Medytacyjne dźwięki, cz. I

Pierwsza z serii zaplanowanych przeze mnie medytacji opartych na dudnieniach różnicowych i tonach izochronicznych, nazwana na cześć słowiańskiej Bogini Leli. W tym nagraniu dominują fale theta (ok. 5 Hz) i gamma (40-95 Hz).

Wiemy, że częstotliwość Ziemi wzrasta, podwyższają się Jej wibracje. Zabawa w dudnienia różnicowe i tony izochroniczne pomaga nam w dostrojeniu się do tych zmian, dzięki niej łatwiej i płynniej przechodzimy do nowej rzeczywistości.

Utwór trwa niecałe 20 minut, myślę więc, że nadaje się również dla początkujących słuchaczy. Miłego odbioru i w ogóle – wszelkiego Dobra!

Żdan Borod

………………………………………………………………………………………………

Cierpienia, które obecnie są wyborem twojego stylu życia, stanowią część doświadczeń, które postanowiłeś przejść. Nawet to zniechęcenie do życia. Jest to ani złe ani dobre, to po prostu twoja droga życiowa, odmienna od każdej innej.

Faktem jest, że w każdej sytuacji, obecnej albo „gorszej” niż obecna, możesz zawsze wzbudzać w sobie, poprzez zwykłe pomyślenie, skupienie się na tym, emocje związane z radością, ze szczęściem. Możesz skupić się na tym, żeby utrzymywać w swojej wyobraźni obraz siebie jako radosnego człowieka.

Początkowo może wydawać ci się, że to taka iluzja bez sensu, jednak już od pierwszego pomyślenia twoje życie będzie kierowało się właśnie tam, w rejon szczęścia. Jeżeli postanowisz utrzymać ten stan szczęścia na zawsze, to nie ma innej drogi, nie ma innej rady, on pojawi się i zostanie.

Twoje życie tworzysz, od chwili poczęcia, w twoim umyśle.

Joachim M. Werdin, 2007, źródło: http://forum.niejedzenie.info

***

 

 

Tak dawno nie wsiadaliśmy razem do pociągu.

 

 

 

Minęły nasze urodziny bez nas.

 

 

 

 

Już prawie zima, a nas nie ma.

 

 

 

 

 

 

Żdan Borod

 

Czy plastik rzeczywiście szkodzi naturze?

Plastik. Zdjęcie: Żdan BorodOczywiście, szkodzi, jako trudno rozkładająca się substancja toksyczna, która może przenikać do wody, gleby, powietrza i ciała.

Nie zmienia to faktu, że wszelkie akcje nakłaniające do zaprzestania zakupu, produkcji i używania tworzyw sztucznych nie mają z ekologicznego punktu widzenia niemal żadnego sensu.

Przyczyna jest bardzo prosta: mówi się, że plastik produkuje się z ropy, ale to tylko ubrana w eufemizm półprawda. Śliśclej rzecz ujmując: najczęściej stosowane tworzywa sztuczne produkuje się z odpadów ropopochodnych. Ropy naftowej nie wydobywa się dla plastiku czy tkanin syntetycznych (gdyby tak było, nie byłyby takie tanie), wytwarza się je z tego, co pozostało z rafinacji ropy na potrzeby przemysłu paliwowego.

Czy zauważyłeś, że ilość plastiku pojawiającego się wokół nas rośnie wprost proporcjonalnie do wzrostu zużycia paliw ropopochodnych?

Dlatego zaprzestanie kupowania i używania plastiku oraz sztucznych tkanin zupełnie niczego nie zmienia w kwestii dbałości o środowisko. Ponieważ ten plastik (jego substraty) i tak został już wytworzony jako produkt uboczny i coś trzeba z tym zrobić. Jeśli nie upchnie się tego w towarach, to w inny sposób. Wprawdzie przekształcanie odpadów ropopochodnych również w jakimś stopniu szkodzi środowisku; z drugiej strony jednak, używając plastiku oszczędzamy wiele naturalnych surowców, na przykład drewno, co przy masowej produkcji ma duże znaczenie.

Jedynym sposobem na rzeczywiste zatrzymanie produkcji tworzyw sztucznych jest minimalizacja zużycia paliw pochodzących z ropy. Każdy kilometr przejechany samochodem to ileś gramów plastiku. Tu warto zauważyć, że rolę motoryzacji w zanieczyszczeniu środowiska w oficjalnych komunikatach w ogóle spycha się zazwyczaj na margines. Wmawia się nam nawet, że główną przyczyną smogu jest palenie w piecach. Jakoś mało kto zastanawia się nad tym, że ludzie palili w piecach od wieków, a problem smogu pojawił się dopiero w ubiegłym stuleciu. Owszem, w ciągu XX w. populacja miast wzrosła wielokrotnie, ale przecież nie przybyło ludzi palących w piecach, nie jest to forma ogrzewania charakterystyczna dla współczesnego miasta.

Wrzucanie na Facebooka logo „poproszę bez słomki” można więc sobie darować. Takie inicjatywy, choć w jakiś sposób zwracają uwagę na temat dbałości o przyrodę, w gruncie rzeczy nie mają najmniejszego wpływu na poprawę stanu środowiska, a wręcz odwracają uwagę od rzeczywistej przyczyny powstawania problemu, to zwykłe mydlenie oczu. To jakby wzywać straż pożarną, żeby gasiła chusteczkę do nosa.

