Stereotypy seksualne. Walka płci, równość płci i natura płci

śniadanie u tiffaniego scena z maskami

Seksualne, czyli dotyczące płci w ogóle (a nie jedynie sfery intymnej). Modernistyczne i ponowoczesne narzędzia inżynierii społecznej, takie jak feminizm, postgenderyzm czy gender mainstreaming mają za zadanie przede wszystkim przekształcać świadomość mas; w ramach „walki o równość” chętnie uderzają więc w to, co nazywamy (czy raczej – one nazywają) stereotypami na temat płci.

Czym jest stereotyp? Według definicji słownikowej to „funkcjonujący w świadomości społecznej skrótowy, uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości, często oparty na niepełnej lub fałszywej wiedzy, utrwalony jednak przez tradycję i z trudem ulegający zmianom”. W celach propagandowych etykietkę „stereotypu” przykleja się wszystkiemu, co wiąże się z tradycyjną, społeczną rolą płci, odwracając jednocześnie uwagę od faktu, że rola ta wynika najczęściej z naturalnych (biologicznych, psychologicznych i jeszcze głębszych) uwarunkowań. „Najczęściej”, gdyż na skutek zaprowadzenia w Europie wynaturzonego, judeochrześcijańskiego porządku i związanej z nim degradacji świadomości, część aspektów funkcjonowania płci rzeczywiście sprowadzona została do sztywnego i często wcale nie korzystnego schematu. Tymczasem wiodące prym nurty „równouprawnienia” tworzą na swoje potrzeby nowe, zupełnie irracjonalne stereotypy, które udaje się zaszczepić ludziom wyłącznie dlatego, iż przez wieki oduczono ich samodzielnego myślenia oraz nieuprzedzonego spojrzenia na świat, będącego wyrazem czystej Świadomości.

Zmierzenie się ze stereotypami, ich demaskacja i wyjaśnienie są niezwykle istotne, ponieważ stereotyp działa jak broń obosieczna. I oto niektóre przekazy próbujące przybliżyć nam dawne, słowiańskie czy wedyjskie relacje męsko-żeńskie, również wpadają w sidła stereotypów. Wpadanie w schematy to nawyk, którego oduczenie się bywa niełatwe.

Jednym z fałszywych przekonań, na którym zasadza się większość stereotypów seksualnych, jest wyobrażenie, jakoby mężczyzna i żeńczyna byli dokładnymi, symetrycznymi przeciwieństwami. To uproszczenie prowadzące do wielu nieporozumień i często wykorzystywane w celach manipulacyjnych. Współcześnie próbuje się przeto przedstawić kobietę jako istotę subtelną, nieoczywistą, delikatną i skomplikowaną, natomiast mężczyznę jako jej odwrotność – przewidywalnego, nieskomplikowanego i niezbyt świadomego prostaka. Kobiecie przypisuje się wrażliwość, empatię i humanitarność, natomiast mężczyźnie obojętność, egoizm i brutalność. Wobec tego za jedynie słuszny należy uznać żeński punkt widzenia – ma on stanowić ratunek dla świata i ludzkości. Mężczyźni zaś powinni podporządkować się kobietom i uczyć się od nich wyższych, szlachetnych cech – krótko mówiąc: „uczłowieczać się” w tym matriarchalnym systemie. Wzór dla nich może stanowić społeczność gejowska, która osiągnęła niejako wyższy stopień ewolucji („gej najlepszym przyjacielem kobiety”).

Jednak, jak już wspomniałem, podobne stereotypy wypływają w środowiskach próbujących walczyć z matriarchalnym reżimem i przywracać naturalny ład społeczny. Ludzie ci sami nie zauważają, iż przez niektóre wypowiedzi zaprzeczają temu, do czego dążą i co wspierają. Na blogach poświęconych kulturze słowiańskiej znalazłem porównania mężczyzny do „tępego kołka” (błędne rozwinięcie symboliki dzwonu – kołokołu) oraz „kreta” (który mozolnie dokopuje się do wiedzy, w przeciwieństwie do żeńczyny, posiadającej ją „od razu”). Miały one być chyba ukłonem w stronę kobiet i zachętą do rozwijania żeńskich cech. Ale czy kobiety faktycznie muszą dowartościowywać się poczuciem wyższości nad mężczyznami? Dopóki kobiety będą pielęgnować w sobie wyobrażenia, jakoby były lepsze, silniejsze, mądrzejsze od mężczyzn – dopóty nie powrócimy do harmonijnych relacji. Bo żadna żeńczyna z takim przekonaniem szczerze nie podda się mężczyźnie, stosunek do niego będzie, choćby podświadomie, podszyty pychą i manipulacją.

Niektórzy przeciwnicy zrównywania płci zdają się myśleć na zasadzie: jeśli „oni” za wszelką cenę zrównują obie płcie, to „my” będziemy za wszelką cenę je odróżniać. Ale taka droga też przeczy naturze. Mężczyzna nie jest odwrotnością żeńczyny.

Niełatwo to wyjaśnić. Najlepiej tłumaczy się to na przykładzie chromosomów płciowych. Żeńskie chromosomy płciowe to XX, męskie – XY. O płci dziecka decydują męskie chromosomy płciowe. Jeśli mężczyzna przekaże chromosom X – rodzi się dziewczynka, jeśli Y – urodzi się chłopiec. Dzięki temu możemy uzmysłowić sobie, iż mężczyzna zawiera w sobie naturę męską i żeńską, tyle że przejawia tę pierwszą. Żeńczyny nie posiadają chromosomów Y, dlatego znają wyłącznie żeńską naturę.

Matryca życia to element żeński. Wszystkie embriony są na początku „dziewczynkami” .W przyrodzie i w całym kosmosie pierwiastek żeński występuje w nieporównanie większej ilości niż męski (nawet wspomniany chromosom X jest znacznie większy od Y), ponieważ żeńska energia rodzi życie. Im więcej pierwiastka żeńskiego, tym więcej życia. Dlatego u dawnych Słowian i innych ludów żyjących w zgodzie z naturą normalnym i powszechnym było wielożeństwo. Były to w istocie społeczeństwa żeńskie, tyle że organizowane przez mężczyzn. Na tym polega rola pierwiastka męskiego w przyrodzie i kosmosie: to funkcja porządkująca. Nie jest on potrzebny w dużej ilości, natomiast, w pewnym sensie, przeważa jakościowo poprzez swą siłę porządkującą, umiejętność nadawania struktury, bez której życie również nie mogłoby zaistnieć, gdyż nie przybrałoby żadnej formy. Żeńska energia to energia twórcza, to ocean informacji, natomiast męska energia to czynnik tworzący, odpowiednio konfigurujący informację.

Jak mają się do tego stereotypy, powszechne przekonania na temat płci? Nie mają one nic wspólnego z pojmowaniem Boga, Boskiego Zamysłu, Przyrody, Natury. Wynikają natomiast z egoizmu, zaślepienia, niewiedzy. Są trującym owocem wpajanej nam od lat teorii walki płci oraz równości płci, mającej niby to położyć kres tej walce. Przyjrzyjmy się kilku z nich. Być może, niektóre wcale nie wydadzą ci się stereotypami? Na początek – stereotypy na temat mężczyzn.

Mężczyźni są niedomyślni. Chodzi tu zwłaszcza o niedomyślność względem płci przeciwnej – w kwestii tego, czego pragnie kobieta, czego jej potrzeba, co chce mężczyźnie przekazać itd. Nic dziwnego, że taki pogląd rozpowszechnił się w ostatnich dziesięcioleciach. Jednak problem nie polega na tym, że mężczyźni są niedomyślni, lecz na zniszczeniu relacji męsko-żeńskich, a co za tym idzie – harmonijnej komunikacji. Ponieważ, jak już wspomniałem, współczesna, jedynie słuszna perspektywa, to perspektywa żeńska – winą za brak porozumienia obarcza się mężczyzn, przypisując im wrodzoną niedomyślność.

Mężczyźni nie mają podzielnej uwagi. To przekonanie, to, niestety, kolejny efekt przyjęcia żeńskiej optyki za tę najwłaściwszą. A jednocześnie kolejna cegiełka do obrazu mężczyzn jako tych „mniej rozgarniętych”. Tymczasem to raczej mózg mężczyzny, z ośrodkami odpowiedzialnymi za rozmaite czynności rozmieszczone w przeciwnych półkulach, ma większą zdolność do podzielności uwagi. Żeńczynę natura zdaje się predysponować do absolutnego skupienia na jednym. Współczesna rzeczywistość ukierunkowuje ją zupełnie odwrotnie i tak niszczy się pierwiastek żeński.

Z kolei wielu mężczyzn może mieć niewłaściwie rozwinięty mózg (głównie na skutek błędnego wychowania), a co za tym idzie – niedorozwinięte męskie cechy, w tym niezdolność do „podzielności uwagi”. Warto jednak zaznaczyć, iż w dzisiejszym świecie podzielność uwagi przecenia się i mitologizuje (bo dzięki niej da się „więcej, szybciej, lepiej”…). Czy rzeczywiście dobrze jest wykonywać kilka czynności jednocześnie? To może być przydatne tylko w niektórych okolicznościach. Ćwiczenie „podzielności uwagi” można uznać za korzystny trening umysłowy dla mężczyzn (oczywiście z umiarem), będzie on natomiast degenerująco wpływał na psychikę kobiety. Innymi słowy: w przypadku mężczyzny będzie sprzyjał harmonizacji półkul mózgowych, w przypadku żeńczyny – rozharmonizowywał je.

Mężczyźni myślą tylko o jednym. Uwierzcie, że tak naprawdę myślą o wielu sprawach. Nawet ci mężczyźni, których byście o to nie podejrzewali. Znaczna część kobiet, od pokoleń nauczona manipulacji, bardzo chce widzieć w mężczyznach zwierzęta kierujące się wyłącznie popędem. Takimi mężczyznami najłatwiej sterować, nietrudno owinąć ich sobie wokół palca. Niemal cała popkultura pracuje na to, by zdegradować mężczyznę do tego poziomu, tak aby dało się nim kierować – by rodzina, ród, naród nie miały silnego przewodnika. Również wielu mężczyzn uwierzyło w to, że „prawdziwy mężczyzna” powinien być samcem. To oczywista sprzeczność.

Mężczyźni nie rozróżniają kolorów. Rozróżniają, bez obaw. Męskie widzenie różni się od żeńskiego, dlatego obie płcie odmiennie definiują kolory i relacje między nimi. A ponieważ, znowu – współcześnie jedynie słusznym widzeniem jest widzenie żeńskie, mężczyzn uznano za ułomnych pod tym względem.

Zakrawa to bez mała na absurd. Czy tysiące wybitnych malarzy, których dzieła możemy podziwiać w najznakomitszych galeriach i muzeach, również nie rozróżniało kolorów? A może wszyscy oni byli homoseksualistami lub po prostu kobietami przebranymi za mężczyzn, aby mogły rozwijać swój talent?

