Izak wraz z synem sieje żyto; Izak – chłop pustkowia z krwi i kości, z krwi i kości rolnik. Zmartwychwstały z dawnych wieków, ukazujący przyszłość, człowiek pierwszej epoki rolnictwa (…) Zboże – modyfikacje genetyczne traw, spożywczy nośnik religijnej mentalności, podnosi Hamsun do rangi świętego pokarmu, symbolu humanizmu. Nie przypadkowo protagoniście nadano imię biblijnego patriarchy.

W książce ukazano więc relacje późnej epoki srebra, które w świecie przedstawionym (druga połowa XIX w.) zakrawają powoli na przeżytek. Rodzinny patriarchat ma charakter schyłkowy: przewodząca rola mężczyzny jest czasowa, warunkowa, wystawiana na próby, nadszarpywana; legitymizowany chrześcijańską monogamią szantaż żeńską energią dostrzeżemy w fabule wielokrotnie. Nawet do odosobnionej zagrody przesączają się tendencje feministyczne. Ogólny obraz społeczeństwa rysowany przez Hamsuna przedstawia się tak, iż mieszkańcy pustkowia, chociaż nie idealni, zasadniczo trzymają w pionie swój kręgosłup etyczny, wiodą byt prosty, trudny i treściwy; wieśniakom nierzadko odbija, natomiast mieszczuchy wykazują powszechnie objawy głębokiego zepsucia.

Eksplicytna, acz nie przesadnie moralizatorska apologia tradycyjnych wartości, sprzeciw wobec zaślepienia merkantylizmem – to jedne z głównych atutów „Błogosławieństwa ziemi”, stawiające je w opozycji do dzisiejszej efekciarskiej, przegadanej, wyzutej z głębszego sensu prozy. Wątki fabularne poprowadzone zostały doskonale, los postaci porusza, poetyckiej sprawiedliwości staje się zadość. Psychologiczny warsztat utworu rzuca interesujące światło na sprawy męsko-żeńskie. Pełen autentyzmu język nieodmiennie ujmuje, krzepi humorem. Mnie, jak zawsze, najbardziej spodobały się fragmenty opisujące dzieciństwo (poniżej wraz z innymi, w przekładzie Czesława Kędzierskiego).

Aryjec

Oprócz tego przyniosła Inger swoje rzeczy i inne cudowności, a więc zwierciadełko, sznur pereł szklanych, gręplę i kołowrotek. Hej, jeśli tak dalej pójdzie, zapełni się wszystko od podłogi do pułapu i gamma będzie za ciasna! Widokiem wszystkich tych bogactw Izak oczywiście bardzo się wzruszył, ale ponieważ z natury był małomówny, przeto nie umiał tego wypowiedzieć, wyszedł więc przed dom, rozejrzał się po niebie i wrócił. Niechybnie wielkie miał szczęście i czuł, jak coraz bardziej rozpiera go gorącość jakaś, przyjaźń czy miłość, czy jak inaczej to nazwiemy.

Teraz było u nich naprawdę wspaniale, maluczko, a nie zabraknie im już niczego! O, ta Inger, kochał ją i ona jego kochała, poprzestawali na małym, żyli jak za czasów łyżki drewnianej i czuli się dobrze. – No, czas spać – pomyśleli. I spali. O brzasku zbudzili się do dalszej pracy; różne tam były sprawy, nad którymi trzeba się było namozolić, a jakże, walki i radości, zwyczajnie jak w życiu.

Teraz już wszystko w porządku. Izak sieje owies i wałkuje pole. Poldynka zbliża się do ojca i naprzykrza się, żeby pozwolił jej siąść na walcu. Co, na wałku siadać? Ona mała jeszcze i nie wie, że na wałku ojcowym brak ławy do siedzenia, bracia jej lepiej się na tym znają. Ale ojciec raduje się w skrytości, że Poldynka przyszła do niego i już się z nim oswoiła. Rozmawia z nią i naucza, że na polu powinna chodzić ostrożnie, żeby trzewiczków nie powalała. „I co ja widzę, masz dziś niebieską sukienkę. Bardzo ładna i z paskiem w dodatku, ho ho! A pamiętasz jeszcze wielki okręt, którym jechałaś? Widziałaś te duże maszyny na okręcie? Ano, teraz idź już z braciszkami do izby, oni będą się z tobą bawić”.

Mała Poldynka robiła postępy w robótkach szydełkowych, a chłopcy w pisaniu i innych przedmiotach szkolnych; gdy zaczną chodzić do szkoły, nie będą już takimi głąbami. Zwłaszcza Elizeusz garnął się do nauki, Sywert natomiast, szczerze mówiąc, to wielkie nic dobrego, żartowniś, swawolnik, odważył się majstrować przy maszynie do szycia, a na stole, ławach i stołkach pełno śladów jego noża. Zagrożono mu nawet odebraniem kozika.