Odstaw samochód, ogranicz jego użycie do minimum. Korzystaj ze środków transportu zbiorowego, które mogą przewieźć większą liczbę osób przy znacznie mniejszym zużyciu paliwa. Tramwaje i pociągi zasilane siecią trakcyjną korzystają z energii elektrycznej, którą nadal w większości uzyskuje się z węgla (wydobycie i spalanie węgla jest bez porównania mniej szkodliwe dla Ziemi, niż wydobycie, przetwarzanie i spalanie ropy). Poruszaj się więcej pieszo. Do tego kupuj jak najmniej towarów dostarczanych z odległych miejsc, zwłaszcza importowanych, których transport wymaga spalania benzyny. Zaopatruj się w rzeczy jak najbardziej lokalne.

Wtedy będziesz mógł powiedzieć, że rzeczywiście uczyniłeś coś w kwestii dbałości o przyrodę. Samo używanie lub nieużywanie plastiku nie robi żadnej różnicy, jakkolwiek warto unikać tworzyw sztucznych i otaczać się materiałami naturalnymi dla własnego zdrowia. Osobna sprawa to bezwzględny zakaz wyrzucania plastiku w inne miejsca niż te przeznaczone na odpady. Tworzywa sztuczne należy traktować jak substancje niebezpieczne i zadbać o ich ścisłą izolację, dopóki nie zostaną unieszkodliwione.

Żdan Borod

Różnica między polaryzacją a separacją: życie jak magnes

magnes i pole magnetycznePowyżej widzicie schematyczne przedstawienie magnesu sztabkowego oraz pola magnetycznego.

Chociaż można przeprowadzić wyraźną granicę między jego połowami, magnes stanowi całość, w której jeden biegun płynnie przechodzi w drugi.

Następuje nieustanny ruch energii między jedną połową a drugą.

Tu należy podkreślić, iż wymiana energii dokonuje się właśnie między połowami, a nie tylko biegunami (krańcami) magnesu.

Jeśli przepołowimy magnes, każda z połówek stanie się samodzielnym, dwubiegunowym magnesem.

Jakkolwiek człowiek jest istotą o wiele bardziej złożoną niż magnes, na jego przykładzie można znakomicie wytłumaczyć kwestię polaryzacji płci (to w gruncie rzeczy masło maślane, ponieważ zarówno słowo „płeć” jak i „polaryzacja” pochodzą od „pół”).

Przyjmijmy symbolicznie, że mężczyzna to czerwona połowa magnesu, a niebieska to żeńczyna.

Mamy przeto połączone ze sobą dwie połowy: nie przyspawane czy przyklejone, tworzące spójną całość, ciągłość. Energia przepływa tu harmonijnie, żywo i swobodnie. Tak to dawniej wyglądało u ludzi. Zwłaszcza w czasach, kiedy żyliśmy bezpośrednio w przyrodzie, ale i jeszcze długo potem, gdy zaczęliśmy tworzyć narzędzia, ubrania i domy, mężczyzna i kobieta stanowili nierozłączną jedność, przedziwne, doskonałe połączenie przeciwieństw.

Taki stan nazywa się polaryzacją.

Wraz z obniżaniem się świadomości ludzi polaryzacja stopniowo przechodziła w separację, czyli oddzielenie, rozerwanie połówek.

Pierwszym krokiem do takiego stanu jest koncentracja na biegunach (skrajnościach). Za głupotę należy uznać stwierdzenie, iż mężczyzna i kobieta są jak dwa bieguny. Jeśli wyobrazimy sobie, że jesteśmy biegunami, a resztą magnesu już nie, powstaje między nami dystans całej długości magnesu. Nie ma już połówek i nie ma też bezpośredniego połączenia między mężczyzną a żeńczyną. Przepływ energii jest wtedy niepełny, a właściwie fragmentaryczny, ograniczony do ekstremów. To sprowadzenie relacji męsko-żeńskich do samca i samicy, nawet nie (bo samiec i samica to przyroda): do poziomu relacji demonicznych, wyszarpywania z siebie energii.

Postrzeganie męskości i żeńskości jako biegunów spowodowało wytworzenie się stereotypów na temat płci. Te stereotypy nie łączą mężczyzny i żeńczyny, lecz oddzielają ich od siebie. To całkowite spłycenie relacji męsko-żeńskich bazujące na nie naturalnych, a sztucznych, wymyślonych różnicach między płciami. Bardzo dobrym przykładem jest przytaczane przeze mnie z uporem maniaka ścinanie włosów przez mężczyzn i nieścinanie ich przez kobiety. To nie jest naturalna różnica, bo włosy z natury u obu płci rosną długie. Ten przykład zresztą tym dobitniej obrazuje oddzielenie, że włosy są istotnie przekaźnikami służącymi m.in. do nawiązywania i utrzymywania silnej relacji między ludźmi.

Nieco inaczej ma się sprawa z tradycyjnym ubiorem, tj, spodniami i spódnicą; ponieważ stroje te wywodzą się z jeszcze z czasów, kiedy ludzie dobrze czuli swoją energię. Spódnica dopasowana została do energetyki żeńskiej, a spodnie do męskiej. Ale jeśli pominiemy aspekty energetyczne i zredukujemy ubiór do wytworu materialnego, to znowu mamy do czynienia z odseparowywaniem płci od siebie. Dlatego samo zakładanie spódnic nic nie da (w sprawie odrodzenia udanych relacji). Część zagorzałych feministek (zwolenniczek odseparowania płci) chętnie zakłada długie spódnice, podkreślając swoją kobiecość. I co? I nic, nie prowadzi to ich do prawdy. Dzieje ludzkości znają mnóstwo przypadków kobiet ubierających się tradycyjnie, które zniszczyły swoich mężczyzn. Dobro wypływa przede wszystkim ze Świadomości.