Ta niedorzeczność to komponent większego kompleksu stereotypów, wedle którego mężczyzna w ogóle nie ma pojęcia o estetyce. A zastanawialiście się może, dlaczego dla mężczyzny tak ważna jest dziewczęca uroda? Bo… mężczyźni myślą tylko o jednym? Okazuje się, że nie – wszak chodzi tu nie o instynkty, a o coś wyższego – o piękno. Mężczyźni zawsze poszukiwali piękna, to oni wytyczali nowe kierunki w sztuce, muzyce, architekturze. Pogląd, jakoby mężczyźni mieli umysły „ścisłe”, a żeńczyny „humanistyczne” – przeczy faktom. Owszem, w technokratycznym świecie to mężczyźni częściej zajmują się sprawami technicznymi. Radzą sobie z nimi dzięki naturalnej orientacji przestrzennej i zdolnościom analitycznym. Ale na technice horyzonty mężczyzn bynajmniej się nie kończą.

Jak widać, stereotypy na temat mężczyzn mają za zadanie w gruncie rzeczy pozbawić ich autorytetu, odebrać żeńczynom szacunek do mężczyzny i wiarę w męskość, w męskie prowadzenie. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja stereotypów na temat kobiet. Z jednej strony, wśród męskiej części społeczeństwa, nadal nierzadko pokutują niewłaściwe przekonania wyniesione z mroków chrześcijaństwa (kobieta jako diabelski pomiot i źródło grzechu), z drugiej – coraz szerzej zaczynają przyjmować się przeciwne im stereotypy wylansowane przez feministki, które niestety nie tyle podnoszą samoocenę kobiet, co raczej służą karmieniu pychy i próżności. Przykłady takich opozycji:

Kobiety są głupsze od mężczyzn. Nie, nie są. Mądrość to boska cecha, cecha urzeczywistnienia. Mogą ją przejawiać w równym stopniu mężczyźni i żeńczyny. Mężczyzna i żeńczyna inaczej przejawiają boskość, dlatego żeńska mądrość jest czymś zupełnie różnym od męskiej. Czymś równie dobrym i potrzebnym. Żeńczyny dawniej nie zajmowały się polityką czy nie kształciły nie dlatego, że są głupsze, a dlatego, że mądrość żeńska została powołana do czegoś innego, czemu innemu służy.

Kobiety są mądrzejsze od mężczyzn. Też nie. Kobiecie niełatwo pojąć męską naturę, wbrew stereotypom – trudniej niż mężczyźnie żeńską. Z tego powodu niewiasta może pochopnie zakwalifikować męski sposób myślenia i postępowania jako niedostatek, zwłaszcza w przypływie emocji. Mężczyźni na przykład myślą bardziej dalekosiężnie, co może się wydać niepraktyczne. Kiedy żeńczyna nie filozofuje, nie kwestionuje, nie krytykuje, a z ufnością poddaje się mężczyźnie, zaczyna pojmować męską naturę intuicyjnie. Nawet jeśli w pełni jej nie rozumie, to wie, czuje, że jest ona dobra.

Kobiety są silniejsze od mężczyzn. Przede wszystkim – to znów błędny sposób myślenia. Pierwiastków męskiego i żeńskiego nie ma sensu porównywać w sposób wartościujący. Łatwo zmierzyć siłę fizyczną i udowodnić, że mężczyźni z natury mają jej więcej. Zwykło przeciwstawiać się temu stwierdzenie, że żeńczyny są z kolei silniejsze psychicznie. Siły psychicznej nie potrafimy jednak ani zmierzyć, ani nawet dokładnie zdefiniować. Dobrze rozwinięta męska psychika jest stabilna, nie ulega emocjom. Ma stanowić oparcie dla żeńczyny. Czy świadomej żeńczynie będzie zależeć na statusie „silniejszej”, „lepszej” pod jakimkolwiek względem? Czy nie wystarczy jej cieszyć się swoją wspaniałą, żeńską naturą i dzielić się nią?

Kobiety są słabsze od mężczyzn. Pod względem siły mięśni – tak. Często kierują się też w działaniu emocjami, co można uznać za „słabość”. Nie bez kozery powiada się jednak, że „siła kobiety w jej słabości”. Wiele współczesnych kobiet nauczyło się siłować się – z mężczyzną, otoczeniem, z całym życiem. To zabija żeńskość. „Siłaczki”, z całym szacunkiem dla nich, są tak naprawdę słabymi kobietami, mają bowiem niedomiar żeńskiej energii, a nadmiar męskiej. To oczywiście nie ich wina, a skutek rozpadu naturalnych relacji rodzinnych, efekt błędnego współczesnego wychowania i innych negatywnych wpływów.

Wiara i wyobraźnia to narzędzia kreacji. Pielęgnując niezdrowe poglądy na temat płci, podtrzymujemy dysharmonię, blokujemy przepływ Miłości – po prostu przyczyniamy się do zniewolenia człowieka. Czas wyleczyć się ze skrzywionych schematów, oduczyć się powierzchownego postrzegania, pogłębić je.

Istotą człowieczeństwa jest… boskość. Boskość zaś jest zawsze wyjątkowa. Nie tworzy masówki, nie powiela, nie kopiuje, nie produkuje taśmowo, nie działa mechanicznie. Mężczyzna z natury powinien być męski; ale sposobów na przejawienie męskości będzie tyle, ilu urodzonych mężczyzn. Nie znaczy to, że każdy mężczyzna doskonale przejawia swą męskość (a nie przejawia, bo najczęściej nie wykorzystuje w pełni swojego boskiego potencjału). Podobnie obrazów żeńskości może być tyle, ile żeńczyn, choć dzisiaj wiele z nich uzewnętrznia raczej mało żeńskie cechy.

Na co czekasz? Warto otrząsnąć się z iluzji stereotypów. Dostrzeż boskość w mężczyźnie, ujrzyj w nim Swaroga i Jego potencjał, Jego doskonałość. Spójrz na żeńczynę jak na Ładę Bogurodzicę, Boską Matkę dającą życie, raduj się Jej Miłością.

Tak, wiem: to wymaga czasu, to praca z umysłem, z przebaczeniem, zrozumieniem, z podświadomością… To procesy społeczne, zmiany na pokolenia… Cierpliwość jest przymiotem Bogów, opieszałość już nie. Jesteśmy mężczyznami i żeńczynami. Boskość wschodzi w nas, tu i teraz.

Żdan Borod

Samodzielność kobiety i jej wpływ na Wszechświat

okładki z kobietami biznesu

Faktem jest, że samodzielne żeńczyny zabierają przestrzeń mężczyznom. Brzmi to wręcz „hitlerowsko”, ale niestety, to prawda. Nie oszukujmy się, postawmy sprawy jasno, nawet jeśli bolą. Każda żeńczyna, która żyje sama, która usiłuje sama porządkować przestrzeń wokół siebie, zabiera tę przestrzeń jakiemuś mężczyźnie. Świadomie bądź nie współdziała z siłami ciemności, które odsunęły pierwiastek męski od jego porządkującej roli. Żeńczyna, która zostaje kierownikiem, która zakłada firmę, która prowadzi działalność gospodarczą, sama zarabia, wychowuje sama dziecko, sama prowadzi dom – kradnie tę całą przestrzeń któremuś z mężczyzn. Nie należy buntować się przeciw temu stwierdzeniu, a jedynie dobrze zastanowić. We wszechświecie wszystko jest połączone. Cały świat w rękach mężczyzny, a mężczyzna w rękach żeńczyny. Jeśli z takich czy innych powodów machnęłaś na mężczyzn ręką i sama poszłaś w świat, usamodzielniając się, to zaburzyłaś naturalną równowagę. I nadal ją zaburzasz. To nie Twoja wina, świat Cię do tego zmusił, lecz fakt pozostaje faktem.

Ktoś powie: to oburzające. Przecież kobiety ciężko pracują dziś na swoje utrzymanie, a większość mężczyzn nie nadaje się do tego, aby im się poddać. Jednak to tylko wymówki. Jeśli tym samodzielnym żeńczynom rzeczywiście zależałoby na rozwoju, uczyniłyby wszystko, aby znaleźć się pod porządkującą siłą mężczyzny.

Mamy tu jednak, jak zwykle, do czynienia z błędnym kołem. Żeńczyna, która już się usamodzielniła, rządzi sobie po swojemu i żyje lepiej czy gorzej, nie będzie przecież nagle poddawać się obcemu porządkowi. Byłoby to dla niej zbyt niewygodne. Rzucić samodzielność, pójść do jakiegoś mężczyzny – i co? Siedzieć w domu i prać mu skarpetki? I jeszcze dać mu wychowywać swoje dzieci?! A jeśli na dodatek kobieta dorobiła się pokaźnego statusu materialnego, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Dlatego w grę wchodzi co najwyżej odpowiednio miękki kolega, który zaakceptuje jej porządek, i z którym będzie się mogła spotykać.

Usamodzielnianie się żeńczyn zaczyna się dziś najpóźniej po skończeniu szkoły zawodowej, technikum czy liceum. Powszechnie od dziewcząt wymaga się, aby podjęły pracę lub poszły na studia. Pozostanie pod opieką rodziny i czekanie na zamążpójście wydaje się dzisiaj kompletnym archaizmem, wręcz patologią. W tej sytuacji taka młoda żeńczyna, jeśli prędko nie trafi na mężczyznę, który zaopiekuje się nią (co też nie jest proste, zważywszy na współczesne wychowanie), prawdopodobnie już wkrótce zabrnie zbyt daleko w swej samodzielności, by stworzyć harmonijną relację z mężczyzną. I nawet jeśli zwiąże się z kimś, to wcześniej czy później zostanie samotną mamą. Toteż bynajmniej nie obwiniam żeńczyn za to, co się dzieje. One w większości nie są niczego świadome. Po to właśnie powstają teksty takie jak ten – aby obudzić świadomość.

Prawa wszechświata jak zawsze działają z doskonałą precyzją. Nie ma na co czekać, samotne żeńczyny – nie rozglądajcie się za księciem z bajki. Jeśli macie coś, co według naturalnego porządku do Was nie należy, oddajcie to mężczyźnie, który według Was na to zasługuje. Mężczyzna sam do Was nie przyjdzie, bo zwyczajnie nie będzie miał czego u Was szukać, nie będzie czuł się potrzebny. Nie zwlekajcie i nie dumajcie, odrzućcie pychę, wsłuchajcie się w swoją intuicję. Być może wyda się to kompletnym szaleństwem, lecz tak naprawdę jest nim przede wszystkim żeńczyna mknąca sama przez świat. To droga donikąd, dla Was i dla świata. I nie będzie tak jak na filmach czy w książkach, nie okaże się, że „to kobiety są mądrzejsze”, to kłamstwo. Ocknijcie się, chodzi o Waszą ewolucję.

Żdan Borod

Słowiańscy Bogowie i Boginie. Kosmologia aryjska, cz. II

Bogowie słowiańscy

Wpis autorstwa Nażyra Ludowita.