Poza tym cały inwentarz osiedla należał do dzieci, każde miało swoich faworytów. A Elizeusz posiadał nadto ołówek kolorowy. Obchodził się z nim bardzo starannie i najniechętniej w świecie pożyczał go młodszemu bratu; z czasem wszystkie ściany pokryły się rysunkami, na czym ołówek dotkliwie ucierpiał. Aż w końcu Elizeusz zmusozny był zastosować system najdalej posuniętej oszczędności: wypożyczał go Sywertowi jedynie w niedzielę, i to na jeden rysunek. Sywertowi nie bardzo się to podobało, ale Elizeusz był człowiekiem stanowczym i nieustępliwym.

Bracia podążyli w dalszą drogę. W rozmowie swej omijali skrupulatnie wszystko, co by mogło wywołać jakiekolwiek wzruszenie, jak dziwne zachowanie się ojca podczas pożegnania i łzy matki. Aby zaś uniknąć zatrzymania się u Bredego, nadłożyli spory kawał drogi, setnie się tym bawiąc. Nadrabiali minami. Ale nadeszła chwila, gdy serca ich zmiękły. Stało się to wtedy, gdy wyłonili się z lasów pustkowia i ujrzeli przed sobą wieś. Tam mieli się rozstać. Sywert odezwał się nieśmiało: „Przypuszczam, że trochę nudno będzie teraz bez ciebie”. Zaledwie to powiedział, a Elizeusz zaczął pogwizdywać. Świstał bohatersko, koło trzewików swych coś grzebał, przetrząsał swe kieszenie szukając „papierów” – w ogóle okropnie był zajęty! I byłoby na pewno doszło do większego rozmazgajenia się, gdyby nie Sywert, który uratował obu w sam czas: „Masz! Ostatni poczęstunek!” – zawołał, grzmotnął brata w plecy i uciekł. To pomogło; krzyknęli sobie jeszcze kilka słów pożegnania, po czym każdy poszedł swoją drogą.

„Nigdy nie przypuszczałam, że pan sobie mnie przypomni” – odparła Poldynka, z tą chwilą jednak opuściły ją siły tak, że usiadła. Ale Andersen posiadał jeszcze dość sił w zapasie, przeto odezwał się: „Czemuż bym nie miał sobie ciebie przypomnieć?” A następnie spytał: „Nie przeszłabyś się ze mną do kopalni?” Z Poldynką działy się dziwne rzeczy, przed oczyma jej poczęły krążyć czerwone kółeczka i koła, podłoga spod nóg jej uciekała, a głos pana subiekta Andersena dochodził jakby z oddali, gdy pytał: „Czy nie masz czasu?” – „Nie” – odpowiedziała. Bóg jeden wie, jak ona znalazła się z powrotem w kuchni. Matka spojrzała na nią zdziwiona i spytała: „Co tobie?” – „Nic…” Naprawdę nic? O, na pewno nie! Patrzajcie, teraz na Poldynkę przyszła kolej tracenia równowagi, odwieczne koło zahaczyło teraz o nią i porwało w swój wir.

Weźmy na przykład was, ludzi z Sellanrå. Oczy wasze widzą codziennie dokoła góry: nie są to rzeczy zmyślone, lecz góry stare czcigodne, które wznoszą się tam od prawieków, ale które stały się wam nieodłącznymi towarzyszami. Tak tedy kroczycie razem z niebem i ziemią, z niebem i ziemią stanowicie jedność, jedność z całą tą przestrzenią, stanowicie opokę. Niepotrzebny wam miecz w garści, nieuzbrojeni, jesteście niezbędni z całą pewnością. Wy podtrzymujecie życie. Oto tam jest cała przyroda, która należy do ciebie i twojej rodziny. Człowiek i przyroda nie toczą z sobą walki zawziętej, szanują nawzajem swoje prawa, nie współzawodniczą z sobą, wolni od przesądów, kroczą zgodnie ręka w rękę. Tak kroczycie wy na Sellanrå i darzycie się. Góry i lasy, i bagniska, łąki i niebo, i gwiazdy – ach, wszystko to nie jest przymierzone nędznie i skąpo, nie, wszystko to jest bez miary i granic!

Pokarm z obrusa przyrody. Boska gastronomia

rośliny jadalne

By ciało pozostawało zdrowe, sprawne, jędrne i sprężyste przez wieki i tysiąclecia, należy odżywiać się tym, co w swym planie przewidział dla nas Bóg Ojciec; uwzględnia on posiłki całkowicie surowe, znalezione wprost w naturze. Termiczne „udoskonalanie” lub przemysłowa rafinacja tych przyrządzonych przez Mateńkę Ziemię dań oznaczają poniekąd oskarżanie Bogów o złą robotę. Niechaj w codziennym wikcie przyświeca nam dziewiątka aryjskich spasów.

