Aryjski patriarchat. Część czwarta: broda

siwa broda

W kontekstach wizerunkowych mówi się dziś wiele o renesansie brody; sprowadza się go przy tym do efektu ubocznego hipsetrskich mód, które przyniosły ze sobą upodobanie najpierw do bujnych wąsów, potem do zarostu pełnego. Moda to tylko moda – jaka by nie była, trudno widzieć w niej przejaw jakiejkolwiek mądrości. Berlińscy i londyńscy hipsterzy podobno zdążyli się pogolić, a u nas trochę bród jednak się zachowało. Mody nigdy nie są przypadkowe i choć najczęściej pozostawiają po sobie zgorszenie, znajdziemy przypadki odwrotne, gdy stanowią zalążek wzrostu świadomości (na przykład popularny ostatnio pęd do weganizmu).

Do drugiej opcji kwalifikuje się również popularyzacja brody, chociaż byłbym ostrożny w określaniu obecnej sytuacji jako jej wielkiego powrotu. Porządnie zarośnięci mężczyźni wyłaniają się głównie w dużych miastach, lecz przecież i tam nie na każdym kroku. Część Polaków, niestety, nadal żywi wobec brody idiotyczne uprzedzenia. Nie mogę narzekać – jako brodaczowi zdarza mi się słyszeć komplementy; niektórzy natomiast na mój widok wykrzykiwali już Allah akbar, porównywali mnie do Jezusa lub pytali, czy pochodzę z Syrii. Inni z kolei dopatrują się w noszeniu brody sympatii prożydowskich. Takie incydenty świadczą o tym, że wśród znacznej części naszego społeczeństwa powierzchowność i wynikająca z niej głupota zakorzeniły się dość głęboko.

O ile rozumiem prywatną niechęć do noszenia brody wynikającą z przyzwyczajenia (sam przez długi czas nie wyobrażałem sobie siebie z brodą), to mechaniczne kojarzenie ją ze światem semickim zakrawa na – poniekąd wprawdzie zrozumiałe, bo wywołane wieloletnią, wrogą propagandą – umysłowe kalectwo. Dawni Słowianie nie tylko nie golili, lecz nawet nie obcinali swoich bród. Bynajmniej nie dlatego, że nożyce czy brzytwa przerastały ich cywilizację; po prostu rozumieli oni rzeczywiste znaczenie i funkcję brody – danego mężczyźnie przez przyrodę organu, którego nie należy lekceważyć.

Natknąłem się nieraz na zarozumiałe opinie, jakoby przypisywanie brodzie jakiejś poważniejszej roli niż estetyczna należało włożyć między bajki i zabobony. Pozostawiam takie osądy ludziom niedociekliwym, niezdolnym do samodzielnego myślenia, nawykłym do autorytetów nauki, która nie tylko bezpodstawnie, ale wręcz wbrew wszelkiej logice, uznała włosy u człowieka za ewolucyjne pozostałości czy narządy szczątkowe. Tymczasem ludzkie włosy rosną wyjątkowo intensywnie i to akurat w tych miejscach, gdzie nie spotyka się ich u zwierząt. Ten oczywisty i zarazem zaskakujący fakt powinien skłaniać do refleksji.

Swobodnie rosnące włosy symbolizują pierwotną wolność i towarzyszącą jej więź z naturą; broda to włosy szczególne, charakterystyczne dla męskiej linii ludzkiego rodu. Mają one związek z rodową siłą, korzeniami, mądrością Przodków, ewolucją duchową, patriarchatem. Golenie oznacza odcięcie się od tego wszystkiego – ta masowa perwersja przyszła do nas wraz z cesarstwem rzymskim reprezentowanym przez chrześcijaństwo. Ono to zapoczątkowało odwrót od właściwego dla Aryjczyków patriarchalnego ustroju rodowo-plemiennego zastępując go obcym, feudalnym systemem, który utorował drogę relacjom matriarchalnym. Usunięcie brody z twarzy mężczyzny to duchowa kastracja; stanowi też część programu relatywizacji płci. Kilkudniowa „szczotka” niewiele zmienia – podkreśla jedynie, iż mamy do czynienia z samcem. Boga Ojca wyobraża się w sztuce pod postacią długobrodego mężczyzny. Zapuszczając długą brodę dajesz żeńczynie możliwość dostrzeżenia w sobie syna Ojca Niebieskiego, dziedzica Swaroga – młodego Boga, któremu powinna się poddać. Pozwalasz, aby z każdym włosem wzrastała twoja więź z Przodkami, pozwalasz wzrastać swemu męskiemu Duchowi.

Sfera symboliczna koreluje bezpośrednio z płaszczyzną świata subtelnego – włosy to bioprzewody przepuszczające ku nam określone pasma energii; bioanteny umożliwiające odbiór informacji. Bez brody mężczyzna staje się zdezorientowany – brak mu połączenia z polem świadomości ułatwiającym wypełnianie męskich zadań, prowadzenie rodu. Nic dziwnego, że obecnie miast dzielnych, światłych, odpowiedzialnych mężów otacza nas tłuszcza bezmyślnych, zniewieściałych, agresywnych gogusiów, których horyzont ogranicza się do brzucha i genitaliów.

Jeśli chcemy odbudowywać kulturę aryjską, musimy przywrócić godność mężczyźnie – także jego szlachetny wizerunek. Skoro na razie  nie potrafisz zdobyć się na porządną brodę – zacznij od dorodnych, sumiastych wąsów, czy jakie tam ci urosną. Analogicznie do tego, co pisałem ostatnio o spódnicy – dopóki nasi mężczyźni powszechnie nosili przynajmniej wąsy, nasz naród miał się znacznie lepiej. Zarastaj biały, człowieku, na sławę Boga, na sławę Rodu.

Aryjec

Spódnica. Klosz ochronny kultury aryjskiej

dziewczyna w sukience

Światło kultury aryjskiej zaczęło na Słowiańszczyźnie przygasać, z różnych powodów, już z początkiem średniowiecza (na innych ziemiach zamieszkałych przez białą rasę zbladło znacznie wcześniej). Mimo to Słowianie zachowali najcenniejsze jej zręby aż do X w., kiedy to na naszych terenach rozpanoszyło się chrześcijaństwo (wywodzące się z kręgu kultury semickiej).

Patriotycznie zorientowani Polacy żywią dziś sentymenty związane z czasami królewskimi – i nie tylko: wielu nawet epoka PRL-u jawi się, w porównaniu z dzisiejszą rzeczywistością, jako okres sprzyjający rozwojowi ojczystej tradycji i niezawisłości słowiańskich narodów.

Proponuję teraz spojrzeć na chronologię kondycji rodzimej kultury przez nietypowy pryzmat: jakości ubioru, jaki na przestrzeni lat nosili Słowianie. Widzimy oczywistą prawidłowość: im bardziej tradycyjna odzież, tym bardziej godne wspomnienia czasy, tym więcej słowiańskich wartości, bogatsze życie narodowe. Dotyczy to zwłaszcza żeńskich strojów; spodnie bowiem pozostaną zawsze spodniami, choć nieobojętne, czy są to lniane szarawary, bawełna prasowana na kant czy dżinsy. Żeńskim strojem natomiast jest spódnica, przy czym u Słowian tradycyjnie sięgała ona do samej ziemi. „Spodnie damskie” to oksymoron – pojęcie wprowadzone przez wrogów, obce aryjskiej kulturze.