Artykuł ten ma być zwięzłym uporządkowaniem wiedzy na temat słowiańskich Bogów. Informacje do niego czerpane były w dużej mierze z książek Koszuny Finista Aleksieja Trehlebowa oraz Mitologia Słowian Czesława Białczyńskiego, a także z szeroko pojętej literatury ezoterycznej. Autor artykułu rozumie Bogów jako pierwotne byty, które wyłoniły się w momencie Stworzenia. Ostatecznie jest więc tylko Najwyższy Bóg (Rod) i Jego Stworzenie. Stworzenie ma wiele poziomów, a ostatnim z nich, najbardziej zagęszczonym i skondensowanym, jest Przyroda (ta, która jest przy Rodzie), czyli Rodżana (żona Roda, materia „opleciona” wokół Boga, uporządkowana przez Niego). Królem Boskiego Stworzenia jest zaś Człowiek. Zawiera on w sobie wszystkie energie Wszechświata – wszystkie Świetliste energie utrzymujące Świat w ładzie (władające nim) obecne są w Człowieku.

Jeśli chodzi o różne imiona Bogów, szczególnie te zaczerpnięte z tradycji wedyjskiej, to należy zaznaczyć, iż podane są one czasami jako synonimy, a czasami jako aspekty danego bytu lub energie blisko z nim związane. Autor artykułu nie jest bynajmniej specjalistą od literatury wedyjskiej i nie posiada wiedzy o wszystkich filozoficznych niuansach, jakie są w niej zawarte; jednakże pewne związki i analogie między pojęciami wydają się dość oczywiste.

Niniejszy teskt, a tym bardziej załączony do niego schematyczny wykres, celowo sporządzone są w sposób uproszczony – mają służyć bowiem pomocą w uporządkowaniu podstawowych pojęć, stworzenia kręgosłupa, fundamentów słowiańskiego obrazu Świata. Życie we Wszechświecie jest bardzo bujne, bardzo bogate, toteż można by takie „drzewo Bogów” rozwijać niemal w nieskończoność dodając do niego byty pomocnicze, energie pokrewne, rozróżniać różne aspekty tych bytów, itd. U Czesława Białczyńskiego na przykład istnieje 88 lub 89 Bogów, a do tego ogromna liczba innych stworzeń (jak chociażby różnorakie duchy przyrody) – oddaje to dobrze obfitość, jaka panuje wśród Boskiego Stworzenia.

Na koniec wstępu chciałbym przypomnieć jeszcze słowa Aleksieja Trehlebowa, że mitologie są bajkami opowiadanymi różnie w róznych stronach, a sam słowiański obraz życia cechuje brak dogmatyzmu. Nie ma więc sensu spierać się o szczegóły i pojęcia (które są poniekąd istotne, bo niosą ze sobą znaczenia; należy jednak pamiętać, iż stanowią one jedynie intelektualną interpretację rzeczywistości, która poza intelekt wykracza). Jeśli ten artykuł pomoże uporządkować informacje, połączyć ze sobą różne – czasami na pozór nieprzystające do siebie – koncepcje, rozjaśnić świat Bogów dla kogoś, kto czuje się pośród natłoku pojęć zagubiony – autor będzie więcej niż rad.

Rozważmy kolejno poziomy Boskiego Stworzenia (Prawi, Sławi, Nawi i Jawi) przyjmując, że Pierwszym Stwórcą i Początkiem Wszystkiego jest Rod – Najwyższy Bóg, Pierwotne Światło, Jeden Bez Wtórego, Ra, Brahman (w Wedach Słowiano-Aryjskich: Ra-M-Ha). On jest wszystkim, co istnieje – nie ma czegoś, co by Nim nie było, a zarazem nic nie jest Nim w całości.

Prawi

Świętowit – Świadomość Kosmiczna, Brahma, Purusza, Białobóg, Ramhat, Duch, esencja energii jang. W człowieku: ciało atmiczne (atman).

Żywia – Pierwotna Energia, Ocean Kosmicznej Informacji, Siwa, Prakriti, Czarnobóg, Inglia, esencja energii jin. W człowieku: dusza (dźiwa).

Dusza w człowieku, według Bhagavadgity, umieszczona jest na poziomie serca i ma średnicę jednej dziesięciotysięcznej grubości włosa. Jest to właśnie pojedyncza kropelka pobrana z tego oceanu kosmicznej infomacji (cała informacja jaka kiedykolwiek istniała i będzie istnieć we wszystkich rzeczywistościach), stąd np. w inglizmie mówi się, że bogini Żywia daje każdemu przy narodzinach duszę.

Warto zatrzymać się na chwilę przy hinduistycznym Siwie. Płciowość Bogów jest poniekąd umowna, nie jest jednak przecież bez znaczenia. Bóstwa władające energią jang zwykło się przedstawiać jako męskie, energią jin jako żeńskie. Można założyć, że męskość Siwy została przyjęta po to, aby utrzymać patriarchalny obraz religii, która w istocie czci na pierwszym miejscu element żeński. Aby – pomimo zmiany płci – zachować u Siwy żeńskie atrybuty, przydano mu żonę Śakti, która ma kilka postaci, m.in. Kali i Parwati. Symbolizuje to władanie żeńską energią. Był to z pewnością już ten etap, kiedy zarówno świadomość ludzka, jak i stosunki społeczne zaczęły ulegać degeneracji. Sama Pierwotna Energia, Ocean Kosmicznej Informacji, jest niejako chaosem. Dopiero element jang – Świadomość, rozróźnia i porządkuje tę informację (z kolei bez Pierwotnej Energii nie mogłoby powstać Życie; Żywia jest niejako dawczynią budulca, z którego życie powstaje). Demony czczą chaos, odrzucają Świadomość. Stąd właśnie powstały niektóre wynaturzone, demoniczne formy siwaizmu (podobnie złowrogi charakter zdaje się mieć Czarnobóg). Oczywiście nie ma nic złego w czczeniu bogini Żywii, wręcz przeciwnie. Jednakoż, jak to dobrze ujął Trehlebow: należy podlewać całe drzewo, a nie pojedyncze listki czy gałęzie.

Wyszeń – Kosmiczna Inteligencja, Kosmiczny Umysł, Wisznu, Mahat. W człowieku: ciało buddyczne (buddhi, czyli ciało inteligencji). Wyszeń, łącząc energie jin i jang, tworzy nasz Wszechświat.

Te trzy Bóstwa świata Prawi tworzą słowiańskiego Trygława (i analogicznie Trimurti w hinduizmie).

Sławi

Świat Sławi jest rozwinięciem (czyli odbiciem na kolejnym, bardziej zróżnicowanym informacyjnie poziomie) najbardziej pierwotnych, podstawowych praw zapisanych w świecie Prawi. Świat Sławi zamieszkuje wielu Bogów, można by powiedzieć, że ile ciał niebieskich, tylu Bogów. Wielu z nich zajmuje się tworzeniem własnych egregorów. W człowieku narzędziem służącym do poruszania się w polu informacyjnym świata Sławi jest ciało przyczynowe (kołubie). Pierwsi Bogowie świata Sławi, władający (tzn. utrzymujący w ładzie) naszą rzeczywistością to:

Swaróg – władca naszej Galaktyki, jest odbiciem (synem) Wyszenia w naszym świecie.

Dadźbóg – Słońce, władca Układu Słonecznego.

Perun – władca energii elektrycznej (światła elektrycznego), niektórzy wiążą go z kryształem-jądrem Ziemi. Jest opiekunem wojowników oraz męskich cech i zajęć w ogóle.

Łada – rdzeń la oznacza duszę, miano „Łada” można by więc również rozumieć jako „dająca duszę” – tutaj już na kolejnym poziomie. Jest ona przejawieniem żeńskiej energii jin w świecie Sławi, opiekunką żeńczyn i żeńskich przymiotów, takich jak piękno, uczucia, łagodność. O kimś, kto ma te energie zablokowane w sobie mówi się, że jest „bezduszny”.

Mokosz – władczyni losu, czyli prawa karmy. Jeśli człowiek osiągnie stan wyzwolenia od karmy (tzn. włada własną karmą), mówi się, iż osiągnął świadomość Mokoszy, czyli mokszę. Mokosz jest również opiekunką kobiecych zajęć. Jej córki-asystentki to Śrecza (Dola, bogini dobrego losu i pomyślności) oraz Nieśrecza (Niedola).

Nawi

Świat Nawi jest światem energetycznie wtórnym, to znaczy energia znajdująca się w tym świecie pochodzi albo z poziomu wyższego świata Sławi (naprzykład kiedy Bogowie tworzą swoje egregory, w świecie Nawi powstają odpowiadające im obszary – rajskie krainy różnych religii itp.), albo z poziomu Jawi (ludzie zasilają świat Nawi swoimi wyobrażeniami oraz emocjami). Władanie światem Nawi odbywa się więc z wyższego wibracyjnie (energetycznie) świata Sławi.

Nawi dzieli się na dwa poziomy: wyższy i niższy (lub męski i żeński).

Wyższy poziom to tzw. świat mentalny, świat obrazów, wyobrażeń. Władcą energii tego świata jest Weles. Do poruszania się w obszarze tego świata służy człowiekowi ciało mentalne (kłubie). Weles uważany jest więc zarówno za Boga bogactwa (oraz bydła, które niegdyś było uważane za wyznacznik statusu materialnego) – jako że ciało mentalne Człowieka odpowiednio użytkowane w istocie jest swoistym narzędziem „spełniającym życzenia”, jak i łącznika z Przodkami i ich mądrością (jako że Wyższe Nawi zamieszkiwane jest przez wielu czcigodnych Przodków naszych). W części świata mentalnego zwanej Kroniką Akaszy zapisana jest zaś cała informacja o dziejach naszego Świata.

Nizszy poziom to tzw. świat astralny – świat emocji (w odróżnieniu od wyższych wibracyjnie i czystych uczuć). Człowiek porusza się po jego obszarze za pomocą ciała astralnego (ciała nawi). Światem tym włada bogini Mara. Stąd uważa się ją za władczynię upiorów i duchów, chociaż niższe Nawi, czyli świat astralny, również ma swoje poziomy energetyczne i nie wszystkie duchy go zamieszkujące są koniecznie upiorami czy demonami. Przyjęło się również uważać Marę za boginię śmierci, jako że jest to pierwszy z subtelnych światów, do którego wędrują dusze po śmierci. Przechodzą tam one oczyszczenie karmy. Toteż święte dusze (czyli te, które nie nagromadziły podczas wcielenia ciężkiej energii astralnej), zaglądają tam na bardzo krótko albo wcale i wędrują do światów mentalnego lub wyższych. Niektóre zagubione dusze potrafią błąkać się po astralnych krainach całe wieki, a czasami jakiś fragment duszy może pozostać w świecie astralnym nawet po wcieleniu się reszty energii duszy w nowe ciało fizyczne. Faktem jest też, że świat astralny jest ze wszystkich światów energetycznych najbardziej nietrwały i iluzoryczny. Nazwa „marzenia” odnosi się właśnie do czegoś nierealnego, złudnego, ulotnego (chociażby marzenia senne, które zazwyczaj są właśnie błąkaniem się po krainach świata astralnego, jakkolwiek istnieją oczywiście sny zawierające informacje z wyższych energetycznie poziomów).

Swoistym łącznikiem między światami Nawi i Jawi jest Bóg Księżyca, Chors. Aktywność Księżyca ścisle związana jest właśnie z mentalną i emocjonalną sferą funkcjonowania Człowieka. Księżyc w dużym stopniu reguluje również ziemską biosferę, która jest niejako psychiczną energią Ziemi.