Aż do siódmego roku życia człowiek świętuje dziecięcy spas mleczny. Nim ukończy trzy lata, mleko matki stanowić może niemal wyłączne jego pożywienie. W wieku dorosłym jadło uzupełnia się jedynie sporadycznie mlekiem zwierząt – zazwyczaj wołu (tury, żubry). Udomowione bydło należy chować w warunkach najbardziej zbliżonych do naturalnych – dotyczy to także zadawanego im pokarmu. Dzieci ludzkie korzystają czasami również z mleka wilczego, które jednak posiada znacznie gorsze walory smakowe.

Ikoną pustelniczej diety stał się na przestrzeni wieków spas korzenny. Współcześnie używa się w kuchni korzeni hodowlanych odmian warzyw, prowadzonych w kierunku przerostu systemu korzeniowego i wyolbrzymienia jego funkcji spichrzowej, a także kłącza niektórych bylin jako przypraw i lekarstw. Wiemy o zdrowotnych właściwościach podziemnych części perzu, tataraku, mniszka, pokrzywy, kozłka, pięciornika, imbiru. Wyrosła na odpowiedniej glebie marchew potrafi magazynować znaczne ilości pierwiastków monoatomowych (ormus).

Z nadejściem wiosny rozpoczyna się spas zielony. Świeże zioła zawierają wszelkie niezbędne organizmowi witaminy, mikroelementy i białka; tymczasem ich siłę wykorzystuje się obecnie głównie poprzez napary – fitoterapię. Do obfitego spożycia nadają się liście snyci (podagrycznika), mniszka, babki, skrzypu, krwawnika, pokrzywy, czosnaczku, szczawiu, koniczyny. Najcenniejsze zieleniny otrzymujemy przed zakwitnięciem. Warto zwrócić uwagę na analogie w budowie chemicznej chlorofilu i hemoglobiny.

Spas kwiatowy znakomicie wzmacnia i uodparnia ciało. Pyłek i nektar nabieramy na palce lub bezpośrednio na język. Część kwiatów dobrze spożywa się w całości (na przykład bzu czy klonu).

Iście carskich potraw dostarcza nam spas owocowy. Soczyste płody roślin zaopatrują człowieka we wszystkie życiodajne substancje, łącznie z płynami; słodki smak budzi odczucia błogości i ekstazy. To główne pożywienie dane nam przez przyrodę. Idealnymi są owoce spadłe z drzewa.

O spas miodowy najlepiej zapytać niedźwiedzia (медведьmiedwied – wiedzący o miodzie). Wspaniały eliksir przygotowywany przez pszczoły obdarza nas nie tylko niedźwiedzią siłą, ale i końskim zdrowiem. Najwięcej godzi się polecić miody owadów dzikich – dzielą się one swym dorobkiem chętnie, o ile się ich nie okrada. Współczesny miód wytworzony w pasiekach radzi się rozpuszczać w wodzie przez kilka godzin i dopiero przyjmować.

Moc dobrego przynosi spas nasienny. W orzechach, ziarnach traw i innych nasionach kryją się skondensowane materiały dające początek życiu. Niekiedy aktywizuje się je, prowokując kiełki. Napisano wiele ostatnimi laty o cudownych własnościach orzeszków cedrowych. Szyszki sosny syberyjskiej, z której pochodzą, przypominają kształtem szyszynkę (podobnie jak kwiatostany innych drzew iglastych). Dawni Słowianie obchodzili spas makowy oraz spas orzechowy, zwany też chlebowym; onegdaj (a i do dziś w niektórych zakątkach tajgi) chlebem zwano bowiem orzechy zmieszane z miodem.

Pewną ostrożność zachować należy uprawiając spas grzybowy. Uzasadnionym będzie suszenie grzybów przed podaniem (tak czyni syberyjska baba jaga Anastazja i polskie wiewiórki). Grzyby to zasadniczo istoty żywiące się martwą materią organiczną. Jeśli pojawiają się na żywym organizmie, znak to, iż jego przyrodzona odporność uległa nadzwyczajnemu spadkowi. Dlatego też we współczesnych lasach, o obniżonej różnorodności gatunkowej, a co za tym idzie – zdegradowanej odporności biologicznej, tak często spotyka się huby porażające drzewostany. Z chorobami grzybiczymi boryka się też ogromna część ludzkości.

Spas wodny – popijanie wody z czystych źródeł i strumieni, klarownej deszczówki, jedzenie lodu i śniegu. Woda, która płynie oraz odtajała po zamarznięciu posiada najkorzystniejszą dla człowieka energię, przyswojona zostaje najprędzej. Definiuje się ją często jako strukturyzowaną lub strukturalną.