Stąd odejście od przyrody i rozwój tzw. cywilizacji bezpośrednio wiąże się z oddzieleniem płci od siebie – powoduje wytwarzanie sztucznych i destruktywnych różnic między płciami (rozdźwięku), a zanik różnic naturalnych, harmonijnych i konstruktywnych.

Tak zatem to wyglądało: ludzie odchodząc od duchowego pojmowania rzeczywistości coraz bardziej spłycali różnice między mężczyzną a żeńczyną, aż wreszcie zostały z nich same bieguny. Wtedy magnes pękł na pół. Każda z połówek stała się samodzielnym magnesem i różnią się teraz tylko kolorami, czysto powierzchownie. Czasem się przyciągają, czasem odpychają i takie to hocki-klocki.

Część przekazów reklamujących się jako tradycyjne i „słowiańskie” propaguje w rzeczywistości miękki, zawoalowany model separacji, oparty na subtelnych manipulacjach zamiast czystej miłości. Z pozoru może się to wydawać polaryzacją, albo przynajmniej jej zalążkiem, szczególnie dla człowieka mniej lub bardziej zdezorientowanego, co niestety stanowi dziś normę.

Teoretycznie mniejszy stopień separacji może zdawać się zmniejszeniem dystansu i tym samym drogą do polaryzacji. Moim zdaniem to tak nie działa, ponieważ praktyki separacyjne, jakie by nie były, oparte są na błędnych założeniach, złych fundamentach. To próba przemycenia lisich zasad do Epoki Wilka. Ja się w to nie bawię. Należy od razu tworzyć całość i jedność, żyć z miłością, nawet jeśli nie od razu udaje się idealnie. W lisich praktykach jest odwrotnie: wygląda to od początku spektakularnie, tyle że to tylko piękna wydmuszka.

Mężczyzna jest jan, żeńczyna jin – albo odwrotnie, jeśli spojrzeć na energetykę. Jan i jin to nie bieguny, to połowy przechodzące jedna w drugą. Na płaszczyźnie fizycznej mężczyzna jest czerwoną połówką, a na energetycznej niebieską. Tak z grubsza rzecz ujmując, bo w szczegółach wygląda to różnie, zwłaszcza że w rzeczywistości nie ma ścisłej granicy między płaszczyzną fizyczną i energetyczną (przechodzą one w siebie jak bieguny magnesu). Można by powiedzieć, że tam, gdzie mężczyzna jest jan, żeńczyna jest jin i odwrotnie; pod warunkiem, że nie myślimy wyłącznie kategoriami biegunów.

Bo życie to nie biegunowość, życie to polaryzacja.

Żdan Borod

Skandale obyczajowe a zdrowe społeczeństwo, intelekt a Dobro

16-ramienna mandala. Autor: Żdan BorodW ostatnich miesiącach jesteśmy świadkami bardzo silnego nagłaśniania medialnego pewnych skandali obyczajowych. Wszyscy wiemy, o jakich skandalach mowa; w tym tekście celowo pozostawiam ich przedmiot w domyśle.

Ostentacyjne traktowanie tego tematu w mediach usprawiedliwia się tym, iż chodzi o kwestię tak niebezpieczną i niegodziwą, że powinno się krzyczeć o niej najgłośniej, jak to możliwe, aby maksymalnie napiętnować sprawców i tym samym ugruntować jak najsilniejszą dezaprobatę społeczną dla tego typu zachowań. Za podniesieniem medialnego krzyku przemawia też fakt, że problematyzowane zdarzenia miały miejsce w obrębie instytucji, której przedstawiciele dla wielu Polaków stanowią autorytet moralny, a przynajmniej do takiego miana pretendują.

We mnie cała sprawa budzi tak wielki niesmak, że z zasady nie interesuję się nią (a mimo to dowiedziałem się o niej sporo, co obrazuje skalę wywołanego szumu). I nie mówię o niesmaku związanym z samym tematem (byłoby to zbyt łagodne określenie), lecz właśnie ze sposobem, w jaki go podjęto.

Naturalnie, zwyrodnienia należy ujawniać i przeciwdziałać im w sposób zdecydowany. Ale to, co się dzieje, należałoby raczej nazwać stawianiem zwyrodnień na świeczniku.

Zdrowe społeczeństwo nie pasjonuje się i nie emocjonuje wynaturzeniami, nie tworzy wokół nich atmosfery skandalu, nie koncentruje się na nich. Tak jak zdrowy, odporny organizm prędko zwalcza chorobę, tak zdrowe społeczeństwo krótko rozprawia się z degeneracją i powraca do normalności. Jeśli dzieje się inaczej, to albo społeczeństwo samo uległo degeneracji, albo ktoś próbuje nim manipulować, tak by tę degenerację sprowokować czy pogłębić.

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Przesadne nagłaśnianie jakiegokolwiek zdarzenia związanego z ludzką krzywdą uważam za nieetyczne, ponieważ oznacza brak szacunku do człowieka, który doświadczył cierpienia. Omawiany przypadek dotyczy dzieci, jest zatem wyjątkowo delikatny. Tymczasem w imię chronienia dzieci temat rozdmuchano do takich rozmiarów, że dociera on już do dzieci bezpośrednio. Mało tego – zdaniem tych, którzy temat rozdmuchują, tak właśnie powinno być: według nich należy „uświadamiać” dzieci. Zresztą, wydawnictwa dla dzieci dotyczące tej kwestii są już w obiegu od ponad 10 lat, czyli od czasu, kiedy miała miejsce pierwsza fala upubliczniania zjawiska. Czy normalnemu człowiekowi nie zapala się tu przysłowiowa czerwona lampka?