Pomimo tradycyjnego przeciwstawienia sobie Słońca i Księżyca jako jang i jin, energia księżycowa jest jednak energią słoneczną, energią jang – tyle, że w jej aspekcie jin (dlatego Chorsa uznaje się nieraz za bóstwo słoneczne). Jeśli istnieje biegun jin dla słonecznej energii jang, to jest nim energia Ziemi, a nie Księżyca. Dlatego w tradycji słowiańskiej Bogiem Księżyca jest męski Chors (w przeciwieństwie np. do rzymskiej Luny czy greckiej Selene).

W tym miejscu chciałbym jeszcze usprawiedliwić nieobecność na powyższym „drzewie” prominentnego poniekąd w słowiańskich kręgach Boga Kryszenia, chociaż w jego temacie panuje niejakie pomieszanie (naprzykład Aleksiej Trehlebow w Koszunach Finista utożsamia go z Koładą, a Czesław Białczyński w pierwszym tomie Mitologii Słowian – z Kupałą). Według Bhagavadgity Kriszna (dość zgodnie uważany za słowiańskiego Kryszenia) jest wcieleniem Wisznu, czyli Wyszenia, a więc w tym wypadku nie za bardzo jest sens uważać go za odrębne bóstwo. W innej swojej wypowiedzi Trehlebow tłumaczy, iż Kryszeń jest młodym Bogiem świata Sławi, i ta wersja wydaje się przekonująca, jest ona zresztą w grunice rzeczy zgodna również z przesłaniem Bhagavadgity. Jak wspomniałem, świat Sławi zamieszkuje wielu Bogów, w tym także Bogów młodych, którzy często zajmują się tworzeniem własnych wyznań i egregorów. Kryszenia można więc za takiego „awatara” uważać i chyba (zachowując cały szacunek do jego postaci) nie ma sensu nadawać mu jakiegoś szczególnego miejsca na drzewie Bogów. Idąc tym tropem mogliby się na nim pojawić również chociażby Jezus i Budda. A swoją drogą, mnie osobiście zastanawia pokrewieństwo tych trzech wyrazów: Chors, Kryszeń, Chrystus. Wszystkie można połączyć wspólnym rdzeniem krs lub chrs, którą to wymienność dość łatwo uzasadnić. Być może jest to kombinowanie, ale jako Słowianin zwracam uwagę na słowa. Kṛṣṇa w sanskrycie znaczy czarny, a samo to słowo odnosi się również do ubywającej fazy Księżyca właśnie. Zarówno Kriszna jak i Chrystus byli założycielami religii, które w istocie są kultami księżycowymi. Chociaż Jezus, którego imię oryginalnie brzmiało Isa, nie założył chrześcijaństwa ani islamu, to jednak jego nauki – nawet jeśli bardziej lub mniej zniekształcone – legły u podstaw obu. Poza tym wszystko wskazuje na to, iż jego celem było właśnie stworzenie „białomagicznej” religii dla Żydów, która miałaby im zastąpić dotychczasowy czarnomagiczny judaizm.

Jawi

Człowiekowi do funkcjonowania w świecie Jawi potrzebne są dwa wehikuły: ciało jawne (fizyczne) oraz ściśle z nim powiązane ciało energii (eteryczne, ogniste, praniczne, ciało żagie).

Głównymi władcami (czyli, przypomnijmy raz jeszcze, utrzymującymi go w ładzie, w równowadze) świata Jawi jest czterech Bogów stron, pór i żywiołów (elementów). Nazywa się ich więc również władcami czasu i przestrzeni.

Kołada – jest Bogiem zimy, północy, oraz żywiołu wiatru/powietrza/gazu.

Jaryło – Bóg wiosny (stąd np. rośliny jare), wschodu (kojarzony również ze wschodem Słońca, a także odrodzeniem się Słońca na wiosnę – uznawany więc często za bóstwo słoneczne), oraz żywiołu ognia (wyrażenia: jarać, jarzyć)/światła.

Kupała – Bogini lata, południa, żywiołu wody/cieczy.

Siem (czyli nasza Mateńka Ziemia) – to Bogini jesieni (w czasie jesieni zaczyna dominować energia jin związana z Ziemią, a Przyroda oddaje Ziemi materię, aby powstało z niej nowe życie), zachodu, żywiołu ziemi/ciała stałego.

Żywioły materialne można również połączyć ze zmysłami, których jest pięć. Piątym żywiołem zaś według nauki wedyjskiej jest eter. Utrzymuje on cztery główne elementy w równowadze. Włada nim Bogini Rodżana (Przyroda), ona też czuwa nad harmonijnymi zmianami pór roku (około dwutygodniowe okresy przejściowe między porami). Jeśli chodzi zaś o przestrzeń, to opiekuje się ona środkiem, centrum, miejscem tutejszym. Można powiedzieć, że jest ona zwierzchniczką Bogów stron, pór i żywiołów. Włada ona energią życiową (prana), którą przepełniona jest cała Przyroda.

W ten sposób całe Boskie Stworzenie zawiera się między Rodem a Rodżaną – między Bogiem i ostatecznym ogniwem Jego Stworzenia – Przyrodą. Najdoskonalszym stworzeniem pośród Przyrody, obrazem Boga wśród niej – jest Człowiek.

Nażyr Ludowit

Męska decyzja? Czym poi się kobiety

zapatrzone dziewczęta

Losy mężczyzny i żeńczyny diametralnie różnią się z natury. Umożliwia to zbieranie duszy odmiennych doświadczeń we wcieleniach męskich i żeńskich, wypracowywanie zupełnie innych cech, pojmowanie dwóch spolaryzowanych aspektów Boskości. Współczesne sytuacje mężczyzny i kobiety, choć polityka zrównywania płci zdawałaby się temu przeczyć, także rysują się w zróżnicowanych barwach, chociaż z naturą nie ma to już nic wspólnego.

Mężczyźni znaleźli się dziś w dość skomplikowanym położeniu. Z jednej strony bowiem nadal wymaga się od nich przejawiania typowo męskich cech. Mężczyzna nie powinien być zatem jakimś tam niemrawym „pizdusiem”, ale „konkretnym facetem”, który wie czego chce i potrafi podjąć męską decyzję. To jak najbardziej da się zrozumieć. Sęk w tym, że ów spoczywający na mężczyźnie obowiązek nie idzie dziś w parze z prawami, jakie męskiej płci przynależą, a które są niezbędne do pełnego i prawidłowego przejawiania się męskości. Chodzi przede wszystkim o prawo do przestrzeni. Sprawa ma wiele aspektów, gdyż można rozważać tu poziom społeczny, gospodarczy, polityczny czy energetyczny.

Przestrzeń to element żeński. Na płaszczyźnie społecznej to żeńczyny stwarzają przestrzeń mężczyźnie. Obecnie wygląda to bardzo krucho, czego z niewiedzy prawie nikt nie zauważa. Żeby za dużo nie filozofować, a zobrazować rzecz prostym przykładem, wróćmy do wspomnianej „męskiej decyzji”. Ostatnio koleżanka z pracy zadała mi pytanie wymagające określenia się. Gdy zacząłem się zastanawiać, już po około dwóch sekundach padły słowa: „No, raz, dwa, męska decyzja”. I w tym właściwie widać kwintesencję współczesnych relacji damsko-męskich. W pewnym sensie to dość zabawne. Od mężczyzny oczekuje się przeto podjęcia męskiej decyzji, świetnie. Ale proszę, tu niespodzianka – jak i kiedy ta „męska decyzja” ma być podjęta, będzie dyktować mężczyźnie kobieta! Tego typu schematy mają swoje źródło w dzieciństwie, zwłaszcza z uwagi na przerzucenie głównej odpowiedzialności wychowawczej na kobiety.

Niesie to ze sobą koszmarne skutki. Otóż chłopcy są przez swoje mamy nie tylko rozpieszczani (co jest naturalne), lecz również strofowani i karani. Nie należę bynajmniej do zwolenników „bezstresowego wychowania”. Jednak reprymenda udzielona chłopcu przez mamę, nianię czy nauczycielkę dosłownie kaleczy jego psychikę. W ten sposób indukuje mu się po prostu zgodę na pouczanie i poniżanie przez kobietę. Podobne rany pozostają w psychice dziewczynek, jeśli staną się one świadkami takich scen. W ich podatnym, młodym umyśle szybko kształtuje się przekonanie, że mężczyzna powinien być (im, kobietom) posłuszny. Można nim dyrygować i rozkazywać mu, a w przypadku niesubordynacji karać. Jak w takim wypadku marzyć o jakimkolwiek autorytecie mężczyzny? W dorosłym życiu wzorce te wspomaga odpowiednie ustawodawstwo.

Rzeczywistość polityczno-gospodarcza również nie pozostawia mężczyźnie wielkiego pola do popisu. Początki takiego stanu rzeczy sięgają czasów feudalnych, natomiast od czasów forsowania „równouprawnienia” sytuacja przedstawia się wręcz katastrofalnie. Mężczyznom każe się współzawodniczyć z kobietami, co reprezentuje podobny stopień abstrakcji, jak rozważanie „męskiej ciąży”. Oczywiście, na skutek powszechnego otępienia mało kto w ogóle to dostrzega. Niestety, choroba nie robi się mniej dotkliwa tylko dlatego, że nikt jej nie widzi. Ciekawa statystyka: 90% bezdomnych to mężczyźni. No tak, bo mężczyźni przecież chleją, myślą tylko o jednym i nic im się nie chcę, więc nie ma co się dziwić… Mnie natomiast zastanawia, gdzie przyczyna, gdzie skutek.

W państwach, w których mężczyzna musi z trudem walczyć o prawo posiadania własnej ziemi, bądź gdzie takie prawo jest zagrożone (czyli współcześnie prawie wszędzie), mężczyźni nie obejmują roli przywódcy, wycofują się. Już wcześniej przestrzeń mężczyzny bywała zagrożona przez nieuczciwe zasady, możliwość zagarnięcia nie tyle przez silniejszych, co przez bardziej uprzywilejowanych mężczyzn. Dzisiaj mężczyzna może zostać wyparty przez kobietę, co stanowi już apogeum wynaturzenia.

To ogólne skrzywienie, a wręcz postawienie rzeczy na głowie, doprowadziło nawet w ostatnich latach do powstawania organizacji walczących o „prawa mężczyzn”, cieszących się wsparciem także niektórych kobiet. I chociaż ich postulaty należy uznać za słuszne, działalność taka zakrawa na pewien paradoks. Upominanie się o swoje prawa jest bowiem dla mężczyzny samo w sobie upokarzające, jak więc ma doprowadzić do odbudowania męskiej mocy?