Tak po zwięzłemu przedstawia się nasza aryjska samobranka. Stosujmy ją mądrze i sumiennie.

Aryjec

Gudbrand ze Wzgórza. Baśń norweska

Baśń o Gudbrandzie ze Wzgórza

Był sobie raz człowiek imieniem Gudbrand. Jego zagroda leżała na wzgórzu, dlatego też zwano go: Gudbrandem ze Wzgórza. Z żoną żyli dobrze – zgadzali się do tego stopnia, że cokolwiek uczynił, żona uważała jego decyzję za najlepszą z możliwych. Uprawiali połać ziemi, trzymali sto talarów na dnie skrzyni, a w ich oborze stały dwie krowy. Pewnego dnia żeńczyna zwróciła się do Gudbranda: „Kochany, myślę, że powinniśmy pójść do miasta i sprzedać jedną krowę – mielibyśmy trochę grosza pod ręką, tak jak inni ludzie, a nie musielibyśmy ruszać stu talarów z kufra. Dwie krowy chyba nie są nam potrzebne, zamiast doglądać tej drugiej mogłabym lepiej zadbać o nas oboje.” Gudbrand uznał radę za słuszną, zaprowadził więc krowę do miasta.

Niestety – nikt krasuli nabyć nie chciał. Nic to! – pomyślał Gudbrand; wobec tego zabiorę krowę z powrotem do zagrody. Mam dla niej postronek i paszę, zaś droga powrotna nie będzie dłuższa od tej, jaką przebyłem. I ruszył do domu.

Uszedłszy kawałek napotkał chłopa, który wiódł konia na sprzedaż. W głowie zaświtała mu myśl, że rozsądniej mieć konia zamiast krowy, więc wymienił się z nim. Po pewnym czasie spotkał człowieka pędzącego przed sobą tłustą świnię i pomyślał, że lepiej byłoby mieć świnię niż konia, toteż i z nim się zamienił. Uszedł znowu kawałek i trafił na mężczyznę z kozą. Pomyślał sobie, iż bez wątpienia korzystniej mieć kozę aniżeli świnię – i znowu dokonał wymiany. Gdy udał się w dalszą drogę, spotkał człowieka z owcą. Z nim również się zamienił, gdyż stwierdził, że w każdym razie lepiej mieć owcę niźli kozę. Szedł dalej, aż zobaczył wieśniaka z gęsią i wymienił owcę na gęś. Nieopodal napotkał kolejnego mężczyznę – z kogutem. Wymienił się z nim zwierzętami, myśląc: Zamiast gęsi z pewnością lepiej mieć koguta.

Tak wędrował Gudbrand do wieczora – w końcu poczuł głód. Sprzedał wtedy koguta za sześć groszy i kupił sobie za nie jedzenia. Zdecydowanie mądrzej jest zadbać o ciało, niż ocalić koguta – skonstatował.

Pokrzepiony wracał dalej do domu, aż dotarł do gospodarstwa sąsiada. „Jakże powiodło ci się, Gudbrandzie, w mieście?” – pytają ludzie. „Dosyć dobrze” – odrzekł; „nie mogę wprawdzie pochwalić się zbytnim szczęściem, ale i żadne nieszczęście na mnie nie spadło.” Po czym opowiedział wszystko po kolei. „No no, ładnie cię przyjmie żona w domu!” – zaśmiał się gospodarz; „niech Bóg ma cię w opiece, nie chciałbym być w twojej skórze!” „Sądzę, iż mogło być znacznie gorzej” – powiedział Gudbrand; „to jednak obojętne, ponieważ czy mi się coś udaje, czy nie, moja żona jest tak dobra, że zawsze tylko mnie chwali.” „Owszem, tak powiadają, lecz jakoś trudno mi w to uwierzyć” – odparł sąsiad. „Załóżmy się przeto” – zaproponował Gudbrand – „o sto talarów. Odważysz się tyle postawić?” Zgodził się sąsiad; Gudbrand został u niego do zmroku – potem poszli razem w stronę chaty Gudbranda.