W tym kontekście przytacza się często (oczywiście, poza mediami głównego nurtu) ideę tzw. okna Overtona. W uproszczeniu – oznacza ona mechanizm stopniowej zmiany obyczajowości społeczeństwa dzięki wyrafinowanej manipulacji. To, co ma obecnie miejsce w mediach, to pierwszy krok tego procesu, jakim jest oswojenie opinii publicznej z danym zjawiskiem. Kiedy uwagę społeczeństwa skupia się na brudzie (nawet poprzez potępianie go), to ów brud zaczyna stawać się codziennością społeczną. Jeśli bulwersujący temat przez miesiące czy wręcz lata nie schodzi z pierwszych stron gazet i ekranów laptopów, to przestaje on być bulwersujący. Po jakimś czasie może się więc okazać, że zacznie się o nim mówić w znacznie lżejszym tonie (właściwie to już się stało). I tu pojawia się pierwsza zmiana w postrzeganiu zjawiska przez społeczeństwo: przestaje ono oburzać. Bariera zostaje przełamana.

To, na czym koncentrujemy swoją uwagę, wzrasta w naszym życiu. Ciekawe, jak wiele myśli i uwagi każdy z nas poświęcił w ostatnich miesiącach rzeczonym skandalom? Kolejne pytanie: do czego jest to normalnemu, zdrowemu człowiekowi potrzebne?

Wychodzę z założenia, iż my, Polacy, mimo wielu problemów, z którymi się borykamy, pozostaliśmy w gruncie rzeczy zdrowym narodem. I abyśmy podołali wyzwaniom współczesności i zachowali zdrowie, potrzebujemy przede wszystkim jednego: skupienia się na Dobru. O dobrych, zdrowych rzeczach należy myśleć i stwarzać je w życiu. Komunał? Dobro jest proste (choć nie prostackie), jest naturalne. Gdy się je skomplikuje – przestaje być Dobrem. A w komplikowaniu specjalizuje się intelekt.

To kolejny sposób kierowania człowiekiem: wyniesienie na piedestał intelektu jako najważniejszego, najwyższego aspektu jego rozwoju. Sugerowanie, jakoby odczuwanie i kierowanie się sercem i intuicją oznaczało naiwność. Wmawianie człowiekowi, jakoby musiał jak najwięcej analizować, aby dotrzeć do prawdy. Rozkładanie rzeczywistości na czynniki pierwsze, szczegółowe definiowanie ich i przedstawianie tego jako realnej wiedzy i mądrości. Tworzenie bezsensownego programu oświatowego, który nie wnosi do społeczeństwa niczego wartościowego. Czy ogromny wzrost liczby Polaków z wyższym wykształceniem spowodował jakiekolwiek korzystne zmiany społeczne?

„Wykształceni” ludzie są z reguły znacznie bardziej podatni na manipulacje medialne, chociaż powszechnie lansuje się tezę odwrotną, wyższy poziom wykształcenia próbuje się kojarzyć z wyższym poziomem świadomości. Jednak większa podatność na manipulacje ludzi wykształconych wynika z faktu, że szkoły wyższe (szkoły podstawowa i średnie także) wcale nie uczą samodzielnego myślenia, a jedynie kształcą konsumentów myślących zgodnie z oficjalnie obowiązującymi doktrynami. Jeszcze 30 lat temu próba nagłośnienia obecnych skandali obyczajowych nie znalazłaby w naszym społeczeństwie prawie żadnego oddźwięku. Człowiek posiada naturalną zdolność odróżniania dobra od zła i to, co odczuwa jako złe – odrzuca. Natomiast z człowiekiem „wykształconym” sprawa nie przedstawia się już tak prosto; takiego człowieka „nauczono myśleć”, wobec czego on nie może sobie ot tak odrzucić tego, co uważa za złe – on musi to dokładnie przeanalizować, ponieważ właśnie jest „człowiekiem wykształconym”, a nie jakąś ciemnotą.

Znamienne, iż obecnie w Polsce wyższe wykształcenie posiada już więcej kobiet niż mężczyzn. Powiązanie tej statystyki z wcześniejszymi spostrzeżeniami pozostawiam Waszemu intelektowi, lub, jeśli wolicie – Waszemu sercu.

Żdan Borod

Irracjonalność ateizmu i wiary w Boga, wielka kosmiczna gra

Złota mandala. Autor: Żdan BorodZarówno „wiara w Boga”, jak i „ateizm” to pojęcia wywodzące się z mentalności religijnej (niewolniczej). To samo dotyczy wiary w wielu Bogów, czyli politeizmu i henoteizmu.

Dzisiejsze znaczenie słowa „wiara” nie ma właściwie nic wspólnego ze znaczeniem pierwotnym, wywodzącym się od słów „wiedza” i „Ra” (wiera). Wiedza, w przeciwieństwie do wiary, to coś pewnego, nie hipotetycznego.

Religijna wiara wynika głównie z emocjonalnego przywiązania do informacji na temat duchowości przekazanych przez społeczeństwo. Nawet wychowanie w rodzinie ateistycznej zazwyczaj niewiele zmienia, ponieważ ateizm, jak zaznaczyłem na początku, jest również przekonaniem spowinowaconym z religią: to zaprzeczenie światopoglądu religijnego, czyli wiara religijna ze znakiem minus. Wielu racjonalistów przypisuje sobie nieuprzedzone (bo ateistyczne) spojrzenie na świat. Tymczasem myślą oni dokładnie tymi samymi schematami co katolicy, tyle że wywróconymi na lewą stronę. Widać to wyraźnie na przykładzie ludzi nauki. Dlatego mitologię Słowian interpretuje się w sposób religijny, mówi się nawet o „religii Słowian”, co jest oczywistym absurdem. Za słuszne należy uznać stwierdzenie, że współczesna nauka opiera się na Biblii.