A sytuacja żeńczyn? Jest zagmatwana w równym stopniu, choć zupełnie inna. I co interesujące: bardzo wielu kobietom wydaje się, że znacznie lepsza, niż dawniej. Dzieje się tak dlatego, że współczesnym niewiastom za wzór postanowiono… mężczyzn. Przekaz, jaki płynie do nich od najmłodszych lat jest mniej więcej taki: jeśli pokażesz, że potrafisz to, co mężczyzna, że nie jesteś gorsza od mężczyzn, jeśli będziesz robić to, co dawniej było zarezerwowane tylko dla mężczyzn – będziesz spełniona i szczęśliwa. Większość kobiet, oczywiście, uwierzyła w to. Dawna mądrość mówi, że kobieta jest istotą, którą łatwo oszukać (dlatego mężczyzna powinien ją chronić). Kobiety właśnie tym się dziś „nakręcają” – niezależnością i rozwojem kariery. Czasami oznacza to piastowanie poważnych stanowisk politycznych, czasami samodzielne prowadzenie gospodarstwa, czasami tylko ślęczenie w korporacji, ale – grunt, że można żyć „po męsku”! Na to wprawdzie został przeznaczony czas w męskich wcieleniach, żeńskie są od rozwoju zupełnie czego innego… Tak, lecz kwestia duszy jest w dzisiejszych czasach na tyle niepewna, że lepiej korzystać, póki się da. I – jak napisała Masłowska – pić z tej uciętej ręki, bo później nie będzie.

Ze słowiańskimi pozdrowieniami

Żdan Borod

Jedyne źródło Wiedzy – Świadomość

błysk światła

Poniższy wpis skierowany jest do osób zainteresowanych wzrostem Świadomości, który wiąże się m.in. z porzuceniem autorytetów. Jeżeli nie czujesz się na to gotowy i wolisz pozostać przy tym, czemu ufałeś do tej pory – być może lepiej będzie, jeśli zaniechasz lektury. Z drugiej strony – trafiłeś tu nie przez przypadek. Wybór należy do Ciebie.

Przekazując w świecie wirtualnym różnego rodzaju informacje (głównie dotyczące natury człowieka i wszechświata), spotykam się dość często z pytaniami o dowody na głoszone przeze mnie teorie, bądź też z otwartą krytyką i zarzutami o brak naukowych podstaw dla moich wywodów. Aby sensownie odpowiedzieć na takie reakcje, należałoby na początku wyjaśnić, co rozumiemy przez „naukowe podstawy” oraz „dowody”. Odnoszę bowiem wrażenie, iż pojęcia te są używane przez dyskutantów zupełnie bezrefleksyjnie czy wręcz odruchowo.

Istotę tego, co nazywamy dziś nauką, opisywałem już w tekście Racjonalizm dla naiwnych – nauka jako forma okultyzmu. Z pewnych powodów tzw.nauka została uznana przez większą część społeczeństwa za jedyne obiektywne narzędzie poznania rzeczywistości. Ludzie ci nie zauważają ani ograniczeń metod naukowych, ani braku konsekwencji i ciągłości myśli naukowej. Nie dostrzegają, że powszechnie przyjęte poglądy naukowe podlegają nieustannym zmianom, często w końcu zaprzeczając sobie samym; nie widzą też związku tych zmian z władzą, polityką, religią i inżynierią społeczną.

Na początku XX w. wiele osób żywiło przekonanie, jakoby nauka zaszła już tak daleko, że niebawem nie pozostanie przed nią żadna tajemnica, a człowiek rychło dzięki niej zrozumie najdrobniejsze niuanse funkcjonowania świata. Podobnie zresztą działo się w dobie renesansu i oświecenia, przy czym w ówczesnej nauce odnaleźć można znacznie więcej pierwiastków duchowych. Współczesna nauka upadła natomiast całkowicie do poziomu materializmu, co uważa się za oznakę postępu i ostateczne uwolnienie od nieracjonalnych przesądów.

Tymczasem osoby kurczowo trzymające się autorytetów naukowych są w praktyce kolejnymi owcami, które zawierzyły swoim duszpasterzom. Sutannę zastąpił laboratoryjny kitel czy rektorska toga, łacinę – skomplikowana terminologia, zaś Biblię… głównie Wikipedia. To wirtualne medium, początkowo traktowane przez „intelektualistów” z dystansem, stało się dziś – nie oszukujmy się – powszechną wyrocznią. Wygląda to podobnie, jak w przypadku Facebooka – jeżeli czegoś nie znajdziemy na Wikipedii, to znaczy, że coś takiego nie istnieje.

Niestety, do tego sprowadza się dziś „podejście naukowe”. Oczywiście, zdarzają się osoby drążące głębiej, sięgające do szerszych opracowań, książek, źródłowych publikacji. Ale to znowu jedynie obsesja na punkcie „źródeł pisanych”. Czy przekaz rzeczywiście staje się bardziej wiarygodny przez to, że ktoś kiedyś go zapisał? Czy w jakikolwiek sposób świadczy to o jego autentyczności? Odnosi się to zarówno do publikacji naukowych, jak i dawnych annałów czy świętych ksiąg.

Kwestia fiksacji na źródłach pisanych dotyczy bowiem nie tylko entuzjastów wiedzy akademickiej, lecz w podobnej mierze miłośników dyscyplin „paranaukowych”, „nauki alternatywnej” czy „teorii spiskowych”. Tutaj także kryterium prawdziwości stają się jakieś zakazane czy zatajone kroniki, szmaragdowe tablice, ewentualnie Wedy. Bo ktoś napisał, a w każdym razie ktoś powiedział, że ktoś tak napisał…

Rozważanie kwestii autentyczności źródeł i przekazów nieuchronnie prowadzi do wniosku, że nie istnieje żadna obiektywna i uniwersalna metoda sprawdzania wiarygodności informacji. U podstaw każdego przyjętego poglądu leży wiara w autorytet. Nie istnieją więc żadne „dowody”, a możemy mówić tylko o „argumentach”, które jednych przekonają, drugich rozśmieszą, jeszcze innych pozostawią zupełnie obojętnymi.

Taka konstatacja wydaje się straszna. Czy rzeczywiście skazani jesteśmy na wieczną niepewność, na wątpliwe dokopywanie się do prawdy, która może kiedyś okazać się kompletną iluzją? Ten stan rzeczy zadowala z kolei wielu nihilistów. Skoro nie da się nijak udowodnić prawdy, to i nie warto specjalnie zastanawiać się nad życiem, szukać nie wiadomo czego, dążyć do jakiejś wyimaginowanej doskonałości. To znowu prosta droga do skrajnego materializmu. Dlatego nihiliści, bardziej lub mniej świadomie, i tak kierują się w życiu tym, co dyktuje oficjalna czy nieoficjalna nauka. W gruncie rzeczy nie da się wyrzec wszelkich poglądów i przekonań, gdyż nawet brak przekonań jest jakimś przekonaniem.

Oto skutki odcięcia człowieka od Boskości: efekty utrwalonej przez stulecia i tysiąclecia wiary, jakobyśmy byli oddzieleni od Boga, źródła wszelkiej mądrości. To jedyny powód, dla którego ludzie szukają potwierdzeń, dowodów, sprawdzonych źródeł, autorytetów. To czas nocy Swaroga, kiedy gaśnie światło Świadomości, a ludzkość błądzi po omacku, chwytając się czegoś, co wydaje się stabilne. No tak, ale to brzmi znowu jak bajki, nieprawdaż? Jaki Bóg? Czy na Jego istnienie są w ogóle jakiekolwiek dowody?

Dowodów nie ma na nic. A jednocześnie – dowody na wszystko, co zechcesz, możesz znaleźć wszędzie. Wiedza jest w nas i wokół nas, wystarczy po nią sięgnąć. Wiedza nie bierze się stąd, że ktoś coś powiedział, czy napisał. Prawdziwa Wiedza pochodzi ze Świadomości, ze zrozumienia Wszechświata, pojęcia wszystkiego, czego doświadczamy, czym jesteśmy i co nas otacza. Tego nie da się nauczyć z książek ani od nauczycieli, choć mogą to być katalizatory aktywujące i otwierające Świadomość.

Tak naprawdę nie ma znaczenia, z jakiego źródła pochodzi informacja – liczy się jej jakość. Prawdziwa Wiedza to informacja najwyższej jakości. Nie znajdziesz jej w żadnej książce, chociaż niektóre z książkowych informacji posiadają jakość bardzo wysoką. Jednak martwa litera siłą rzeczy „usztywnia” i zniekształca najwyższą mądrość. Dzieje się tak również dlatego, że obecny sposób zapisywania słów i informacji odbiegł bardzo daleko od doskonałości – został zdegradowany. Skrupulatny dobór wyrafinowanego słownictwa, tak charakterystyczny dla „naukowych” publikacji, tym bardziej pogarsza sprawę, gdyż mądrość nie polega na używaniu mało zrozumiałych wyrazów.

Informacja może przyjść do Ciebie z zewnątrz lub pojawić się wewnątrz Ciebie. Pierwsza droga to jin, druga – jan(g). Jednak nawet jeśli informacja przychodzi z zewnątrz, to musi zostać odebrana i zweryfikowana przez Twoją Świadomość. Od poziomu Twojej Świadomości zależy, jakie informacje do Ciebie docierają, które z informacji będziesz przyswajał, a które nie. To zupełnie tak, jak z jedzeniem.

Jedzenie to również informacja, którą rozszyfrowuje nasz układ trawienny i według której funkcjonuje nasze ciało. Dlatego właśnie możliwe jest życie bez jedzenia. Informacje, które czerpiemy przez przewód pokarmowy możemy pobrać z innych źródeł, albo wytworzyć sami. Swoją drogą – jedzenie zazwyczaj wywiera bardzo silny wpływ na świadomość. Zmień styl odżywiania, a zmieni się Twoja świadomość. Zmiana pokarmu na lżejszy i bardziej naturalny pomaga przyswajać informacje wysokiej jakości, których ludzie będący na ciężkiej diecie (a więc i o ciężkich umysłach) nie są w stanie zrozumieć (stąd to ciągłe żądanie „dowodów”).

Najwyższej jakości informacja płynie do nas ze Słońca. Poeksperymentuj ze spoglądaniem w Słońce, a zauważysz, że po jakimś czasie zaczną pojawiać się w Tobie olśniewające idee. Podobne efekty daje medytacja. Doskonałym źródłem najwyższej jakości informacji jest obserwacja i kontemplacja Przyrody. Ponieważ ujawnia się w niej pierwotny, czysty Boski Zamysł, pozwala ona na zrozumienie Boskiej Doskonałości.

Zaakceptuj, że cały Wszechświat jest dla Ciebie najwyższym nauczycielem i wykorzystuj każdą chwilę na rozwój Świadomości, poznawanie Prawdy i Natury rzeczy. Wtedy staniesz się też prawdziwym naukowcem. Niektórzy nazywają to jogą, czyli najwyższą, doskonałą, pierwotną formą nauki. Nie daj się zwieść – joga to nie to, co piszą o niej w książkach.

To Twoja Świadomość tworzy otaczający Cię świat, toteż w rzeczywistości nie ma innego źródła Wiedzy poza Twoją Świadomością. To, co pojawia się na zewnątrz, pojawia się w Twojej Świadomości.

Proponuję, byś nie wierzył w nic, co zostało tu napisane. Doświadczaj, obserwuj, odczuwaj, pojmuj. Życzę Ci radosnego wzrostu Świadomości. Aum.

Żdan Borod

Męska solidarność – fundament rodu i narodu

Męska solidarność siłą rodu i narodu!

Jakiś czas temu poczytność w sieci zyskał tekst pod tytułem: Kobieta słabego mężczyzny zawsze będzie go gnębić. Niby to takie zasadnicze postawienie spraw damsko-męskich, któremu nie można zarzucić politycznej poprawności czy transgenderowej nijakości – mężczyźni mają być silni, a o to przecież nam chodzi.