W Polsce Ludowej spódnica miała się jeszcze względnie dobrze, jakkolwiek już w powojniu coraz więcej kobiet zakładało spodnie – deficyt przetrzebionej męskiej populacji skłaniał je do przejmowania męskich prac i obowiązków. Dodatkowo, mimo pewnej blokady informacyjnej, nieuchronnie przesączała się do nas zachodnia moda – w latach 70. młode dziewczęta chadzały prawie wyłącznie w dzwonach. Jakże znamienny jest fakt, iż zaraz potem, z nastaniem ósmej dekady, rozpoczął się programowy demontaż słowiańskiego socjalizmu.

Dziś nie tylko dojrzałe kobiety noszą spodnie – to także standardowa część garderoby starszej pani. Ogarniający nasz kraj bezład, demoralizacja i całkowity upadek wartości słowiańskich to efekt zniszczenia ochronnej przestrzeni miłości, jaką niegdyś roztaczały wokół swoich rodzin Słowianki – symbolizowała ją właśnie długa spódnica. Lecz jej działanie nie ogranicza się do sfery symbolicznej: ubiór wpływa bezpośrednio na ciało, fizjologię, hormony, psychikę, świadomość, relacje międzyludzkie.

Cały świat w rękach mężczyzny, a mężczyzna w rękach żeńczyny. Rozróżnienie między męskim i żeńskim to jeden z fundamentów aryjskiej kultury. Powinno ono znajdować wyraźny oddźwięk także w naszym codziennym wizerunku. Miniówka czy spódnica za kolana – nie wystarczą. Potrzeba nam dokoła porządnej, kompletnej, całorocznej żeńskiej powłoki ochronnej.

Dzisiejsza grafika to odnośnik do krótkiej prezentacji, jaką pozwoliłem sobie sporządzić, by zachęcić białogłowy do wdziewania długich sukni i spódnic przez okrągły rok. Dziękuję za uwagę i życzę miłego dobioru.

Aryjec

Słaba płeć. Słowa pełne mocy

dziewczyna w lustrze

Niewiasta, kobieta, dama, białogłowa… Znajdzie się ładnych kilka słów na określenie przedstawicielki piękniejszej połowy rodzaju ludzkiego. Tymczasem najwłaściwsze z nich zostało z niewiadomych przyczyn zupełnie przekreślone: postuluję powrót do staropolskiego miana – „żeńczyna”.

„Niewiasta” to również dawna nazwa. Współczesna etymologia utrzymuje, jakoby oznaczała ona kobietę nie do końca znaną – najczęściej synową, a więc tę, którą dopiero wprowadza się do rodziny. To w gruncie rzeczy sofistyczne tłumaczenie wynika po części z poprawności politycznej charakterystycznej dla zmanipulowanego świata nauki, po części zaś z jego bezradności. Językowa intuicja Polaków podpowiada, że chodzi o „kobietę niewiedzącą”, takie wyjaśnienie spotyka się jednak z ostrzałem osób feminizujących. Oczywiście, nasi Przodkowie nie uznawali kobiety za niewiedzącą z zasady; nazywano tak panny niedouczone, nieodpowiednio przygotowane przez rodziców do roli żony i matki. Przeto uniwersalne zastosowanie tego określenia powinno zostać wykluczone.

Jeszcze bardziej nieadekwatna wydaje się „dama”, która wtargnęła do polskiego stosunkowo późno, przywędrowawszy bezpośrednio z francuszczyzny, pośrednio natomiast z łaciny (domina). I choć łacińskie wyrazy mają w większości pochodzenie aryjskie, zalecam usunięcie tego zanieczyszczenia zważywszy na pomieszanie, jakie dokonało się w tej – uznawanej obecnie za szlachetną – strukturze lingwistycznej.

„Pani” – przyznam: darzę tę formę pewnym sentymentem. Niemniej zwracanie się na Pan/Pani, jakkolwiek eleganckie i kulturalne, stanowi także naleciałość, od której należałoby powoli odchodzić. Jej początki wiążą się, jak sądzę, z nastaniem porządków feudalnych i ustaleniem się zdegradowanych stosunków społecznych (pan – poddany).

O „kobiecie” powszechnie wiadomo, iż pojawiła się w dzisiejszym, neutralnym znaczeniu dopiero w XVII w. – wcześniej wyraz nacechowany był negatywnie, prawdopodobnie wręcz obraźliwy. Jego niezrozumiała popularyzacja i ugruntowanie się jako głównego określenia płci żeńskiej noszą znamiona skandalu obyczajowego – jako Słowianie, ludzie ważący słowa, powinniśmy wyplenić ten niezdrowy nawyk, zakrawający na efekt całkiem wiarygodnej teorii spiskowej. Słowa posiadają moc, toteż wprowadzenie „kobiety” do użytku codziennego wiąże się bez wątpienia z niekorzystnymi konsekwencjami na innych płaszczyznach.

Zarazem dziwi fakt całkowitego zapomnienia udokumentowanego, staropolskiego słowa „żeńczyna” – z jakiego powodu właśnie ono zostało bezwzględnie wyrugowane? Rdzeń żeń wykazuje powinowactwo z jin oraz współcześnie spotykanym gin. „Żeńczyna” konotuje „żeńskość” – to obraz tej, która działa z żeńską mocą („żeń” + „czyn”). „Mężczyzna” zawiera w sobie „męskość”  i w ten sposób język odzwierciedla naturalną polaryzację płci. „Kobieta”, abstrahując już od jej niechlubnej przeszłości, wprowadza do naszej mowy niejasność i zamęt. „Żeńczyna” jest żeńska, a kobieta? Kobieta może być nijaka, a nawet męska, jeśli zechce. „Kobiecość” daje się relatywizować do woli. Oto jak zepsucie języka przekłada się na zepsucie relacji między płciami. „Żeńskość” ostała się jeszcze, na szczęście, w wyrazie „żona”, ale i on stopniowo nabiera cech archaizmu – w mowie potocznej słyszy się go coraz rzadziej.

„Żeńczyna” przypomina nam o bliskim pokrewieństwie naszego ojczystego języka z białoruskim i rosyjskim (жанчына, женщина), co niewątpliwie służy slawistycznej integracji. W kręgach ludzi odkrywających aryjskie korzenie zaczął upowszechniać się podobny neologizm – „żeńczyni”. I chociaż zasługuje on na pochwałę, brzmi nieco nienaturalnie dla języka polskiego. „Żeńczyna” koresponduje z „dziewczyną”. „Dziewczyna” to ta, która czyni dziwy, która zadziwia mężczyznę. Niektórzy językoznawcy kojarzą „dziewczynę” z wyrazem „dziecko”; przykład ten uzmysławia, jak dalece zdążyła pobłądzić akademicka lingwistyka.