W praktyce ateizm trudno odgraniczyć od antyteizmu; najczęściej mamy do czynienia z łagodniejszą lub ostrzejszą formą tego drugiego. To w istocie postawa buntownicza, a więc niedojrzała, ściśle związana z emocjonalnym podejściem do negatywnych doświadczeń religijnych.

Religijne niewolnictwo opiera się na okultyzmie, natomiast podstawę okultyzmu stanowi podział życia na sacrum i profanum. Ateista odrzuca sferę sacrum, co niesie ze sobą pewne plusy, jak chociażby brak ciągłego napięcia między dwiema odseparowanymi sferami, uwolnienie się od poczucia niegodności (wobec sacrum) itd. Ale to odrzucenie ma też ujemną stronę.

Ograniczenia stawiane przez religię skutecznie obrzydzają ateistom wszystko, co wiąże się z duchowością. Wobec tego wszelkie doświadczenia duchowe czy mistyczne kwalifikują oni jako halucynacje czy wręcz objawy choroby psychicznej. A przecież to bardzo uproszczona i irracjonalna interpretacja rzeczywistości. Zresztą, nawet halucynacje i choroby psychiczne powinny dawać zdrowo rozumującemu człowiekowi sporo do myślenia, a konkretnie bezradność nauki (czysto materialnych metod poznawczych) wobec zrozumienia procesów ich powstawania.

Nauka nie potrafi nawet dokładnie opisać genezy marzeń sennych. Ściślejsze podejście do tego zjawiska spotykamy jedynie w psychologii, ale nie dysponujemy jego precyzyjnym, chemicznym opisem. Nie wiemy, jakie reakcje chemiczne decydują o tym, że człowiekowi śni się, dajmy na to, różowy słoń – w ogóle, jak od strony molekularnej wygląda mechanizm powstawania wyobrażeń. Zastrzeżenie, że nauka na obecnym poziomie nie potrafi dokładniej wyjaśnić tej kwestii przypomina religijne obietnice zbawienia. Dość odważnie, jak na dziedzinę, która uznaje się za racjonalną i sprowadza mózg do fenomenu biochemicznego.

Pogląd, że materia to energia nie jest obcy nauce i da się to już nawet wykazać doświadczalnie (w akceleratorach cząstek), lecz jak widać, niewiele to zmienia w rzeczywistości. Niewiele nie znaczy nic. Nauka i religia to dwie skrajnie różne formy okultyzmu mające tę samą proweniencję i ten sam cel: utrzymywanie ludzi w niewiedzy i umożliwianie kontroli nad nimi. Okultystyczne pęta zaczynają się jednak rozluźniać, co jest zgodne zarówno z planami sił Światła, jak i Ciemności. Siły te w rzeczywistości współpracują ze sobą, a nie walczą. Toteż zarówno współczesna nauka, jak i religia pomału, pomału nakierowują ludzi na ukrywaną długo prawdę.

Brzmi to co prawda deprymująco. Bo wychodzi na to, że tak czy owak jesteśmy pionkami w rozgrywkach jakichś sił, i na dodatek nie bardzo widać różnicę między Dobrymi i Złymi, skoro ci współdziałają i snują wobec nas swoje plany?

Nie do końca.

W kulturze naszych Przodków czczono i jan, i jin. Słowianie to dzieci Bogów, dzieci Światła, dlatego nasi Przodkowie zajmowali się jasną stroną życia, czyli tworzeniem. Szanowali jednak również ciemną stronę, wiedzieli, że istnieje też siła niszcząca, że także ona spełnia swoje zadania i że wcale nie musi wchodzić im w drogę, że aby tak było, należy tylko odpowiednio mocno „świecić”.

U naszych Przodków nie istniało ani sacrum, ani profanum, nie było więc wewnętrznych konfliktów i napięć; święte było całe życie. Mało tego: w ogóle nie oddzielano Ducha od materii. Materia to jeden ze sposobów przejawiania się Ducha. To część Ducha, która przybrała gęstą i ciężką formę. Po co? W sumie… dla zabawy. To boska iluzja, maja, magia życia. Sens tej zabawy polega na tym, aby cały czas na nowo odkrywać, przypominać sobie, że jesteśmy Duchem, który udaje nieducha, czyli materię. Dawni Słowianie pamiętali o tym, ponieważ dostrzegali Boga we wszechświecie, w przyrodzie, w drugim człowieku i w samych sobie. Relacje z Bogami miały u nich charakter rodzinny. Był to wspaniały etap tej zabawy. Podobni byliśmy wtedy małemu dziecku bawiącemu się z rodzicami w chowanego w niewielkim pokoju. Czuje ono przyjemny dreszczyk, ale w takim pomieszczeniu trudno dobrze się schować i już po kilku sekundach poszukiwań widać, że zza fotela wystaje ramię ojca. Nie zmniejsza to jednak radości z jego odnalezienia (znacie to uczucie?) Z większymi dziećmi nie da się już tak bawić, staje się to kompletnie jałowe. Potrzeba czegoś większego, z większą ilością zakamarków. Tak samo Słowianie potrzebowali bardziej realnego odczucia zagubienia i odnajdywania Boga, dlatego wykreowaliśmy sobie zagładę naszej kultury, odejście od przyrody i bardzo nieprzyjazny system, w którym całkiem zapomnieliśmy, że to gra. Teraz to już normalnie nie ma żartów!