Idea takiego podejścia nie wybiega jednak poza odziedziczony w wychowaniu europejskim pakiet relacji demonicznych. To właśnie rola demonów: uderzać w nasze słabości i tym samym motywować do rozwoju. Ale chyba nie w tym rzecz, aby żeńczyny stawały się demonami?

Słowiańska mentalność jest zupełnie inna. Nie upajamy się dowalaniem słabszemu. A już na pewno nie będą tego robić nasze żeńczyny, które są uosobieniem miłości i dobroci.

Wszyscy jesteśmy jednym, jesteśmy słowiańskim rodem. Mężczyźni wspierają się wzajemnie. Jeśli któremuś brakuje siły, inni dzielą się z nim duchową mocą, wiedzą, treningiem.

Co zaś może żeńczyna? Nie wszystkie kobiety słabych mężczyzn gnębią swoich wybranków. Przyjął się u nas również wzorzec siłaczki, która bierze na swoje barki wszystko, czemu nie podoła mężczyzna. To droga donikąd! Można powiedzieć, że dużo tu miłości, ale brakuje żeńskiej mądrości. Albo po prostu nie widać innego wyjścia, gdyż rodzina i społeczność znajduje się w rozsypce.

Mężczyznę może wychować tylko mężczyzna. Dlatego tak ważna jest w społeczeństwie odbudowa męskiej solidarności. Nie jakiegoś tam przymierza plemników czy samców alfa, a solidarności mężczyzn! Nie mam też na myśli jedności budowanej na spirytusie, bo to raczej kiepski fundament.

I kiedy my, mężczyźni, będziemy wzajemnie wspomagać nasz rozwój, kiedy pozwolimy na wspólny rezonans tej potężnej, męskiej siły – wtedy nasze żeńczyny przestaną się o nas martwić, przestaną wchodzić nam w drogę, przestaną nas wychowywać, wyręczać, pouczać, krytykować, gnębić, i będą znowu mogły nas tylko kochać.

Żeńczyny – kochajcie nas! Mężczyźni – rośnijmy w siłę!

Sława!

Żdan Borod

Jak rozpoznać Aryjczyka? Przegląd antropologii fizycznej

antropometria

Odmienność ras i różnorodność typów ludzkich to temat tak fascynujący jak rozległy: odzwierciedlają się w nich bowiem niezmierzone, niezbadane, pełne tajemnic i niezwykłych wydarzeń dzieje człowieka, które na przestrzeni milionów lat doprowadziły do powstania rozmaitych plemion i narodów.

Dziedziną niezwykle pomocną w zgłębianiu losów ludzkości wydaje się antropologia fizyczna. Jak każda nauka dąży ona do możliwie ścisłej systematyzacji na podstawie powtarzalnych doświadczeń. Dokonania antropometrii potrafią na pierwszy rzut oka wzbudzić zachwyt: oto wspaniale uporządkowana wiedza – spójrzmy choćby na rasę białą: typ kromanoidalny, nordycki, teutoński, bałtycki, celtycki, alpejski… Pięknie, tylko… co z tego? To tak, jakby utworzyć katalog roślin z dokładnymi rysunkami i mądrze brzmiącymi nazwami łacińskimi, ale nadal nie mieć pojęcia, jakie są właściwości tych gatunków i ich rzeczywiste znaczenie dla człowieka i przyrody.

Systematyka antropologiczna niewiele daje bez kontekstu dziejowego; skąd zaś wziąć jego odpowiednie, niewypaczone źródła? Prawie całą pisaną historię można na dobrą sprawę wyrzucić do kosza – sięga ona w głąb dziejów nieprzyzwoicie płytko, stanowi zbiór nieskładających się w logiczną całość przypuszczeń, naciąganych teorii zbudowanych na podstawie poszlak i powierzchownie interpretowanych znalezisk, zwyczajnej propagandy oraz fragmentarycznych faktów. Podobno niegdyś istniały jakieś bardziej wiarygodne zapisy, które zostały zniszczone, aby ludzkość nigdy nie poznała prawdy. Swoją drogą – nie ma czego żałować: napisać da się bowiem zawsze – wszystko, czy to współcześnie na blogu, czy tysiące lat temu na kamieniu. Warto uczyć się, że jedyną niezniszczalną księgą jest pamięć ludzka, przekazywana z pokolenia na pokolenie. A nawet jeśli ten łańcuch się urwie – wiedzę o naszych Przodkach cały czas nosimy w sobie i możemy do niej dotrzeć (niektórym to się udaje). Kronika Akaszy stoi przed nami otworem. Dobrze byłoby wreszcie zaufać sile ducha, miast pokładać ufność w materialnych artefaktach.

Na nacjonalistycznych czy rasistowskich forach i blogach antropologia rasowa funkcjonuje mniej więcej w ten sposób: do poszczególnych typologii dopisuje się różne, mniej lub bardziej uzasadnione akademicko tezy, najlepiej tak, aby swój naród czy też typ rasowy postawić w pozycji możliwie najczystszego Aryjczyka. Taka postawa nie wnosi absolutnie niczego w rozwój kultury aryjskiej, odbudowę białej rasy i odrodzenie ludzkości w ogóle.

Poniżej przedstawiam względnie zwięzły przegląd najbardziej popularnych typologii rasowych, jakie można znaleźć w sieci polskiej i europejskiej. Co z nich wynika?

Ulubioną systematyką większości entuzjastów rasy aryjskiej będzie zapewne typologia Egona von Eickstedta, nadwornego antropologa nazistów. Jej wartość można z grubsza zredukować do tej, jaką przedstawiała ideologia hitlerowska: merytorycznie częściowo sensowna, lecz adekwatnie zmanipulowana w antyludzkich, zwłaszcza przeciwsłowiańskich celach. Wygląda na to, iż teoretycznie nie było nawet aż tak źle: Eickstedt miał traktować rasę wschodnioeuropejską jako wywodzącą się od północnych Praeuropejczyków, wykazującą wprawdzie również pokrewieństwo z pierwotnymi populacjami o charakterze wschodnioazjatyckim, a więc nie tak szlachetną, jak „czyści” Nordycy. Geneza tego typu poglądów kryje się w błędnym przekonaniu, jakoby kolebką białej rasy była Europa, a wszystko co pochodzi z Azji nosiło znamiona rasy żółtej. Rasę nordycką dzielił Eickstedt na typy: teuto-, dalo- i fennonordycki. Na uwagę zasługuje fakt wyodrębnienia wielu osobnych ras indiańskich: fuegidzkiej, patagońskiej, lagidzkiej, brazylijskiej, andyjskiej, południowo-wschodniej, środkowo-amerykańskiej, margidzkiej, sylwidzkiej, pacyficznej. Cóż z tego, skoro Indian stereotypowo traktuje Eickstedt jako boczną linię Mongoloidów?

Pochwalić możemy się również polską szkołą antropologii rasowej. Za głównych przedstawicieli należy uznać: prof. Jana Czekanowskiego (1882-1965, „szkoła lwowska”) oraz prof. Ireneusza Michalskiego (1908-1965, „szkoła łódzka”). Ponieważ wypracowane przez nich typologie wykazują silne podobieństwa, potraktuję je tutaj zbiorczo, odwołując się do kierunku prof. Michalskiego, którego system opisuje rasy bardziej szczegółowo.

Dzieli on rasę białą na następujące typy: kromanoidalny, nordyczny, śródziemnomorski, armenoidalny, mediterranoidalny, orientalny, ajnuidalny, laponoidalny oraz dziewiętnaście typów mieszanych powstałych z krzyżowania się typów elementarnych. Już po samym podziale widać, jaką wartość posiada ta typologia: określanie rasy śródziemnomorskiej czy orientalnej jako podstawowy typ rasy białej przeczy zdrowemu rozsądkowi. Pod tym względem systematyka Michalskiego stanowi w pewnym sensie przeciwieństwo opierającej się na skrajnej elitarności teorii Eickstedta i wrzuca do worka z etykietą „biała rasa” kogo się tylko da (Murzynów widocznie się nie dało). Tego typu antropologia położyła podwaliny pod współczesne, politycznie poprawne podejście do zagadnienia rasy. Sięgnijmy po szczegóły.

Z punktu widzenia odkłamywania dziejów i korzeni Słowian najbardziej interesujące wydają się ustalenia prof. Michalskiego dotyczące Polaków. W przedwojennej Polsce przebadał on ponad 36 tysięcy mężczyzn. Procentowy podział ludności polskiej przedstawia się wg Michalskiego następująco:

47,6% – typ subnordyczny (Nordoidzi + Laponoidzi)

17,8 % – typ północno-zachodni (Nordoidzi + Mediterranoidzi)

6,3 % – typ czuchoński (Nordoidzi + Mongoloidzi)

6,1 % – typ dynarski (Nordoidzi + Armenoidzi)

5,1 % – typ alpejski (Armenoidzi + Laponoidzi)

4,4 % – typ bałtycki (Kromanoidzi + Laponoidzi)

2,9 % – typ sublaponoidalny (Mediterranoidzi + Laponoidzi)

2,8 % – typ nordyczny (Nordoidzi)

2,6 % – typ atlantycki (Kromanoidzi + Mediterranoidzi)

1,7 % – typ teutoński (Nordoidzi + Kromanoidzi)

1,3 % – typ pseudoalpejski (Kromanoidzi + Armenoidzi)

1,1 % – typ litoralny (Mediterranoidzi + Armenoidzi)

0,9 % – typ laponoidalny (Laponoidzi)

0,3 % – typ armenoidalny (Armenoidzi)

Uprzedzając ewentualne zarzuty o wulgarne upraszczanie pracy wybitnych naukowców, śmiem wyrazić pogląd, iż często dochodzi do sytuacji odwrotnej: z pozoru bardzo rzetelne opracowania uniwersyteckie okazują się jedynie wyrafinowaną intelektualnie realizacją naiwnych przekonań bądź niedorzecznych insynuacji, jakie wciska się „laikom” w celach propagandowych. Inna sprawa, że prawdę często cechuje dziecięca wręcz prostota; niemniej prawda zawsze pozostaje dobra i piękna – i po tym najłatwiej ją rozpoznać.

Jak widać, według badań prof. Michalskiego, większość Polaków stanowi efekt mieszanki rasy nordyckiej i kromaniońskiej (typy o jasnej pigmentacji) z rasą żółtą i śródziemnomorską. U podstaw takiej interpretacji pomiarów antropometrycznych znowu leżą stereotypowe założenia. W niedojrzałej, „niestuningowanej” akademicko wersji wyglądają one tak: na północy żyją sobie ludy o jasnej skórze, jasnych oczach i jasnych włosach. Południe zamieszkują z kolei ludzie o ciemnej karnacji, ciemniejszych tęczówkach i owłosieniu. Jeśli zatem ktoś ma jasną skórę i oczy, ale ciemne włosy, to znaczy, że na pewno pochodzi ze zmieszania ludzi z północy i południa. Drugi stereotyp to znów obsesyjny, sztywny podział kulturowy: Europa – biali, Azja – żółci i rzutowanie go na całą rozciągłość dziejów ludzkich. Wobec tego Słowianie koniecznie muszą mieć wspólny mianownik genetyczny z żółtoskórymi narodami.