Na koniec o poczciwej „białogłowie”. Wzięła się ona, rzecz jasna, od koloru nakrycia głowy, jakie dawniej żeńczyny nosiły przez cały rok. Miłe to wspomnienie starych czasów, bo i dzisiaj powinny one obwiązywać głowę chustą, zwłaszcza przy wyjściu z domu – dla ochrony nie przed warunkami atmosferycznymi, a energetycznymi. Tę (znaną już zapewne niektórym Czytelnikom) sprawę rozwinę w przyszłych wpisach. Wracajmy zatem do „białogłowy”, a przede wszystkim „żeńczyny” – w języku i praktyce.

Aryjec

Aleksandr Dugin: Eurazjatyzm jako antyzachodnia ideologia

mapa świata, kontynenty

Ów nienowy już (skrócony) tekst Aleksandra Dugina zasadniczo nie stracił na aktualności, mimo nadziei wiązanych z prezydenturą Donalda Trumpa. Niechaj rozjaśnia umysły tych, którzy jeszcze nie uświadomili sobie, co się dzieje – Aryjec

Eurazjatyzm od pierwszych dni swojego istnienia w początku lat dwudziestych XX wieku zawsze występował przeciwko globalnej dominacji Zachodu, europejskiemu uniwersalizmowi i za niezależną rosyjską cywilizacją. Dlatego eurazjatyzm jawi się jako, istotnie, antyzachodnia ideologia, odrzucająca prawo zachodniego społeczeństwa do ustanawiania własnych kryteriów dobra i zła jako reguł uniwersalnych. Rosja to niezależna, prawosławno-eurazjatycka cywilizacja, a nie peryferium Europy – twierdzili eurazjaci, w ślad za ich ideologicznymi poprzednikami – słowianofilami, ramię w ramię z innymi rosyjskimi konserwatystami.

Stopniowo eurazjatyzm wzbogacono o geopolityczną metodologię, opartą o dualizm cywilizacji Morza i Lądu, których koncepcje zostały opracowane w pierwszej połowie ubiegłego wieku przez Anglika H. Mackindera i rozwinięte przez amerykańskich strategów – od N. Spykmana do Z. Brzezińskiego. Rosja to jądro cywilizacji Lądu, serce Eurazji i dlatego jest skazana na to, by toczyć wielowiekową walkę z anglosaskim światem – wcześniej jego centrum było Imperium Brytyjskie, od drugiej połowy XX wieku – USA.

Dlatego eurazjaci są przeciwnikami zachodniej hegemonii, amerykańskiej ekspansji, oponentami liberalnych wartości i zwolennikami unikalnej rosyjskiej cywilizacji, religii i tradycji. Eurazjaci to przeciwnicy nie tylko Zachodu, ale także rosyjskich zapadników i modernistów: przede wszystkim liberałów.

Jeżeli Zachód jest wrogiem eurazjatów, to eurazjaci wrogami Zachodu i agentów jego wpływu. To proste. Eurazjaci wiedzą, kto jest ich wrogiem i z kim walczą, i wróg także wie, kim są eurazjaci.

W tej sytuacji byłoby dziwne, gdyby atlantyści, amerykańscy imperialiści i liberałowie kochali eurazjatów i ich zwolenników na całym świecie. I vice versa. Stąd wypływa jasny wniosek: albo jesteśmy po stronie Lądu, albo jesteśmy po stronie Morza. Ląd to Tradycja, Wiara, imperia, naród, sakralność, dzieje, rodzina, etyka. Morze – modernizacja, handel, technika, demokracja liberalna, kapitalizm, parlamentaryzm, materializm, gender. Dwa wykluczające się wzajemnie systemy wartości.

Wszystkie te idee zostały odgrzebane i rozwinięte do ideologii w końcu lat 80. przez grupę neoeurazjatów zebranych wokół mojej osoby. Odrestaurowaliśmy znaczną część ideologicznej spuścizny po pierwszych eurazjatach, dodaliśmy do niej geopolitykę oraz tradycjonalizm i przystosowaliśmy do realiów rozpadającego się ZSRR. Tak jak pierwsi eurazjaci z lat 20. piszący na emigracji, tak i my chcieliśmy przekształcenia ZSRR w Imperium Eurazjatyckie z pozostawieniem całego obszaru pod wspólną, strategiczną kontrolą, za to ze zmianą ideologii na prawosławną i eurazjatycką. Również jak pierwsi eurazjaci, byliśmy przekonani, że liberałowie i zapadnicy to najgorsi wrogowie ruskiej idei (gorsi od komunistów) i że to oni spowodują rozpad Wielkiej Rosji (ZSRR) jeżeli dorwą się do władzy. Tym gorzej, że stanowią oni część atlantyckiej sieci. Czas w pełni to potwierdził: dorwali się i rozerwali. A potem próbowali zniszczyć Federację Rosyjską. Dlatego w latach 90. eurazjaci byli w radykalnej opozycji do Jelcyna i wszystkich liberalno-demokratycznych, prozachodnich, marionetkowych rządów, w których dominowała kompradorska burżuazja i rusofobiczna agentura sieci USA. Od tego czasu rozpoczyna się demonizowanie eurazjatów jako patriotycznej opozycji – w Rosji, jako rosyjskich szowinistów – w USA i na Zachodzie.

Wszystko zmieniło się w 2000 roku wraz z przejęciem władzy przez Putina. Zaczął on transformację jelcynowskiego systemu w duchu patriotycznym, wprowadzając w życie znaczną część idei, trafiających prosto w wartości i wytyczne eurazjatów. Dlatego i tylko dlatego eurazjaci popierali Putina – i popierają po dziś dzień. Nie ma w tym niczego osobistego: walczyliśmy z atlantystą Jelcynem, patriotę Putina popieramy. Czysto ideologiczny, logiczny wybór. Putin pewnie idzie do zawiązania Unii Eurazjatyckiej, nie boi się rzucić Zachodowi i jego liberalnym wartościom wyzwania, głośno zwrócić się ku wierze, tradycji, konserwatywnym fundamentom społeczeństwa.

Już w latach 90., a zwłaszcza w 2000. eurazjaci budowali obszerną sieć, opierając się na siłach, które tak jak i oni, odpierały atlantyzm i amerykańską hegemonię, występowały przeciwko liberalizmowi i polityce genderyzmu, opowiadając się za Tradycją, sakralnością i tradycyjnymi wyznaniami. Zazwyczaj eurazjatycka sieć obejmowała konserwatystów, których można nazywać „prawicowymi”, ale nierzadko bywali to także i „lewicowi” przeciwnicy amerykańskiej hegemonii. Część z nich była rusofilami, a część przyjmowała eurazjatyzm z powodów pragmatycznych – tradycyjne społeczeństwo w Rosji było silniejsze niż na Zachodzie, a potencjał strategiczny Rosji mógł stać się przeciwwagą dla amerykańskiej dominacji. Wielu ludzi w Europie i poza jej granicami poznawało geopolitykę i łatwo odnaleźli w eurazjatyzmie zwolenników cywilizacji Lądu, wśród których widzieli także i samych siebie (występując w bronie Tradycji i przeciw liberalizmowi). Jednak eurazjatycka sieć była nieporównywalnie słabsza i węższa niż ogromna sieć atlantycka, oparta na wielkim, światowym kapitale (szczególnie G. Sorosa), proamerykańskiej, liberalnej elicie (która prawie zawsze jest klasą rządzącą), wojennej i wywiadowczej sile USA i NATO, ciągle rozszerzającym się segmencie młodzieży połączonej z zachodnimi sieciami, formułującej kosmopolityczny pogląd na świat, indywidualizm, porzucenie moralności i kompletne zerwanie z wiarą, tradycją, narodem, rodziną a nawet płcią. Mimo to eurazjatycka sieć trwała i rozwijała się przy pomocy tych sił, które nie zgadzały się z nową formą globalnej dominacji – „czwartego totalitaryzmu”- odrzucającego prawa wszystkich innych ideologii, które nie potwierdzają najważniejszych zasad liberalizmu. Dowolna antyliberalna alternatywa „lewicowa” zostaje zakwalifikowana jako „stalinizm” i „Gułag”, a „prawicowa” – jako „nazizm” i „Oświęcim”. Eurazjatyzm nie był ani komunistyczny, ani faszystowski, czyli ani „prawicowy”, ani „lewicowy”, dlatego liberałowie określili go mianem „czerwono-brunatnej międzynarodówki”. W zależności od sytuacji mógł być jeszcze nazywany „siecią agentów KGB” („stalinizmem”) lub „czarną międzynarodówką” („eurazjatyckim faszyzmem”). To, że on nie był ani jednym, ani drugim, nikogo specjalnie nie interesowało, tak jak dla liberałów poza liberalizmem prawda nie istnieje. Z tego wynika systematyczna i celowa kampania zachodnich mediów przeciwko eurazjatyzmowi i eurazjatom, która zaczęła się jeszcze w latach 90. XX wieku.