Bóg także lubi bawić się w chowanego, ale ponieważ nie ma nic poza Bogiem, nie ma on z kim się bawić, jak tylko z Sobą samym. Pokonuje jednak tę trudność, udając, że nie jest Sobą. To jest Jego sposób na chowanie się przed Sobą. Udaje, że jest tobą, mną i wszystkimi ludźmi na świecie, wszystkimi zwierzętami, roślinami, skałami i gwiazdami. Dzięki temu ma dziwne i wspaniałe przygody, wśród których zdarzają się okropne i przerażające; lecz te są tylko jak straszny sen i gdy On się zbudzi, one znikają.

Gdy Bóg chowa się i udaje, że jest tobą i mną, czyni to tak dobrze, że zabiera Mu mnóstwo czasu, by przypomnieć sobie, gdzie i jak się schował. Ale na tym polega cała zabawa i to właśnie to, co chciał zrobić. Nie chce znaleźć Siebie zbyt szybko, gdyż to popsułoby Mu zabawę. Dlatego tak trudno tobie i mnie odkryć, że jesteśmy Bogiem w przebraniu, udającym, że nie jest Sobą. Kiedy jednak gra trwa wystarczająco długo, wszyscy z nas budzą się, przestajemy udawać i przypominamy sobie, że jesteśmy wszyscy jedną Jaźnią – Bogiem, który jest wszystkim, co istnieje, i który trwa wiecznie (Alan Watts)

___________

Żdan Borod

Heliocentryzm i teorie konkurencyjne, budowa Wszechświata

Teorie budowy Układu Słonecznego, dawna rycinaDość popularnym trendem związanym z odkrywaniem zaciemnionej przez wieki prawdy o człowieku i Wszechświecie jest negacja heliocentrycznej teorii budowy Układu Słonecznego, jako jednego z fundamentów wpajanych nam przez „system” przekłamań służących kontroli umysłów. Prym wśród konkurencyjnych koncepcji wiedzie teoria płaskiej Ziemi, ale pojawiają się też inne, np. niebocentryzm.

Warto zauważyć, że przez bardzo długi czas, bo aż do XVII wieku, teorią obowiązującą jako zgodna z Biblią była teoria geocentryczna. Teorie heliocentryczne podlegały zakazom i szykanom. Nie ma zatem wyraźnego powodu, aby odrzucać heliocentryzm jako wytwór religijnego okultyzmu. Oczywiście, po przebiciu się teorii heliocentrycznej została ona odpowiednio zaadaptowana na potrzeby „kapłanów”, podobnie jak i inne elementy wiedzy, które ujrzały światło dzienne w epoce Odrodzenia.

Przejście od teorii geocentrycznej do heliocentrycznej stanowiło element ewolucyjnego planu, dokładnie ustalonego przez siły ciemności. Był to jeden z głównych punktów przejścia od okultyzmu religijnego do okultyzmu naukowego (opisanego w tekście Racjonalizm dla naiwnych).

Można to dobrze zobrazować na przykładzie renesansowych odkryć anatomicznych. Idąc torem myślenia przeciwników heliocentryzmu powinniśmy zakwestionować również wiedzę z dziedziny anatomii. Tymczasem rozpowszechnione dziś informacje o budowie ludzkiego ciała nie są fałszywe czy złe same w sobie; fałszywe jest sprowadzenie człowieka do niedoskonałego połączenia skóry, mięsa, kości i podrobów.

Tak samo ma się rzecz z budową Wszechświata. Kłamstwo nie polega na tym, że szkielet ludzki wygląda zupełnie inaczej niż nam się to podaje. Jest ono, niestety, znacznie bardziej podstępne.

Dlatego negowanie teorii heliocentrycznej na zasadzie odwracania wszystkiego o 180° mija się z rozsądkiem. W ten sposób otwarty umysł i unikanie schematów obracają się przeciwko nam. Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi mówią o „naukowych dowodach”; w rzeczywistości opierają się jedynie na pewnych obserwacjach, nie odbiegając w gruncie rzeczy od powodów, dla których ludzie wierzyli w płaską Ziemię w średniowieczu. Dobrze byłoby wziąć poprawkę na to, że „z dołu” wszystko wygląda zupełnie inaczej niż „z góry”. Teoria płaskiej Ziemi, mimo prób jej racjonalizacji, nadal niewiele różni się od przekonania, że człowiek rośnie, ponieważ wpada w niego jedzenie, które stopniowo go rozpycha. Zresztą… współczesna, czysto materialistyczna teoria heliocentryczna też niewiele się od niego odróżnia, jeżeli wziąć pod uwagę skalę spłycenia pojmowania kosmosu.

No właśnie, ale dlaczego mielibyśmy przyjmować na wiarę teorię heliocentryczną, skoro widok „z góry” nie został nam dany?

To bardzo uzasadnione pytanie. W sumie: dlaczego miałbym wierzyć w swoją wątrobę, skoro nigdy jej nie widziałem?

W tym tkwi istota kłamstwa. We wmówieniu człowiekowi, jakoby musiał kroić własne ciało, aby je poznać, albo budować sondy kosmiczne, żeby zbadać Wszechświat. Wyrugowane zostało przede wszystkim poznawcze znaczenie „czucia” – jako czegoś irracjonalnego, w przeciwieństwie do tego, co się widzi. I nie do końca chodzi tu o Mickiewiczowską „wiarę i czucie” kontra „szkiełko i oko”. Nie do końca, ponieważ romantycy zasadniczo odrzucali rozum jako drogę poznania prawdy. Tymczasem rozum i czucie, rozum i intuicja – to jan i jin, to pierwiastki predestynowane do harmonijnego współdziałania. Inna sprawa, że praktycznie nieograniczone możliwości tzw. wzroku wewnętrznego zostały włożone między bajki, skoro istotę ludzką uznano jedynie za wyrafinowany kawał mięsiwa.