Sąsiad stanął przy drzwiach i nasłuchiwał, a Gudbrand wszedł do środka. „Dobry wieczór, kochany!” – przywitała go żona; „sława Bogu, że już wróciłeś”. Później zapytała, co zdarzyło się mieście. „Ach, nie ma się czym chwalić” – odpowiedział Gudbrand; „kiedy dotarłem na targ, nikt nie chciał kupić krowy, dlatego zamieniłem ją na konia”. „O, to bardzo pięknie” – powiedziała żona; „powodzi nam się i powinniśmy tak jak inni ludzie jeździć do kościoła, skoro stać nas na konia. Dzieci, pobiegnijcie i przyprowadźcie go!” „Ale, niestety, nie mam już konia” – rzekł Gudbrand; „kiedy poszedłem kawałek dalej, przehandlowałem go na świnię”. „Ach!” – zawołała żeńczyna; „postąpiłabym dokładnie tak samo! Tak się cieszę, będziemy teraz mieli szynkę, by poczęstować gości. Po cóż nam właściwie koń? Ludzie by tylko szemrali, że robimy z siebie panów i nie chcemy chodzić do kościoła pieszo, jak dawniej. Pobiegnijcie, dzieci, przyprowadźcie tę świnkę!” „Świni, niestety, też już nie mam” – odezwał się Gudbrand; „kiedy uszedłem trochę, wymieniłem ją na kozę mleczną”. „Och! Jak ty rozważnie postępujesz!” – zachwyciła się żona; „kiedy porządnie się zastanowię – cóż poczęłabym ze świnią? Ludzie gadaliby tylko, że ci ze Wzgórza przejadają wszystko. A teraz przynajmniej mamy kozę, która daje mleko, będę mogła przygotowywać ser. Wprowadźcie naszą kózkę, drogie dzieci!” „Jednak tej kozy także już nie mam”, powiedział Gudbrand; „bo w dalszej drodze dostałem za nią wspaniałą owcę”. „O, dziękuję, kochany!” – wykrzyknęła żona; „czynisz wszystko zawsze tak, jak bym sobie życzyła… Czyż koza nie jest kłopotliwa? Trzeba byłoby wspinać się z nią po górach i wieczorami sprowadzać na dół. Mamy owcę, więc oprócz mleka nie zabraknie nam też wełny! Dzieci, pobiegnijcie po nią!” „Tylko, niestety, nie mam również owcy”, zaznaczył Gudbrand; „po jakimś czasie zamieniłem ją bowiem na gęś”. „Och, dziękuję ci za to, mój drogi!” – odpowiedziała żona; „dziękuję po stokroć. Czy z owcy byłoby wiele pożytku? Nie mam kołowrotka ani wrzeciona, zaś szycie ubrań kosztuje mnóstwo pracy – możemy przecież nadal je kupować. Od dawna miałam chęć na gęsinę, a pierze przyda się na poduszki. Pobiegnijcie i przyprowadźcie gąskę, dzieci!” „Ale, niestety, gęsi już nie mam” – powiedział Gudbrand; „kiedy poszedłem dalej, zamieniłem ją na koguta”. „Och, wpadłeś na doskonały pomysł, mój kochany!” – zawołała żona; „cóż może być lepszego? Kogut! Zupełnie, jakbyś kupił budzik, gdyż kogut codziennie pieje o czwartej nad ranem, będziemy mogli zawsze wstawać na czas! Na co nam gęś? Nie za bardzo potrafię przyrządzać gęsinę, a poduszki najlepiej wypchać zwykłą trawą morską. Dzieci drogie, przynieście tu naszego kogutka!” „Niestety, nie mam nawet i tego koguta” – zakończył Gudbrand; „ostatecznie tak strasznie zgłodniałem, że postanowiłem sprzedać go za sześć groszy i kupić coś do jedzenia, żeby się posilić”. „Sława Bogu, że tak uczyniłeś!” – odpowiedziała żona; „postępujesz tak, jak gdybyś czytał w moich myślach. Na cóż zdałby nam się kogut? Jesteśmy władcami swego życia i możemy spać tak długo, jak nam się podoba. Sława Bogu – skoro tylko mam ciebie, męża, który potrafi sprostać każdej sytuacji, nie potrzebuję ani koguta, ani gęsi, ani świni czy krowy.”

Wtedy Gudbrand otworzył drzwi. „Czy wygrałem właśnie sto talarów?”, zapytał, a sąsiad – musiał przytaknąć.

opracowanie: Aryjec

Fizyczna nieśmiertelność. Długowieczny naród Ariów

Aubrey de Grey

Kulturę aryjską tworzą i kontynuują ludzie świadomi swego boskiego dziedzictwa, rozwijający i doskonalący w sobie cechy Bogów, niebiańskich rodziców. Zawierają się w nich: miłosierdzie, mądrość, szlachetność, moc, prostota, radość, życzliwość, dostatek, szczodrość, zdrowie, piękno i wiele innych. Trudnym do zaakceptowania dla współczesnej, zniewolonej mentalności przymiotem Asów jest nieśmiertelność – nie tylko duchowa, ale i cielesna. Chrześcijaństwo nałożyło na umysły ludzkie ciężkie okowy jewrejskiej mitologii: „z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”; zaczadzeni biblijnym wyziewem Słowianie poczęli upatrywać w śmierci wyzwolenia z trudów tego łez padołu, bramy wiodącej ku Ojcu Niebieskiemu. Następnie splunęli butnie na wszelką mistykę, sprowadzając swą egzystencję do chemicznych i fizjologicznych reakcji opisywanych w dekadenckich, akademickich mamidłach.