W trakcie ukraińskiego dramatu rozróżniłem rosyjskich atlantystów na „piątą” i „szóstą” kolumnę. „Piąta kolumna” jest otwarcie atlantycka, przeciwna Putinowi i rosyjskiemu patriotyzmowi, jest liberalna i działa w myśl amerykańskiej polityki. „Szósta kolumna” jest zamaskowana jako pragmatycy i technokraci – pozornie wspiera Putina, ale tak jak „piąta kolumna” kategorycznie odrzuca eurazjatyckie idee i próbuje ograniczać i sabotować wszystkie patriotyczne przedsięwzięcia Putina, zadając ciosy eurazjatyckiej sieci w kraju i poza jego granicami. Na Ukrainie Majdan był posunięciem atlantyckim. Krym był pierwszym eurazjatyckim odwetem za Majdan. Noworosja byłaby drugim, lecz nasze przyjście w to miejsce (jak na razie) atlantystom poza i w Rosji udało się odeprzeć. Wiele zmieniło się w trakcie tych dramatycznych wydarzeń na Ukrainie w 2014 roku. Ale eurazjatycka geopolityka pozostała niezmienna: przyszłość Rosji to suwerenność, wielobiegunowość i pełna niepodległość od amerykańskiej dominacji. O tym mówi Putin, i to czyni. Dlatego mimo wszystko, poparcie eurazjatów dla Putina i jego kursu pozostaje niezachwiane. Znów – nic personalnego. W każdym momencie pojedyncze aspekty polityki mogą wywołać większy lub mniejszy entuzjazm, a niektóre w ogóle nie wywołają żadnego, jednak w perspektywie długiego czasu, mierzonego w dekadach, widzimy: Putin właśnie eurazjatycką politykę prowadzi. I jawnie będzie prowadził ją dalej. Jego poprzednie expose do Dumy nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Jego słowa zabrzmiały tak, że nie można było ich nie zrozumieć. Putin powiedział: Jeśli dla części europejskich krajów narodowa duma to dawno zapomniane pojęcie, a suwerenność to zbyt wielki luksus, to dla Rosji jest ona realnym, koniecznym warunkiem egzystencji. To musi być oczywiste dla nas samych. Chcę podkreślić: albo będziemy suwerenni, albo zagubieni w świecie. I muszą to zrozumieć także inne mocarstwa.

Eurazjaci w Europie i innych krajach dobrze rozumieją poprzez geopolitykę, że na Ukrainie nie zetknęły się ze sobą dwa narody – ukraiński i i rosyjski, ale Ląd i Morze, amerykańska jednobiegunowość i hegemonia oraz wielobiegunowość reprezentująca Rosję. Dlatego eurazjatycka sieć działa nie w interesie Rosji, ale w interesie Europy, w interesie idei wielobiegunowości. Konserwatywne kręgi w Europie nie zgadzają się z liberalizmem i amerykańską agendą. Konsekwentnie, zwracają swe oczy tam, skąd może przyjść alternatywa. I co widzą? Rosję Putina i ideologię eurazjatycką.

Ta logika jest widoczna dla przyjaciół, ale ewidentna także dla wrogów. Putin – wróg numer jeden współczesnej liberalnej cywilizacji Zachodu i Morza, konsekwentnie broniący interesów cywilizacji Lądu. Każdy odnoszący sukcesy władca, czyniący Rosję wielką i niezależną, był w oczach Zachodu „zły”, bez względu na to kim był naprawdę. Dlatego Putin po prostu nie może stać się bohaterem USA i atlantyzmu – musiałby zniszczyć Rosję, tak jak zrobił Gorbaczow z ZSRR, za co był fetowany.

W pewnym momencie Putin jako przywódca wielkiego państwa, i ideologia eurazjatycka jako konceptualny aparat, który trafnie wskazuje wyzwania i cele wynikające z bieżącej sytuacji geopolitycznej, (w chwili gdy stare ideologie – prawicowe i lewicowe – już nie działają) zlały się w jeden obiekt totalnej nienawiści w oczach całej atlantyckiej sieci. Każdy kto popiera Rosję albo tylko krytykuje Zachód staje się „agentem Putina”, „rosyjskim szpiegiem” i „eurazjatą”. Spójrzmy na nagłówki zachodnich mediów: pełno w nich „piątej kolumny Putina”, opublikowanych list rosyjskich szpiegów, i wygrzebanych przez hackerów CIA (zamaskowanych jako „Ukraińcy”) maili członka Ruchu Eurazjatyckiego, które posłużyły jako taran kampanii identyfikowania tych, którzy sympatyzują z Rosją. Czymże jest nasza mała, heroiczna sieć przeciwników współczesnego liberalnego świata w porównaniu z trylionami Rezerwy Federalnej, liberalnymi uniwersytetami, najnowocześniejszymi technologiami, globalnymi mediami, w porównaniu z dziesiątkami tysięcy organizacji pozarządowych i agentów wpływu na szczytach władzy w każdym państwie Europy i Azji… Ale to przeciwnik wpada w szał i wściekłość. Bo jesteśmy Rosjanami. A głową Rosji – Putin. Z nim – lud i nasza historia. I garstki entuzjastów, wychodzących z flagami Noworosji na ulice europejskich miast. To początek przebudzenia ku alternatywnej cywilizacji – Lądu, Heartlandu.

Aleksandr Dugin. Na podstawie: xportal.pl

Telegonia. O ciemnej stronie rewolucji seksualnej

Konstantin Makowski

W XIX wieku w Anglii niejaki lord Marton wykonał eksperyment: do klaczy pełnej krwi arabskiej dopuszczono samca zebry. Sparowanie takie nie przyniosło potomstwa, stało się jednak coś innego: po jakimś czasie owa klacz urodziła źrebaka spłodzonego przez ogiera rasy arabskiej. Młode miało maść po ojcu, ale w delikatne paski – jak zebra.