Teorię heliocentryczną w ujęciu ogólnym można nazwać starożytnym, przedbiblijnym, wedyjskim standardem. Budowę kosmosu każdy z nas może poznać osobiście. Jeśli na razie nie widzimy takich możliwości (na skutek głębokiego uśpienia naturalnych zdolności), to zawsze lepiej wziąć „na wiarę” zdanie Przodków niż obcych instancji.

Żdan Borod

Nie okaleczajcie chłopców, pozwólcie im na rozwój

Mandala szesnastoramienna. Autor: Żdan BorodJakież to może być słowiańskie odrodzenie, kiedy oglądamy zdjęcia z pięknych osad rodowych, drewniane domy, wspaniałe sady i ogrody, a w nich ostrzyżonych chłopców?

To nie tyle słowiańskie odrodzenie czy odbudowa Rodu, co jedynie pewien krok ku Matce Przyrodzie, ucieczka od zgiełku miejskiego, dostęp do lepszej żywności, zainteresowanie rodzimą tradycją itd. To sporo. Niemniej podstawowe intencje pozostały niezmienione, dlatego perspektywy i skuteczność takiego odrodzenia stoją pod znakiem zapytania.

Chłopiec jest nadzieją Rodu, ponieważ to on będzie w przyszłości Ród prowadził. I teraz bierze się takiego chłopca i okalecza, obcinając mu włosy, bo tak się przyjęło. Nie ma tu mowy o żadnej wyższej świadomości, o żadnej głębszej przemianie w duszy człowieka, jeśli nie stać go nawet na refleksję nad tym prostym faktem. Nie ma też sensu robić sobie nadziei na pogłębienie więzi z przyrodą, skoro ignoruje się znaczenie włosów dla człowieka.

Zabieg obcinania włosów różni się od kastracji faktem braku bólu i szybkiej regeneracji włosów. Negatywne skutki tych dwóch operacji są jednak jak najbardziej porównywalne, tyle że ścięcie włosów wiąże się bezpośrednio z zaburzeniami w wyższej sferze świadomości, a nie w niższej (instynkcie). Człowiek z obciętymi włosami nie rozwija się prawidłowo. Rozwój dziewczynek postępuje zazwyczaj szybciej ze względu na fakt, że pozwala im się na noszenie długich włosów. Włosy są bezpośrednio powiązane z mózgiem, ich kondycja koresponduje z pracą przysadki i szyszynki. Swobodny wzrost włosów warunkuje swobodne kształtowanie się osobowości. Im wcześniej dochodzi do przycinania włosów, tym większe spustoszenie sieje ono w umyśle dziecka, pozbawionego subtelnych impulsów informacyjnych.

Łysienie typu męskiego, które obecnie dosięga średnio co drugiego mężczyznę, tłumaczy się zbyt dużą ilością agresywnego dihydrotestosteronu, co spowodowane jest nadaktywnością enzymu 5-alfa-reduktazy. To prawidłowe, fizjologiczne wyjaśnienie tego zjawiska. Każde zjawisko fizjologiczne ma natomiast swoje podłoże psychologiczne, każda choroba ma źródło w umyśle. Warto zauważyć, że łysienie androgenowe najbardziej rozpowszechnione jest w Europie i USA, a przybierało na sile wraz z rozwojem cywilizacji. Duchową przyczyną powszechnego łysienia mężczyzn jest praktykowane od wieków strzyżenie chłopców i związane z tym obniżenie świadomości. Włosy od dziecka nie spełniają swojej naturalnej funkcji, jaką jest przewodzenie informacji (m. in. z otoczenia). Nieużywany narząd zanika i w ten sposób dochodzi do osłabienia i zaniku włosów u męskiej populacji. Naturalnie, nie każdy strzyżony od dziecka mężczyzna łysieje, to proces o charakterze ewolucyjnym, postępujący na przestrzeni pokoleń. W państwach azjatyckich, np. w Chinach, Japonii, Korei, Malezji, nie dotkniętych masową chrystianizacją, włosy u mężczyzn nie były rygorystycznie skracane – problem łysienia męskiego jest tam procentowo o połowę mniejszy. U rdzennych plemion Ameryki, gdzie długie włosy u chłopców od zawsze były czymś oczywistym, łysienie typu męskiego nie występuje w ogóle.

Włosy odpowiadają także za łączność międzyludzką. Kryzys relacji ojcowsko-synowskich, jaki obserwujemy od wielu lat (jeśli nie wieków), to również wynik okaleczania chłopców i mężczyzn. Z mamą łatwiej nawiązać dobre relacje, ponieważ ojciec został pozbawiony narzędzi potrzebnych do tworzenia więzi rodzinnych. Spowodowało to odsunięcie mężczyzn od spraw rodziny i wychowania, czego dopełniły spustoszenia wśród męskiej populacji dokonane przez wielkie wojny ubiegłego stulecia.