Z ideą fizycznej nieśmiertelności zetknąłem się po raz pierwszy w wieku 16 lat za sprawą książki Leonarda Orra. Być może, przeszedłbym obok niej obojętnie, gdyby nie rekomendacja szacownego wuja, który stanowił wówczas dla mnie nie lada autorytet. Sugestywne, nieco dziwaczne treści odkrywcy rebirthingu wywróciły mój nastoletni światopogląd do góry nogami: oto cała – poczciwa, wydawałoby się – wizja życia, starości i śmierci jako nieodwracalnego, odwiecznego, naturalnego porządku, legła w gruzach. Upłynęło dobre kilka dni, zanim miejsce wstrząsu, przygnębienia i dezorientacji zajęły w mojej psychice entuzjazm i poczucie wolności. Od tamtej pory temat życia wiecznego w materialnym ciele pracuje we mnie nieustannie z różną intensywnością. Dziś, po prawie dwudziestu latach, nadal uważam oswobodzenie ludzkości z destruktywnej filozofii śmierci za jeden z podstawowych kroków ku społecznemu oświeceniu i odbudowie aryjskiej kultury.

Jakkolwiek negowanie nieuchronności umierania nie natrafia na poważne traktowanie w szerszych kręgach, ma ono swojego przedstawiciela także w świecie uniwersyteckim. Doktor Aubrey de Grey (na zdjęciu) twierdzi, że proces starzenia się można kontrolować – spowalniać i odwracać. Ten typ „naukowego” myślenia stoi w zasadzie w sprzeczności z podejściem aryjskim: zakłada mianowicie ułomność ciała człowieka i opcję skorygowania jej dzięki postępowi techniki, chociaż wrodzone niedomaganie na poziomie komórkowym wynika zdaniem de Grey’a z utrwalonych błędów genetycznych (co należy uznać w znacznej mierze za prawdę). Pokładanie nadziei w biotechnologiach zbliża pracę Aubreya de Grey do nurtów transhumanistycznych, dążąych do spreparowania pozbawionej ograniczeń istoty ludzkiej (human+) za pomocą inżynierii laboratoryjnej. Futurystyczny raj supercyborgów oznaczałby raczej ostateczne zwycięstwo demonicznej technokracji niż urzeczywistnienie przyrodzonej nam boskości.

Co siedem lat następuje całkowita wymiana wszystkich komórek ciała. Nowo powstałe komórki zazwyczaj reprodukują uszkodzenia wcześniejszych – tylko dlatego tkanki ulegają stopniowej degeneracji, nazywanej dziś błędnie „starzeniem” („starość” pierwotnie oznaczała stan wręcz odwrotny). Podłoże tej patologii to destruktywnie ukierunkowana psychika, zakodowana na przestrzeni wieków w pogłębiających się wadach genetycznych. Dopiero takie przekazywane dziedzicznie zaburzenia psychosomatyczne prowadzą do petryfikacji skrzywionego spojrzenia na przyrodę i środowisko; są motorem krótkowzrocznych wynalazków i bezrefleksyjnych przedsięwzięć przynoszących potworne zanieczyszczenie naturalnego ekosystemu, a zatem również samego organizmu ludzkiego. W ten sposób zwyrodnienie ciała przyspiesza jeszcze silniej; próby stymulacji przy użyciu środków medycznych przynoszą rezultat jedynie doraźny. Coraz powszechniejsza dziś demencja spowodowana jest sztucznym opóźnianiem degeneracji ciała – medykamenty nie potrafią bowiem hamować postępującej równolegle dezintegracji mózgu. Człowiekowi nie pozwala się zatem godnie odejść z tego świata  – w imię ratowania życia jako rzekomo najwyższej wartości. Tymczasem obok spokojnie napędza się cywilizację śmierci, w której życie ludzkie przelicza się na kapitał – młodość jako potencjał eksploatacyjny, chorobę i kalectwo jako źródło dochodu; idea życia wiecznego pozostaje wyśmiana, w sferze abstrakcji, zaszeregowana do gatunków science fiction lub fantasy.

Aryjska długowieczność przekracza znacznie dokonania patriarchów Księgi Rodzaju – ci dociągali do niespełna tysiąca lat. Co współcześnie wydaje nam się wiekiem baśniowym, w rzeczywistości zakrawa ledwie na przedsionek prawdziwego życia, podobnie jak osiągnięcia słynnej, taoistycznej szkoły długowiecznych. Długość żywota dzieci Bogów zależy od ich woli – woli życia. Żyjemy więc tak długo, jak to potrzebne nam i naszym potomnym, naszemu rodowi. Odchodzimy natomiast nie konając i rozkładając się, a w sławie i świetle – dlatego też możemy w każdej chwili wrócić, by krzepić nasze dziatki jako Przodkowie zstępujący z niebios – Bogowie.