Być może, drogi Czytelniku, takie postawienie kwestii wyda Ci się nieco dziwne, chcę jednak przytoczyć przykład zadziwiających właściwości organizmu ludzkiego jako radioukładu. Pragnę opowiedzieć o żeńskich genitaliach jako o urządzeniu zapamiętującym. Zaprogramować genitalia kobiety może tylko jej pierwszy mężczyzna. Dlatego dziewczynę wykorzystaną przez uwodziciela, niegodziwca, pasożyta dla zaspokojenia instynktu i porzuconą uważano za zepsutą. Pierwszy mężczyzna zaszczepił jej komórkom jajowym swój genotyp, toteż nasi Przodkowie gardzili tymi, które nie zachowywały dziewictwa, i nie pozwalali swym synom żenić się z nimi. Zjawisko utrwalania pamięci o genotypie pierwszego mężczyzny w żeńskich genitaliach nazywa się telegonią. Pierwszy mężczyzna umieszcza biologiczną podstawę potomstwa kobiety niezależnie od tego, kiedy i z kogo je urodzi. Mężczyzna, który pozbawia kobietę dziewictwa, zostaje genetycznym ojcem jej przyszłych dzieci.

Ponowne odkrycie telegonii po wiekach było ukrywane. W celu uwiarygodnienia oszustwa nawet w encyklopediach pisano, że telegonia nie została potwierdzona przez naukę. Ale tylko w stosunku do ludzi. Naukowcy nigdy nie zrezygnowali z wykorzystywania telegonii w hodowli zwierząt. W przeciwnym razie Rosja nie dysponowałaby najlepszymi rumakami, krowami mlecznymi ani wspaniałymi, dającymi najlepsze futro sobolami.

A teraz zwróćmy uwagę na dzisiejsze czasy. Minęło 150 lat od ponownego odkrycia telegonii. W czasach, gdy zachowujemy dziewictwo klaczy i samic sobola, by po raz pierwszy inseminować je najlepszymi przedstawicielami gatunku, pozwalamy swym dzieciom brać udział w bachanaliach rewolucji seksualnej. Uwielbiamy porównywać się z USA. Tam już dawno słowa „miłość” i „rodzina” znaczą coś innego. Tak! Zbyt dramatyczne okazały się dla USA następstwa niemoralności. W kraju mają 55 milionów narkomanów. Obraz upadku dopełniają inne liczby. Z różnych powodów nie pracuje tam około połowy ludzi w wieku produkcyjnym. Połowa dorosłej ludności USA nie potrafi napisać listu. „Czterdzieści cztery miliony dorosłych Amerykanów nie są w stanie obliczyć, ile pieniędzy wydają na zakupy w hipermarkecie, porównać cen produktów, uzyskać informacji z tekstu umieszczonego na najprostszych drukach” (Godzina szczytu, nr 44, 1993 rok).

Ogólny upadek narodu wywołał w USA popyt na dziewice. To naturalna reakcja obronna społeczeństwa na degenerację, kiedy oczywistą normą jest fakt, iż dziewczyny, które hulały przed zamążpójściem, rodzą zboczeńców, narkomanów, inwalidów i chorych psychicznie. Według bieżących danych ok. 37 milionów ludzi w Stanach Zjednoczonych wymaga pomocy psychiatry (R. Klimów, Książę tego świata). Nowoczesny świat, zlekceważywszy normy moralne i telegonię, w zamian otrzymuje zwyrodnienie narodu na straszną skalę. Te jasno wyrażone formy patologii już dają o sobie znać w wielu upadłych moralnie państwach, nie wyłączając Rosji.

Jeszcze trzy lata temu było u nas 30 tys. narkomanów. Teraz jest ich już 5 mln. Szybko i jawnie rośnie grono złodziei, zboczeńców i gwałcicieli. Ich negatywny wpływ wzmacnia tylko efekt wywołany przez kryzys gospodarczy. Jedna z głównych przyczyn obecnego światowego kryzysu to ignorancja ludzi, wyrażająca się w niemoralności społeczeństwa, które pozwoliło kobiecie lekceważyć prawa dziedziczenia. Na eksponowane stanowiska pretendują, a nawet już je zajęli, błędnie zaprogramowani przez przyrodę ludzie. Zaczęli oni w negatywny sposób przeobrażać społeczeństwo. Dzisiaj w Rosji mamy bardzo wysoki procent alkoholików. Dziewczęta godzące się na stosunek z mężczyzną, który wypił, powinny wiedzieć, że ich dzieci mogą zostać pijakami. Może to ominąć ich dzieci, lecz odbije się na wnukach, czyniąc je niepełnosprawnymi. Zepsucie, niemoralność, przekazywane są dziedzicznie z tendencją wzrostową z pokolenia na pokolenie i wcześniej lub później przerywają istnienie rodu.

Przykładów potwierdzających związek różnych form niemoralności z urodzeniem upośledzonego potomstwa istnieje więcej niż wystarczająco. Droga do przywrócenia zdrowia każdego narodu, niezależnie od tego czy to Amerykanie, Francuzi czy Rosjanie, biegnie wyłącznie przez przywrócenie przestrzegania norm etycznych. Bez rozwiązania tego problemu ani jedno państwo nie zgromadzi wystarczającej ilości odpowiednich kadr, które mogłyby wyprowadzić ludzkość z globalnego kryzysu. A teraz przejrzyjcie programy telewizyjne, które kształtują nasze dzieci: opery mydlane, gdzie wszystkie pary splotły się w seksualnym kłębku, filmy akcji z gwałcicielami, talk-show z udziałem prostytutek i propaganda upadku norm. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, jego kraje związkowe stały się dostawcami prostytutek do różnych państw świata. A przecież było inaczej…

„W szczytowym okresie II wojny światowej niemiecki lekarz, badający porwane z ZSRR do Niemiec dziewczyny, w wieku od 18 do 20 lat, postanowił zwrócić się do Hitlera z apelem, by natychmiast rozpoczął rokowania z naszym krajem. Zadziwiło go, iż 90% dziewcząt było dziewicami. Pisał, że niemożliwym jest zwyciężyć naród z tak wysokim poziomem moralności” (Słupow, Peterburskije nowostki, nr 31, 1995 rok). W ten sposób niespodzianie jeszcze raz przekonujemy się o negatywnym wpływie pomijania znaczenia nieodzowności krzemu jako pierwiastka życia. I jeśli za pomocą układów opartych na krzemie można zapisać na taśmie magnetofonowej pieśń, to na żeńskich genitaliach raz i na zawsze zapisuje się pieśń życia. Bardzo ważne, kto dokonuje tego zapisu. Energetyka istot żywych podczas kontaktu seksualnego przechodzi z samca na samicę.

Z książki Nadieżdy Siemionowej „Szkoła zdrowia”

Trehlebow i Anastazja. Przekaz a płeć

pustelnica Anastazja i wiedun Trehlebov

Większość osób zainteresowanych powrotem do słowiańskich korzeni zna powyższe postacie: długobrodego wieduna Aleksieja Wasiljewicza Trehlebowa oraz żyjącą w głębokiej tajdze, tajemniczą pustelnicę Anastazję, o której świat usłyszał dzięki książkom rosyjskiego przedsiębiorcy – Władimira Megre. Wkład tych osobistości w odradzanie się kultury aryjskiej i odbudowę naszej dawnej wiedzy jest ogromny.