W typologii prof. Michalskiego uwagę przykuwa też pewien drobiazg: definicja tzw. powieki semickiej. Określa ją jako oprawę oczu pozbawioną fałdy powiekowej; podobno spotyka się taką głównie u ludzi pochodzących z Bliskiego Wschodu. Pogląd ten ma swoich zwolenników, według których owa cecha pozwala także rozpoznać osoby pochodzenia żydowskiego. Na szczęście żyjemy w czasach, kiedy po zdjęcia Semitów nie trzeba wybierać się na Bliski Wschód. Proponuję pooglądać dostępne w sieci twarze Arabów i Żydów. Nic nie wskazuje, by to, co nazywa się „powieką semicką”, stanowiło w jakimkolwiek stopniu cechę wyróżniającą narody semickie. Większość ich przedstawicieli posiada zwykłą, równoległą fałdę powiekową. U Europejczyków pochodzenia żydowskiego, czy też tzw. Chazarów, częściej zdaje się występować raczej fałda mongolska. Na jednym z angielskich portali spotkałem się zresztą z poglądem, wg którego to fałda nordycka (nachodząca na zewnętrzną część oka) oznacza „żydowskie oczy”. Pomieszanie z poplątaniem. Fakt, że Chazarów z fałdą nordycką nie brakuje; ale Chazarowie mają w sobie przecież mnóstwo genów białych ludzi. Można stwierdzić, iż powieka nazwana „semicką” występuje w ogóle stosunkowo rzadko. Skąd wytrzasnął prof. Michalski mit „powieki semickiej”? To przekonanie wywodzące się z antropologii sowieckiej – prawdopodobnie robota narodu, który ogłosił się „wybranym”: niech tam sobie goje wypatrują Żydów po oczach i tworzą bezsensowne podziały, a my ich kontrolujmy (zasada „dziel i rządź”).

Przy okazji chciałbym rozprawić się z dwoma innymi mitami antropologicznymi z serii „poznaj Żyda”.

Garbatonosi. Z tym określeniem spotkać się można na portalach „patriotycznych”. O ile patriotów, niezależnie od stopnia ich świadomości, szanuję, o tyle stereotyp „garbatonosych” obrazuje ślepotę większości środowisk antysyjonistycznych, dających sobie wciskać zupełnie bezużyteczne uprzedzenia. Wszyscy wiemy, jak wygląda typowo semicki, garbaty nos. Popatrzcie jednak na zdjęcia Żydów – czy to sefardyjskich, czy aszkenazyjskich. Ilu z nich ma taki charakterystyczny kształt nosa? Naprawdę niewielu. U Żydów chazarskich natomiast nie występuje on praktycznie wcale. Jaki jest więc sens pisać o „rządach garbatonosych” w kontekście spisku światowego? Przyjrzyjcie się nosom Rotszyldów. To samo dotyczy mitu nosa „haczykowatego”. Zresztą: orli, zakrzywiony nos, to cecha nie tylko Semitów – pojawia się na przykład również u niektórych plemion indiańskich. Może nieprzytomni patrioci powinni zacząć pisać o „indiańskim spisku”? Niektórzy „znawcy” utrzymują z kolei, jakoby nos Żyda był dłuższy i miał ostrzejszy szpic z profilu – do wyboru, do koloru.

Żydzi nie wymawiają „r”. Ta bzdura wiedzie się najprawdopodobniej od Leszka Bubla, który swego czasu opublikował cały wykaz „typowo żydowskich cech”. Brednię tę przejął niejeden polski internauta, toteż zdarza się tu i ówdzie przeczytać, że większość polskich Żydów nie wymawia „r”. Na dowód taki specjalista wymienia kilka nazwisk polityków z Platformy Obywatelskiej i na tym w zasadzie kończy się „większość polskich Żydów”. Patrząc na listy Żydów antypolskich należałoby się raczej spodziewać, że „reranie” dotyczyć będzie co najmniej całego Sejmu i wszelkich środowisk artystycznych. A nawet jeśli osoby pochodzenia żydowskiego rzeczywiście cechuje większa skłonność do złej wymowy – cóż z tego, skoro u tysięcy osób wada ta będzie posiadać zupełnie inne podłoże? Poza tym, prawidłowej wymowy „r” nauczyć może się każdy, w każdym wieku…

Wymysłów o domniemanych przymiotach żydowskiej aparycji znalazłoby się zapewne znacznie więcej. Prawda tymczasem jest taka, że ci, którym zależało na przejęciu władzy wśród Słowian, zadbali o to, by wystarczająco upodobnić się do nich. Większość stereotypów rozsiewają właśnie Chazarowie, aby mącić w głowach społeczeństwu.

Wyjście z tej całej matni jest bardzo proste. Podstawową rasę ludzką rozpoznajemy na pierwszy rzut oka. Wątpliwości pojawiają się w przypadku typów mieszanych. Jeśli chcemy położyć kres genetycznej entropii, niekontrolowanemu krzyżowaniu się ras prowadzącemu do ich zaniku, jeżeli leży nam na sercu ocalenie białej rasy – rozpowszechniajmy ideę łączenia się w pary ludzi o najbardziej podobnych cechach. Ideę, nie ideologię!

Najlepsze relacje i najlepsze potomstwo tworzą się wówczas, gdy mężczyzna i żeńczyna dobierają się w oparciu o harmonię trzech elementów: ducha, duszy i ciała. Zgodność na poziomie ducha oznacza podobny etap rozwoju duchowego obojga. Rada ta dotyczy zwłaszcza dziewcząt: skoro żywicie jakieś głębsze aspiracje duchowe, szukajcie mężczyzn, którzy mogą Wam w tym względzie jak najwięcej dać. Oczywiście, dopasowanie na poziomie duszy jest równie ważne – połączenie na poziomie głębokich, ludzkich uczuć. Warto słuchać głosu serca pamiętając, iż nie jesteśmy wyłącznie sercem. Podobnie niechaj zaistnieje harmonia na poziomie ciał: niech dwoje łączących się ludzi przedstawia sobą ten sam typ urody. Kiedy mężczyzna i żeńczyna stoją na równym stopniu rozwoju duchowego, łączą ich głębokie uczucia, a na dodatek wyglądają niemal jak brat i siostra – zachodzi tzw. zestrojenie, czyli doskonałe zjednoczenie trzech sfer naszej istoty.

Co zaś się tyczy rozpoznawania „kryptożydów”: uczmy się odczuwać, postrzegać nie tylko to, co materialne. To najlepszy – i właściwie jedyny – sposób na uchronienie się przed złymi wpływami. Nietrudno rozpoznać w drugim człowieku słowiańską duszę. Mądrze mówi Aleksiej Trehlebow: są Żydzi i Judejczycy. Co, jeżeli ktoś legitymuje się żydowskim pochodzeniem, ale jest dobrym, szczerym człowiekiem? Genetyce też nie warto ufać. Jak każda gałąź nauki wiedzie na manowce, choć może stanowić tymczasowy element pomocniczy w poznawaniu siebie i świata.

Jakie zatem są podstawowe cechy Aryjczyka? Proponuję skupić się w przede wszystkim na przymiotach duchowych. Kultura aryjska to właśnie kult Ducha. Cóż po jasnej skórze i oczach, gdy człowiek tkwi w materializmie? Ariowie, Słowianie – to Dzieci Światła, Dzieci Słońca. Oto najlepszy probierz – także dla rozwoju osobistego. Chcesz być jak najbardziej aryjski? Upodabniaj się więc coraz mocniej do Słońca. Czy Słońce musi kogoś atakować? Spójrz: nie atakuje nikogo, świeci tak samo dla wszystkich ras ludzkich, gatunków zwierząt i roślin. Mimo swej ogromnej potęgi niczego nie niszczy, a nieustannie daje życie. Niesienie Światła, Mądrości, Świadomości, Miłości – to najważniejsza cecha rasy aryjskiej. Jeśli używasz białego koloru skóry do podbudowywania swojego ego, czujesz się lepszy od innych narodów – kroczysz niearyjską drogą.

Wracając do typologii antropologicznych: w internecie obecne są także wiadomości o dokonaniach Bertila Lundmana, antropologa szwedzkiego. W latach 70. przedstawił on własny system klasyfikacji rasowej, który nie zasługuje na zbyt wiele uwagi: Europeidzi w jednej zakładce z Arabami, Indianie potraktowani jako rasa żółta. Ten ostatni błąd dotyczy też typologii Earnesta Hootona z czasów powojennych. Jego teoria w ogóle nie różni się zbytnio od poprzednich prócz tego, że nieco sensowniej systematyzuje rasę białą.

Bóg, Wszechświat, Przyroda – na każdym kroku mówią do nas: porzućcie wreszcie cywilizacyjne protezy, zacznijcie ufać sobie. Obowiązuje to także w przypadku zagadnień rasowych. Nie będziesz chyba żył wiecznie z goniometrem i suwmiarką w dłoni i na ich podstawie dobierał sobie towarzystwo? Bądź świadomy, obserwuj, odczuwaj. Promieniej czystą Miłością, jak Słońce światłem.

Żdan Borod

Przepływ energii między płciami. Po co nam związki

Michaił Wasiliewicz Niestierow: Za eliksirem miłości, 1888

Dlaczego dawniej to kobiety gotowały, prały i sprzątały? Bo były zniewolone przez mężczyzn, nie miały żadnych praw i perspektyw! – wykrzyknie niejedna współczesna, „wyzwolona” niewiasta. Szanując poglądy feminizujących dam, pozwolę sobie przedstawić mniej jednostronne i agresywne, a bardziej całościowe i pojednujące spojrzenie na sprawę.

Oczywiście, w wielu domostwach nadal głównie płeć żeńska odpowiada za wyżej wymienione obowiązki, jednak podział ról relatywizuje się. Kiedy żona ma „ważniejsze” rzeczy do załatwienia, kochający mąż wyręcza ją w tych trudach. Zdarza się, że nie wyręcza, a kobieta musi się niemal rozdwoić, by podołać pracom w mieszkaniu i poza nim.

Wróćmy wyobraźnią do czasów, kiedy maszyny nie stanowiły najistotniejszej części inwentarza, a większość zajęć w domu wykonywało się ręcznie. Oto żeńczyna pierze na tarze koszulę swojego wybranka. Nie czuje się niewolnicą, nie słyszała jeszcze o czymś takim, jak „równouprawnienie”. Międląc ubranie wędruje w duchu do swego lubego, myśli ciepło o ich wspólnym życiu, dzieciach, codziennych radościach. Takie pranie to istna medytacja, a żeńczyna ta jest wielką joginką! Dzięki mocy jej miłości koszula, którą pierze, stanie się dla męża prawdziwą zbroją i amuletem. Wszak miłość to najpotężniejsza siła w całym kosmosie.

Dzisiaj żywe, tętniące energią ręce zastępuje pralka. Taką cenę płacimy za uzależnienie od cywilizacji: im więcej urządzeń, tym mniej miłości. Lecz jeśli żeńczyna z miłością włoży ubranie do pralki, z miłością je rozwiesi, z miłością wyprasuje i ułoży w szafie – mężczyzna z pewnością to odczuje. Żona jest energetyczną strażniczką męża, a miłość to najsilniejsza energia wszechświata.