Aryjec

Przyroda idzie po swoje (dzieci)

Kevin Peterson: "Poszukiwanie"

Kilka godzin starczyło, by pozbawić prądu tysiące ludzi. Wyszedłem na spacer w czasie wichury; świeży powiew zdaje się oczyszczać umysł z wszelkiego chłamu, wypędza z powietrza upiorne miazmaty przemysłowe. Kojącego szumu nie zagłuszy i najtłustszy bit, żaden psychopacyfikacyjny łomot. Hołota zamknęła się w betonowych pudłach razem ze swoim hałaśliwym złomem.

Przechodzę obok dwóch wysokich budynków, dawnych magazynów. Letnimi wieczorami zbiera się tu rozwydrzona młodzież, uskuteczniając na doszczętnie zdewastowanych piętrach ekscesy stłumionej wyobraźni. Lubię przyglądać się dachom tej okazjonalnej świątyni urbanistycznego gniewu, na których położyła się już zwycięska roślinność. Parę drzew i krzewów osiągnęło dobre półtora metra. W ostatnich tygodniach ktoś przyprowadził koparki, popołudniami w zgniłych murach biegają robole z narzędziami. Wycięli dęby przy ogrodzeniu. Zwyrodnialcy. Pachołkom anonimowego cwaniaczka wydano rozkaz, zamarzyło się biurowców na peryferiach.

Za kupami gruzu zaczynają się pola. Z tego miejsca ładnie widać zachodzące słońce. Bezduszne konstrukcje słupów wysokiego napięcia nie pozwalają przystanąć. W ubiegłym roku na moich oczach ktoś opryskiwał zieleń. Na szczęście większość terenu leży odłogiem i naraża się tylko na bezmyślne, maszynowe koszenie. Z gruntu wybija mnóstwo snyci (aegopodium podagraria), ziarnopłon, kurdybanek. Czasami zapuszczają się tu sarny – czmychają, jakby nie chciały przeszkadzać.

Niegdyś okolica była znacznie bardziej dzika. Jako chłopcy pałętaliśmy się po pobliskich bezdrożach, ścieżek wiodących do lasu nie przecinało żelastwo ani asfalt. Dzisiaj trawę przetyka straszne, plastikowe paskudztwo, butelki, puszki, kable, akcesoria samochodowe – rzygi cywilizacji ledwo żywych trupów. Kilkadziesiąt metrów bez drutu, bez zabudowań – i koniec: po lewej postawił się nowobogacki. Działki na sprzedaż. Kto pozwolił wam handlować ziemią?

Naprzeciwko zakorzeniły się wyniosłe rosochy – przechadzka wśród nich to naiwna namiastka życia zaszytego w puszczy. Miło zatrzymać się tu na dłużej, o ile nie słychać odgłosu pił z nieodległej brzeziny. Elektromechaniczny dźwięk wyraża cały idiotyzm przeciętnego, zrujnowanego mózgu. Normalny mężczyzna pracuje siekierą, a szlachetny – gołymi rękoma.

Jeszcze jeden dom – i knieja; ach, zaledwie podmiejski lasek. Monitoring. Połacie monokultury sadzonej dla pozyskania drewna. Pewien fragment wypełnia okropny odór; obszar skażony przez zombi rafinowanym syfem, nie zasługującym nawet na miano gówna, nawozu naturalnego. Co kilka kroków miniwysypisko: cegłówki i poliuretan. Unoszę głowę ku koronom buków, skąd dochodzi stukot cierpliwego dzięcioła.

Dotarłem do strumienia, nareszcie spokój. Brak tworzyw w zasięgu wzroku, jedynie gdzieś z oddali wyłania się jakiś stary dworek. Pod stopami pięknie obgryzione pnie, powalone przez bobry. Teraz rozumiesz, do czego powołała je przyroda? Czy sądzisz, że muszą korzystać z usług stomatologów? Podmuch wzmaga się, uczucie pewności.

Wiatr wieje coraz silniej.

Aryjec

Racjonalizm dla naiwnych. Nauka jako forma okultyzmu

Uniwersytet Loyola w Chicago

Encyklopedyczna definicja okultyzmu określa go jako pseudonaukową teorię o istnieniu w człowieku, przyrodzie i wszechświecie nadnaturalnych sił, niepoddających się naukowej obserwacji i wychodzących poza poznanie. Obejmuje sprytnie jedną klamrą wszystko, co wiąże się z badaniem świata niematerialnego i dyskretnie kwalifikuje jako maniakalne wstecznictwo; wszystko – z wyjątkiem religii. Tę ostatnią traktuje się w oderwaniu od poglądów okultystycznych (bez zbędnych wyjaśnień).