A jednak utworzona przez Władimira Megre Partia Rodzinna odniosła się do Aleksieja Trehlebowa z nieufnością, wręcz wrogością, nazywając go jednym z „agentów zagranicznego wpływu”. Opinię tę przejęło wielu anastazjowców, którzy uważają nauczanie Aleksieja Wasiljewicza za podejrzane, w przeciwieństwie do nieskazitelnego przesłania Anastazji. Gdzie tkwi przyczyna tej niechęci – czyżby te dwie duchowe treści zasadniczo różniły się między sobą?

Dla kogoś, kto dostatecznie uważnie wgłębił się w lekturę „Dzwoniących Cedrów Rosji” i równie wnikliwie wsłuchał w wypowiedzi szacownego wiedagora, odpowiedź może być tylko jedna: nauki płynące z obydwu źródeł nie tylko nie stoją ze sobą w sprzeczności, ale doskonale się ze sobą pokrywają niemal w każdym wątku. Owszem, sposób przekazywania wiedzy jest całkiem odmienny.

Trehlebow naraził się anastazjowcom, przypisując ich idei znamiona naiwności. Niemniej sam ruch zbudowany wokół pomysłu tworzenia rodowych siedlisk uznał on za jak najbardziej godzien pochwały. Część anastazjowców, miast wysłuchać przestróg przyjaznego im mędrca, uniosła się dumą i jęła doszukiwać się w jego działalności „mącenia wody”. Wpłynęły na to również bliskie związki Trehlebowa z inglistami, zwłaszcza kontrowersyjnym przywódcą inglizmu, Aleksandrem Hiniewiczem. Należy wyjaśnić, że inglizm to ledwie jeden z nurtów rodzimowierczych działających na terenie Rosji. Jak każdy z nich ma prawo do swoich błędów, natomiast samym wartościom i filozofii trudno cokolwiek zarzucić. Co najważniejsze: nauka Aleksieja W. Trehlebowa wykracza daleko poza cerkiew inglistów, która stała się dla niego jednym z kanałów głoszenia uniwersalnych prawd.

Przekaz Anastazji dociera do znacznie szerszego grona odbiorców. Jego egalitarność stanowi o jego sile: wznosi się ponad okopy starowierców, dokonując przemian w duszach i umysłach ludzi nie związanych z przywracaniem lnianych tekstyliów, słowiańskiej symboliki i czci zapomnianych Bogów. To potok żeńskiej siły, żeńskiej mądrości – ujmujący, wzruszający, chwytający za serce. W społeczeństwie mamy niedomiar tej mocy, dlatego słowa Anastazji działają tak kojąco i inspirująco na rzesze czytelników.

Tymczasem Trehlebowowi anastazjowcy zarzucają niespójność poglądów… Przesłanie Anastazji to przekaz pozbawiony struktury – taka już istota żeńskiej mądrości. Żeńczyny nie tworzą systemów filozoficznych, ba – one nawet nie nauczają: ich rola to dawanie natchnienia. Nawet sama Anastazja potrzebowała mężczyzny – Władimira, aby zebrał i uporządkował jej myśli. Trehlebow wykłada wiedzę usystematyzowaną, zaś pozorne sprzeczności wynikają z dialektyki, z jaką zawsze mamy do czynienia w przypadku rozważań wyższego rzędu. Nic dziwnego, że ludziom łatwiej przyswoić ciepłą, pełną miłości, czystą ideę, niż surowe lekcje wieduna, które wymagają przygotowanego gruntu światopoglądowego i określonego poziomu duchowej świadomości.

Należy też przyznać, iż to właśnie kręgi anastazjowców wykazują większą skłonność do dogmatyzmu i odrzucania wszystkiego, co nie zostało zawarte w dziesięciu tomach książki. Wynika to, niestety, z przyzwyczajeń wyniesionych z matriarchalnego programu wychowania i nauczania, jaki obowiązuje obecnie w naszym kraju. Panie nauczycielki przyzwyczajają w dzieciństwie do ramek, poza które nie wolno wychodzić. Chłopcy posiadający naturalną predylekcję do ich kwestionowania, badania, odkrywania, zapuszczania się w nieznane i filozofowania – są adekwatnie temperowani: za wzór stawia im się dziewczynki, którym odpowiadają racje narzucone przez wychowawczynię. Powoduje to nie tylko stłumienie męskich cech psychicznych w dorosłym życiu u mężczyzn oraz poczucie wyższości u kobiet, lecz także ironiczne podejście do męskich przekazów u obu płci.

Co ciekawe – Anastazja nie wyłuszcza kwestii współpracy energii męskiej i żeńskiej, co z kolei stanowi bardzo poważne zagadnienie u Trehlebowa. Żeńczyna to XX, mężczyzna – XY. Mężczyzna zna i męskie, i żeńskie, zna naturę obopólnych relacji.

Dobro wynika z właściwego współdziałania męskiej i żeńskiej mądrości. W przyrodzie pierwiastek żeński podporządkowuje się męskiemu, więc i my powinniśmy tak działać. Dawniej nauczaniem zajmowali się wyłącznie mężczyźni. Oni też stawali się wołchwami. Baba Jaga przekazuje mądrość, ale nie poucza! Zachwycając się więc opisami duchowego piękna niezwykłej syberyjskiej Pustelnicy, pamiętajmy o naszych rodowych mędrcach – tych, którzy nas prowadzą.

Aryjec

W krainie szachów

Czarny koń. Szachy

Rodowód „królewskiej gry” zwykło wywodzić się z Indii, gdzie powstała jej pierwotna wersja – czaturanga. Podejrzewam jednak, że szachy towarzyszą naszej kulturze znacznie dłużej, niż się przypuszcza. Śmiało możemy nazwać je jedną z aryjskich zabaw narodowych – wszak na terenach Indii czy Persji rozciągała się niegdyś cywilizacja wedruska.

Z pozoru szachy wydają się nieledwie ambitną towarzyską rozrywką intelektualną. Włączenie ich w krąg rozgrywek sportowych, połączone ze standardyzacją i naukowym rozwojem teorii szachowej, zdegradowało je do roli mnemonicznej rywalizacji, dyscypliny przeznaczonej dla mózgów, które podjęły trud zbliżenia się do komputerowych prędkości obliczeniowych. Tym samym zaprzepaszczono duszę szachów – tak jak wszystkiego, czego dotknęła technokracja.

A możemy w nich znaleźć wiele z duchowości aryjskiej. Szesnaście bierek u każdego z graczy, plansza osiem na osiem pól – szachy odzwierciedlają aryjski system szesnastkowy. Symbolicznie przestawiają pojedynek między światłem i mrokiem. Pierwszy ruch należy do białych – to siła jang. Podobnie jak w kosmicznej potyczce – nie chodzi wyłącznie o to, by pokonać przeciwnika. Wyższym celem gry jest głębsze, pełniejsze pojęcie jej zasad – doskonalenie się. Hierarchia figur wyznacza drogę wzrostu duchowego: od najsłabszego, popularnego pionka (którego znaczenia jednak nie sposób przecenić), do „wszechmogącego” hetmana i dowódcy – króla (podobnie jak w talii kart). I tak jak w ewolucji duchowej, tu również zdarzają się nagłe metamorfozy, gdy pion dobrnie do miejsca promocji. Jeszcze inna świadomość to perspektywa „grającego”. Tak samo w życiu – jedni odgrywają rolę pionka czy silniejszej figury, inni już władnie kierują życiową rozgrywką, dystansując się do niej dzięki zdobytej mądrości.