Natknąłem się na takie pytanie ze strony pewnej pani: Ale dlaczego to kobieta ma dawać miłość mężczyźnie, umieszczać ją w praniu, w naczyniach, w zupie i chronić go? Tak jakby mężczyzna sam nie miał miłości.

To prawda: mężczyźni mają w sobie tyle miłości, co i żeńczyny. Ilość miłości w człowieku nie zależy bowiem od płci, a od stopnia rozwoju duchowego. Sprowadzając to pytanie do sedna należałoby zapytać: w takim razie po co w ogóle nam związki?

Spotykam się czasem z opinią, iż płeć ma znaczenie jedynie w łóżku, gdyż wszystko inne poza uciechami cielesnymi możemy robić w pojedynkę. Taki pogląd okazuje się jednak zupełnie niedorzeczny, ponieważ doznania erotyczne także możemy przeżywać zupełnie sami (nie wspominając o podnoszonych dziś do rangi świętości jako „nowatorskie” i „niestereotypowe” związkach jednopłciowych). Może więc jednak płeć posiada jakiś głębszy sens niż tylko wzajemne zadowalanie się?

Tak jak cielesny onanizm czy homoseksualizm nie przyniosą owocu w postaci potomstwa, tak będzie też w każdej innej sferze egzystencji. Płeć ma wymiar nie tylko fizyczny, ale również psychiczny, energetyczny, a nawet duchowy (jak i całe życie). To dlatego żeńczyna spełnia się jako strażniczka energetyczna męża, a mężczyzna jako duchowe oparcie żony, jej duchowy przewodnik. Chodzi o przepływ energii między płciami, wymianę energii seksualnej (mającą różną jakość u obu płci) na wszystkich płaszczyznach, o współdziałanie energii męskiej i żeńskiej, które napędza rozwój człowieka.

Z tego wniosek, iż współczesna degradacja relacji między kobietą i mężczyzną ma swoje podłoże w braku wyższej świadomości, ugrzęźnięciu w materializmie i instynktach. Bez wiedzy o subtelnych poziomach istnienia powrót do tradycyjnych ról rodzinnych nie przyniesie wielkiego pożytku, a pozostanie zwykłym handlem i prostytucją: ja ci wypiorę koszulę, ugotuję i będę się oddawała, a ty mi za to przynoś pieniądze, kupuj prezenty i zapewniaj dobre warunki.

Oto skąd wzięła się jedna ze starosłowiańskich nazw miłości – lubość. Sylaba „lu” to skrót od „ludzie”, natomiast „bo” – od „Bogowie”. Słowo to oznacza zatem: „ludzie jak Bogowie”. Wtedy zaistnieć może prawdziwa miłość.

Wspomniałem już, że im więcej cywilizacji, tym mniej miłości. Życie bezpośrednio w Przyrodzie uwalnia ludzi od niepotrzebnych zajęć, przez co relacje rodzinne stają się jeszcze pełniejsze. Tak, Drogie Kobiety: to nie mężczyźni Was uwięzili i zamknęli w domach, a cywilizacja i materializm. Podobnie zniewoliły one i mężczyzn: bo cóż to za wolność – być poza domem i przez większość dnia harować na utrzymanie rodziny?

Natychmiastowy powrót bezpośrednio do Przyrody zakrawa na niemożliwość, nie tylko ze względu na nasze przyzwyczajenia wynikające z wielowiekowego odejścia od niej, lecz także z uwagi na stan, w jakim znajduje się obecnie sama Przyroda. Zanim staniemy się złotem, najpierw musimy wznieść się ku srebru. W miarę możliwości odsuwajmy więc od siebie nadmiar elektroniki, robotów i wszelkich przedmiotów martwych, powracajmy do dawnych technik i rzemiosł, a zwłaszcza spędzajmy jak najwięcej czasu wśród natury. To takie proste! Przede wszystkim zaś – wkładajmy miłość w nasze uczynki i działania. Niezależnie od warunków – to ona jest naszą największą mocą. Odkryjmy na nowo lubość, stańmy się na powrót Bogami i Boginiami.

Żdan Borod

Dusza i Duch, Dusza i ego. Ewolucja Duszy

gwiazdy na niebie nocą

Czy istnieje różnica między Duchem i Duszą? Słowa te nierzadko uważa się za synonim i stosuje wymiennie. Niemniej z kontekstów, w jakich są używane, da się wyczytać znaczenie nieco odmienne, tak jakby wypowiadający się podświadomie czuli, w czym rzecz.

Nie przypadkowo „Duch” jest rodzaju męskiego, a „Dusza” – żeńskiego. I w tym właściwie zawiera się odpowiedź. Nasza duchowa istota jest spolaryzowana. Istnieje więc męski aspekt naszej istoty duchowej – Duch, oraz aspekt żeński – Dusza. Duch „mieszka” w głowie; to część duchowej istoty czuwająca nad naszą ewolucją. Dusza – „mieszka” w sercu; to ta część duchowej istoty, która posiada pragnienia i poprzez ich realizację chce się doskonalić. Dlatego określenie „Dusza” pojawia się, gdy mowa o zbieraniu ziemskich doświadczeń i „życiowej szkole”, natomiast słowo „Duch” odnosi się najczęściej do bezpośredniego kontaktu z Bogiem.

Naszą istotę duchową można utożsamić (w uproszczeniu) z ciałem atmicznym (świetlistym). Duch i Dusza to części tego ciała. Duch to Atma, Dusza to Żywatma. Ich przejawienie to Żywa, czyli ciało jawne. Jak widzimy – Dusza, Żywatma, stanowi jakby połączenie ciała duchowego i ziemskiego. W umownym układzie odniesienia duch-materia: Duch to jan, ciało – jin, natomiast Dusza tworzy element harmonizujący te dwie energie.

W klasycznej filozofii wedyjskiej Ducha nazywa się Atmanem, natomiast Duszę – Dźiwatmą lub Dźiwą.

Rośliny i zwierzęta posiadają Duszę zbiorową. Analogicznie do tego nie posiadają własnego Ducha, lecz komunikują się ze zbiorowym Duchem, który czuwa nad ich duchową ewolucją. Indywidualizacja Duszy następuje stopniowo i możliwa jest tylko wśród niektórych gatunków. Największy stopień indywidualizacji wykazują zazwyczaj te osobniki, które wchodzą w kontakt z człowiekiem.

Tak wygląda troistość naszej istoty: Duch, Dusza i ciało (fizyczne). Można im kolejno przypisać także trzy sfery umysłu: nadświadomość (kontakt z Duchem), świadomość (kontakt z Duszą) i podświadomość (kontakt z ciałem). Oraz: intuicję (sygnały z nadświadomości), intelekt (sygnały ze świadomości), instynkt (sygnały z podświadomości). Mówi się także o Wyższym Ja, średnim Ja i niższym Ja. O ile Wyższe Ja da się utożsamić z Duchem, a niższe Ja z instynktem, o tyle w przypadku średniego Ja napotykamy na trudności, ponieważ nie zawsze możemy postawić znak równości między nim a Duszą. Dlaczego? Z powodu ego.

Ego to nie Dusza. Zapewne znacie i takie ujęcie troistości: ciało, umysł, duch. Wygląda na to, że Dusza została wyparta przez umysł. Tak właśnie powstaje ego: kiedy nasze średnie Ja zaczyna się utożsamiać z umysłem (najczęściej głównie z jego częścią – intelektem). Umysł to tylko narzędzie; kiedy świadomość zaczyna identyfikować się z tym narzędziem, człowiek traci kontakt ze swoim prawdziwym Ja – z Duszą. Mówi się wtedy, że ktoś przestał słuchać głosu własnego serca (które jest mieszkaniem Duszy).

Spotyka się nieraz osoby bardzo pobożne, a jednak niezbyt serdeczne. Ludzie tacy wprawdzie nawiązują kontakt z Duchem, ten jednak służy tylko podbudowywaniu ich ego – sztucznego tworu, zamiast służyć ewolucji Duszy (z którą utracili łączność). To Dusza ma poddać się Bogu, a nie ego. Oto przykład zaślepienia duchowym pierwiastkiem męskim i odrzucenia lub niedowartościowania pierwiastka żeńskiego.

Bywa i odwrotnie: zdarzają się osoby bardzo wrażliwe, szczere i życzliwe, które jednocześnie popadają w kompletny mętlik życiowy, szarpią się i gubią w swoich doświadczeniach. Tu z kolei łączność z Duszą jest w miarę dobra, ale z jakiegoś powodu (np. buntu przeciw Bogu) odrzucone zostało prowadzenie ze strony Ducha, więc Dusza znowu nie ma jak ewoluować. Tym skutkuje próba poddania się pierwiastkowi żeńskiemu, a ignorowania męskiego. Ponieważ Dusza, jako duchowy pierwiastek żeński i tak musi się czemuś poddać, zazwyczaj zaczyna poddawać się ciału. W ten sposób Żywatma miast Atmie poddaje się Żywie. Zaczyna się droga w dół.

Niestety, najczęstszym przypadkiem jest odcięcie się od obu tych boskich pierwiastków – Ducha i Duszy. Co to oznacza? Ego przejmuje funkcje Ducha (prowadzenie), a ciało funkcje Duszy (doświadczanie). Człowiek staje się wówczas tzw. biorobotem – materialnym ciałem sterowanym przez program zaślepionego umysłu. Wulgarni ludzie silniej identyfikują się z instynktem, bardziej wyrafinowani – z wyższym intelektem. Oba przypadki wiodą w tym samym kierunku: pierwsi stają się demonicznym planktonem, drudzy mają szansę ulokować się gdzieś wyżej w tej ciemnej hierarchii. Tym gorzej, ponieważ jeszcze silniej wikłają się w diabelskie rozgrywki.

Ego można zobrazować jako mentalną skorupę, która zamyka Duszę, tak że łączność z nią staje się utrudniona lub w ogóle niemożliwa. Im intensywniejsza identyfikacja z umysłem – im większy natłok myśli i im są one cięższe, tym grubsza i twardsza skorupa i słabszy kontakt z Duszą. Im słabszy kontakt z Duszą, tym bardziej spowolniona ewolucja duchowa.

Powstanie ego wiąże się bezpośrednio z powstaniem cywilizacji. Obecna faza (technokracja) to ostatni jej etap, ten sztuczny twór zaczął jednak narastać – zależnie od obszaru – wieki i tysiąclecia temu jako wynik odejścia człowieka od Boga i Przyrody. Przyjrzyjmy się współczesnej rzeczywistości miejskiej: coraz więcej bodźców z zewnątrz, coraz większa pogoń, coraz większe zaabsorbowanie umysłu i instynktów.

Droga do uwolnienia się od ego wiedzie zatem przez całkowity powrót do Boga i Przyrody. I odwrotnie: powrót do nich będzie możliwy, kiedy zaczniemy wyzwalać się od ego. Najlepsze efekty daje współdziałanie jan i jin, wewnętrznego i zewnętrznego, męskiego i żeńskiego. Niechaj nasze Dusze kroczą drogą tej harmonii.

Żdan Borod