Ponadto włosy wiążą się z szyszynką, a szyszynka z intuicją. Dziś mówi się tylko o „kobiecej intuicji”. A jak mężczyzna ma prowadzić Ród bez korzystania z intuicji? Żeńska intuicja różni się od męskiej. Dawniej mężczyźni używali swojej intuicji do męskich działań związanych ze sprawami narodu, używali jej w terenie, w celach obronnych itd. Mężczyzna, jak najbardziej, powinien korzystać z intuicji żony, ale bez intuicji własnej skazany zostaje na dezorientację. Redukowanie włosów spowodowało znaczne osłabienie intuicji u mężczyzn oraz wpłynęło na rozplenienie się „gruboskórności” jako męskiej cechy. W rzeczywistości jest to cecha człowieka otępiałego, odciętego od informacji. Wrażliwość to zdolność do ich odbierania.

Ścięte włosy oznaczają poddaństwo. Zwyczaj skracania włosów u mężczyzn (a także golenia zarostu) pojawił się na naszych ziemiach po zapanowaniu chrześcijaństwa. Znamiennym jest zezwolenie na nieskrępowany wzrost włosów u kobiet. Chrześcijaństwo to wiara matriarchalna, kult księżycowy zaprowadzony w miejsce kultu Słońca. W ciągu dziesięciu wieków doszło do dekonstrukcji resztek systemu patriarchalnego i rozpowszechnienia się tego, co mamy obecnie.

Pojęcie patriarchatu wywołuje dziś alergię, ale to kolejna oznaka nieświadomości i ignorancji. Jeśli weźmiemy pod uwagę oczywisty fakt, że męska siła jest siłą przewodzącą i prowadzącą, a żeńska ulegającą i zachowawczą, wtedy wątpliwości dotyczące patriarchatu i matriarchatu tracą rację bytu. W gruncie rzeczy nie istnieje coś takiego, jak matriarchat; kiedy siła żeńska próbuje grać męską, czyli przewodzić, dochodzi do pomieszania: przestaje istnieć męskie i żeńskie. Taki sam skutek powoduje tzw. równouprawnienie („ani patriarchat, ani matriarchat”). Istnieją więc relacje naturalne (które można określić jako patriarchalne) oraz relacje nienaturalne, które wywołują chaos.

Oczywiście, pozostaje jeszcze kwestia praktycznej realizacji stosunków patriarchalnych. Możemy spotkać się z różnymi wizjami takich relacji. Jak na mój gust, wiele z przekazów, które według autorów odnoszą się do dawnych stosunków męsko-żeńskich, cały czas nosi znamiona zawoalowanego niewolnictwa, a ostrzyżone głowy prelegentów i ich synów zdają się to doskonale obrazować.

Jakkolwiek nieprzyjemnie to zabrzmi, część z powstających osad rodowych może okazać się hodowlami dorodnych niewolników. Wydajny niewolnik jest silny, dobrze (naturalnie) się odżywia, ma pewne zasady moralne, które trzymają go w ryzach. Delegowanie części stada bliżej natury, tak by się zregenerowało i wydobrzało, jest jak najbardziej w planie ciemnych sił.

Powoli także w Polsce powstają osady inspirowane ideami zawartymi w książkach o syberyjskiej Anastazji. Idzie to pomału, a to dlatego, że przekazy Anastazji nie wystarczą do stworzenia silnej społeczności. Nie wystarczą, ponieważ reprezentują energię żeńską, a owoce wydaje tylko współdziałanie dwóch energii. Problem w tym, że męskie przekazy nie cieszą się już taką popularnością, nie są już tak słodkie, jak słowa Anastazji. Jako taki posłuch znajdują jeszcze wywody delikatniejszych czy bardziej umiarkowanych mężczyzn, najczęściej ostrzyżonych i ogolonych, jak Oleg Gadecki czy Luczis Pustota (których zresztą bardzo szanuję). Inni uważani są za fanatyków, więc budzą obawy i niechęć (tu z kolei przykład Aleksieja Trehlebowa i Grigorija Lewszunowa). Jeśli do osad anastazjowych nie trafi męska energia duchowa, nic się z nich nie urodzi. Życzę im jak najlepiej, ale to przecież jasne jak słońce.

Wiedza o znaczeniu włosów jest zatem ignorowana po trochu z powodu strachu przed męską mocą,  po trochu z powodu własnego „widzimisię”, a spotyka się również teksty (np. Julii Bożenowej) mówiące o tym, jakoby ścinanie włosów sprzyjało męskiej energii. Pogląd taki prawdopodobnie wywodzi się od prawosławnych starowierców, którzy zachowali dużo dawnej, słowiańskiej wiedzy. Jednak u nich ścinanie włosów mężczyznom to konieczność wynikająca z religijnej (poddańczej) natury chrześcijaństwa.

Nie zamierzam siać defetyzmu. Wstaje już Dzień Swaroga i odrodzenie ludzkości, tak czy owak, nastąpi, a powrót do przyrody stanowi jeden z jego fundamentów. Dzień i noc nastają i mijają, lecz można je przeżywać w różny sposób. Ostatnią Noc Swaroga przeszliśmy, mimo wszystko, dość łagodnie. Tak samo będzie z Dniem Swaroga. On po prostu nastaje, a jak go przeżyjemy, to już zależy od nas. Wzrost świadomości ludzi dokona się, przy czym może nabrać większego lub mniejszego rozmachu.

Obraz zdrowych, właściwych relacji patriarchalnych każdy tworzy sam, nie ma jedynej słusznej sztancy dobrego, słowiańskiego związku (to byłaby najprostsza droga do niewolnictwa). Są pewne naczelne prawa, uniwersalia, które należy realizować indywidualnie, zależnie od własnej osobowości. Diabeł tkwi w szczegółach. Włosy i broda to tylko szczegół, prawda?

Żdan Borod