Szachy to poniekąd także dziedzina sztuki; dają pole do popisu nie tylko artystom rzeźbiarzom, ale i twórcom kompozycji szachowej. Niewątpliwie urok szachów polega również na ich szlachetnej estetyce: jedną z partii Karpowa, zakończoną remisem, nazwano „niedokończoną symfonią białych”. Paul Keres, wybitny szachista radziecki (estoński), zyskał przydomek „Księcia Szachów”. Tym podobne określenia dobrze oddają piękno zaczarowanej, szachowej krainy.

Szachy sprzyjają rozwijaniu męskiego typu myślenia – strategicznego, są przeto wskazanym ćwiczeniem umysłowym dla chłopców. Dziewczynki nie za wiele na nich skorzystają, żeńską psychikę wspierają inne aktywności. Niezależnie od tego, jak zaawansowane umiejętności szachowe reprezentujemy – sądzę, że zdrowiej jest zachować świeże, dziecięce nastawienie do tej zabawy, niż pławić się w wybujałych elaboratach, analizach i algorytmach. Zbyt poważne i ścisłe podejście może nas kosztować utratę radości grania, a tego – jako Aryjczycy – przecież byśmy nie chcieli.

Aryjec

Aryjski patriarchat. Część trzecia: dyskusja

starzec i dziewczyna

W czasach rozkwitu słowiańskiej kultury żeńczyny nie dyskutowały z mężczyznami. I choć wielu może dziś wydawać się to straszne lub niesprawiedliwe – nie cierpiały z tego powodu, przeciwnie: spełniały się jako szczęśliwe, kochające i kochane żony i matki. Czy to znaczy, że były głupie lub nieświadome?

Przez „dyskusję” rozumiem wymianę poglądów. Dawniej istniało wśród ludzi poczucie jedności męża i żony. Różnica zdań w takim wypadku stawała się niemożliwa: żona zawsze przyjmowała stanowisko męża. Niegdysiejsi mężczyźni doskonale wiedzieli: dobra żona jest wierna nie tylko w pościeli i miłości, lecz także w myślach. Wiązało się to z wolnością wyboru męża – żadna żeńczyna nie poślubiała przecież mężczyzny, z którym nie zgadza się i któremu nie będzie w stanie całkowicie się poddać. Nie dyskutowały białogłowy również z innymi mężczyznami – do czego niby miałyby ich przekonywać? Racja rodzinna była wspólna, bez podziału na strony.

Moda na wchodzenie w spory z mężczyznami pojawiła się bardzo późno, bo w XX w. – wylansowana przez kobiety nie potrafiące odnaleźć się w żeńskiej roli, które przekornie nazwały siebie feministkami. O dziwo, mimo wprowadzonego od wieków dyktatu religijnego nakazującego jednożeństwo, a co za tym idzie – ograniczenie swobody wyboru męża, żeńczyny zasadniczo nie przeciwstawiały się swoim mężczyznom nawet, kiedy okazywały się od nich mądrzejsze. Potrafiły przekazywać swoją żeńską mądrość w łagodny, dyskretny sposób, harmonizujący z ich naturą. Wiedziały, że kłócąc się z mężem rujnują jego i całą rodzinę, a więc tym samym również siebie.

Dopiero szereg wyniszczających wojen, zwłaszcza dwa wielkie konflikty ubiegłego stulecia – zaplanowane i rozpętane przez wrogów aryjskiej kultury – pozwoliły przebić się obcej propagandzie i wprowadzić nowy ustrój społeczny, godzący w męskość, żeńskość, rodzinę i tym samym całą ludzkość. Stało się to możliwe dzięki zredukowaniu i osłabieniu męskiej populacji: z powodu braku mężczyzn kobiety zostały zmuszone przejmować tradycyjnie męskie zadania. Takie działanie, niestety wpływa na żeńskość na poziomie subtelnym, którą zaczynają wypierać męskie wzorce. Wymuszone „równouprawnienie” na polu zawodowym siłą rzeczy pociągnęło zrównanie ze sobą obu płci w sferze kontaktów międzyludzkich. Jeśli zaś męskie równa się żeńskiemu, to znaczy, że fundamentalne znaczenie płci zostało zatarte. Otumanionym masom wmawia się, jakoby oznaczało to wolność, równe szanse i traktowanie dla wszystkich. W rzeczywistości mamy do czynienia ze zniszczeniem właściwych relacji oraz powszechnym zagubieniem: brakiem tożsamości. Płeć bardzo silnie determinuje psychikę; kiedy świadomość natury własnej płci zostaje zrelatywizowana, u człowieka dochodzi do pomieszania umysłowego. Wyraz takiego stanu mentalnego znajdujemy w większości wytworów współczesnych popartystów, którzy błądząc w pustce próbują odnaleźć utraconą identyfikację i cel z nią związany w „mocnych wrażeniach”.

Bywamy dziś świadkami dyskusji między mężczyznami a kobietami w prasie, radiu i telewizji. Przyjrzyjmy się im dokładniej, a zrozumiemy, iż – niezależnie od tematu – debaty takie nie posiadają najmniejszego sensu. Kobieta z natury jest alogiczna. Stanowi to o szeregu jej zalet: myślenie logiczne to tylko jedna z dróg dochodzenia do mądrości, wcale nie najdoskonalsza. Przyroda predysponowała żeńczyny do myślenia innymi – intuicyjnymi torami. To jednak wyklucza je z udziału w dyskusjach, gdyż sensowna dyskusja wymaga logicznego przebiegu myśli. Zapędzone kobiety, gubiąc się w logice prowadzonych sporów, uciekają się do wypowiedzi emocjonalnych, argumentów ad personam, uciszania w stylu „pani nauczycielki” (wzorzec wyniesiony ze sfeminizowanych szkół) itd. I na tym dyskusja się kończy, ponieważ maniery nakazują mężczyźnie… ustąpić. Dla feministek to sprawiedliwość: tyle lat kobiety ustępowały mężczyznom! Tymczasem owa poprawność polityczna prowadzi nas, podobnie jak tego rodzaju dyskusje – donikąd. Nie przez przypadek obserwujemy coraz więcej agresji w mediach – to wynik pojawienia się w polityce i dziennikarstwie kobiet. A zdawałoby się, że powinny wnieść do nich tyle łagodności.

Teoretycznie udział kobiet w życiu politycznym czy medialnym nie jest wykluczony. Niemniej praktyka pokazuje, iż te obszary winny pozostać zarezerwowane dla mężczyzn ze względu na panującą w nich atmosferę rywalizacji: kobiety nie utrzymują w takich warunkach swojej żeńskiej energii.