Łaciński czasownik occulo oznacza „ukrywać”. Istota okultyzmu tkwi w próbie zawłaszczenia prawdy i zamaskowania jej pod postacią tajemnicy. Zgodnie z tą podstawową zasadą inżynierii kontroli mas funkcjonuje mechanizm religii: wizualizuje Boga jako enigmatyczną moc o nieprzewidywalnych zamiarach, do której dostęp można uzyskać dzięki specjalnie wyselekcjonowanym pośrednikom.

W przeciwieństwie do niej nauka usiłuje przedstawiać się jako dyscyplina racjonalna, otwarta, bazująca na logice i doświadczeniu. Obraz ten nie koreluje z jej rzeczywistą kondycją, a jednak inteligentni ludzie ulegają tej sugestywnej autopromocji. To rodzaj zbiorowej hipnozy praktycznie tożsamej z dewocją – obie charakteryzują się niemal bezgranicznym zaufaniem autorytetom i poważnym ograniczeniem roli samodzielnego myślenia.

Współczesny system akademicki to owoc chrystianizacji Europy: narodził się w średniowieczu i rozwijał pod wodzą kleryków jako druga gałąź okultystycznej działalności kościoła. Wiedza stała się zasobem elitarnym, chociaż od początku wykładano jedynie substytut prawdziwej wiedzy – jej fragmentaryczną interpretację zgodną z doktryną judeochrześcijańską. Więzy między „duchowieństwem” a światem uniwersyteckim zaczęły rozluźniać się dopiero w XVII wieku. Nastąpiło wówczas rozwarstwienie okultyzmu na twardą, tradycyjną wersję religijną oraz odmianę miękką, nowoczesną i postępową. Ten strategiczny podział umożliwił budowanie napięcia między wyznawcami rozbiegających się linii i położył podwaliny planowanych rewolucji politycznych i obyczajowych. Chrześcijańskie struktury utrzymywały ład społeczny będący zdegradowaną formą ustroju rodowego czasów starosłowiańskich, nowa wiara zachowała pewne elementy starej. Zniszczenie tej osnowy prowadzi do ostatecznego wyrugowania aryjskich wartości duchowych i etycznych, opuszczenia mentalności człowieka do poziomu czysto materialistycznego.

Miejsce religijnych dogmatów zajęły w nauce paradygmaty. Kto wgłębi się w zagadnienie metody naukowej, z łatwością zauważy, iż obowiązujące teorie stanowią wypadkową eksperymentów prowadzonych przez wąskie grupy fachowców, zręcznej dystrybucji atrakcyjnych hipotez oraz zawodowych ustaleń między uczonymi, których ścisłość jest zupełnie umowna i iluzoryczna. Dochodzi do tego kwestia komercjalizacji nauki i nieunikniony wpływ różnorakich lobby na kształt jej dokonań. Doświadczalna sprawdzalność tez uniwersyteckich pozostaje nawet poza kompetencją większości znawców – wymagałaby dojścia do trudno dostępnych obszarów, laboratoriów, archiwów, pozyskania niezbędnych funduszy itd. Negatywna weryfikacja w odpowiednich warunkach niczego jeszcze nie oznacza, ponieważ wyniki badań muszą przebić się w środowisku naukowym – obowiązują tu w zasadzie prawa marketingu. Z tego powodu działalność niezależnych instytutów badawczych figuruje w dyskursie akademickim najczęściej jako pseudonaukowa. Oficjalna wiedza składa się z przyjętych za pewnik przypuszczeń, zalegalizowanych fałszerstw i kawałków obiektywizmu.

Za sprawą hermetycznego, specjalistycznego słownictwa, język naukowych opracowań nabiera cech przekazów ezoterycznych; uproszczone rozpowszechnia się je w salach lektorskich oraz pismach popularnonaukowych. Samozwańczy racjonaliści przyswajają sobie te treści nie zauważając, że ich światopogląd to tylko plastelina formowana przez perswazję ekspertów. Hoduje się w ten sposób w umysłach ateistyczną wizję egzystencji – człowieka osamotnionego we wrogim mu kosmosie, poddanego bezwzględnym procesom materii dążącej do rozpadu. Jedyną nadzieję na poprawę swojej sytuacji ma on upatrywać w mesjaszu nauki zsyłającej rzekomo coraz doskonalsze osiągnięcia. Nie musi przed nim klękać ani odmawiać błagalnych modlitw – wystarczy płacony codziennie technokracji haracz.

Aryjec