Drogie Kobiety, Drogie Żeńczyny: nauczcie się słuchać, słuchajcie swoich mężczyzn. Jeśli Wasi mężczyźni nie potrafią Was wysłuchać – nauczcie ich tego przez swoją uległość. Mężczyzna i kobieta nie powinni dyskutować ze sobą; powinni rozmawiać – każde na swój sposób.

Powyżej: fragment obrazu Rościsława Felicina „Młoda dziewuszka i starzec za stołem” (1855).

Aryjec

Aryanizm. Błędy i wypaczenia z nutą nadziei

nazistowskie flagi

Aryanizm to – najogólniej rzecz ujmując – jeden z nurtów odrodzenia narodowego nawiązujący do duchowego dziedzictwa legendarnych Ariów, posługujący się w swej terminologii kategorią „aryjskości”. Przy całym szacunku dla obranej przez arianistów drogi, należy stanowczo wskazać na jej wiele programowych niedoskonałości, by nie powiedzieć – skrzywień.

Podstawowym problemem są centralne źródła inspiracji aryanizmu, czyli Adolf Hitler i jego ideolodzy. Niesie to ze sobą silny nacisk na próby rehabilitacji Hitlera, jego współpracowników oraz  używanych przez nich symboli. Przywracanie godności swastyce, owszem, zasługuje na pochwałę – cóż jednak po takich działaniach, skoro postawienie przez arianistów na piedestale führera sprawia, że nasz święty znak znowu kojarzony będzie głównie z hitleryzmem? Sympatycy aryanizmu nie dostrzegają w tym nic złego, uważając hitlerowskie poglądy za pełnowartościowe.

Za słuszne uznać należy przeciwstawienie się demonizacji Adolfa Hitlera – kreowania wizerunku niepoczytalnego potwora i uosobienia największego historycznego zła. Tego typu kalki nakłada się bowiem na umysły w celu ukształtowania schematycznego spojrzenia na historię i petryfikacji fałszywych mitów mających dzielić ludzi, podsycać irracjonalne lęki i animozje. Niemniej przyznanie, iż Hitler był wybitną osobowością polityczną, człowiekiem oczytanym, utalentowanym filozofem i strategiem, nie może przysłaniać nam destruktywnej roli, jaką odegrał w procesie odradzania się aryjskiej kultury.

Pamiętajmy o żydostwie Hitlera – był on tzw. Żydem lewej ręki (tj. Żydem po ojcu), nieślubnym dzieckiem jednego z Rotszyldów. Samo pochodzenie nikogo nie dyskredytuje, lecz – jak dowodzi życiorys przywódcy III Rzeszy – los nie pisze przypadkowych scenariuszy.

Wykorzystanie przez Hitlera aryjskiej wiedzy i symboliki wynikało przede wszystkim z jego zainteresowań okultystycznych. Ideologia odwołująca się do starożytnej mądrości silnie oddziaływała na podświadomość społeczeństwa, które zachowało ją w pamięci genetycznej. Podobnie ze swastyką: użycie tak silnego talizmanu pozwoliło Hitlerowi na działanie z wielkim rozmachem – to przykład sprzeniewierzenia mocy.

Skłonny jestem nawet zaakceptować tezę, jakoby pierwotnym celem Hitlera istotnie było wyeliminowanie żydowskich wpływów w Niemczech i całej Europie. Najwyraźniej jednak jego ideały od samego początku wzrastały na niewłaściwym gruncie. Budowa potężnego państwa militarnego dzięki dofinansowaniu przez syjonistów z Zachodu, wymierzona została przeciw przeżywającemu rozkwit Związkowi Radzieckiemu.

No właśnie. Rewizjonizm arianistów przedstawiałby się o wiele bardziej przekonująco, gdyby wykazywał charakter kompleksowy. Tymczasem postać Józefa Stalina widzą oni zupełnie stereotypowo. Ich światopogląd przybiera więc formę zgodną z aktualną doktryną syjonistyczną: „Hitler nie był taki zły, Stalin był o wiele gorszy”. Zauważmy przy tym: choć Hitlera, oczywiście, nie można obwiniać za wszystkie nazistowskie zbrodnie, to nie da się ukryć, iż on sam skonstruował i wprawił w ruch ideologię, na bazie której wyrósł niszczący, a nie budujący, nastawiony na brutalną wojnę system. Stalin natomiast nie był ideologiem, a działaczem, który wniknął w zepsute, bolszewickie struktury – nie on stworzył radzieckie państwo i aparat władzy, on je tylko przekształcał. I to nie Związek Radziecki rozpętał rzeź, w której zginęło ponad 30 milionów Słowian. Toteż o ile sylwetkę i działalność Stalina da się potraktować w oderwaniu od ofiar wojennych i morderstw NKWD, to w przypadku Hitlera abstrahowanie od jawnie szkodliwych formacji nazistowskich zakrawa na niedojrzały, naiwny idealizm.

Dlatego próżne wydaje mi się stawiane przez arianistów pytanie: Na czym bardziej skorzystają nasi wrogowie – na wizerunku Hitlera, który nas inspiruje, czy na tym, który nas demoralizuje? Nasi przeciwnicy dyskontują zarówno sentymenty, jak i resentymenty hitlerowskie. Za cel powinniśmy postawić sobie trzeźwe i przytomne spojrzenie na przeszłość, wolne od uprzedzeń, ale i wyidealizowanych wyobrażeń. Czy nie mamy już innych źródeł inspiracji, żeby czerpać je od Adolfa Hitlera, którego intencje w najlepszym wypadku były niejasne? Przypomina to trochę argumenty neobanderowców: do kogo mają wzdychać biedni nacjonaliści ukraińscy, jak nie do Stepana Bandery i wysnutej przezeń unikalnej, szeroko zakrojonej wizji politycznej? A to, że w zainicjowanym przez niego ludobójstwie wołyńskim bestialsko zamordowano ponad 100 tysięcy cywilów, to trudno…

Błądzenie arianistów i poszukiwanie natchnienia u Hitlera wynika, jak zwykle, z odcięcia od duchowych korzeni (bo intelektualnych podstaw trudno im odmówić). I chociaż twórcy aryanizmu wspominają zamierzchłe czasy solarnej cywilizacji Złotego Wieku, w gruncie rzeczy zajmuje ona w ich filozofii miejsce marginalne. Poważnym obciążeniem jest także włączenie przez nich w obszar kultury aryjskiej gnostycyzmu – wg aryańskiej definicji: przekonania, że materialna egzystencja jest z gruntu zła i ostatecznie musi zostać przezwyciężona. Wątpliwych założeń znajdzie się więcej. Reasumując: aryanizm wpisuje się, niestety, w zespół ruchów, które utrwalają powiązanie kultury aryjskiej z dokonaniami Adolfa Hitlera, a tym samym szkodzi oczyszczeniu pojęcia „aryjskości”. Ale dość krytyki.

W tytule wyraziłem też pewne nadzieje. Jakkolwiek narzędzia stosowane przez aryanistów uważam za niewłaściwe, nie mogę nie docenić ich ideowego zapału i wagi, jaką przypisują dążeniu do szlachetności. Sądzę, iż wielu z nich odnajdzie za jakiś czas ścieżkę wiele doskonalszą, pozbawioną pokrętnych zaułków ideologicznych. I za to trzymam kciuki.

Aryjec