Różnica między polaryzacją a separacją: życie jak magnes

magnes i pole magnetycznePowyżej widzicie schematyczne przedstawienie magnesu sztabkowego oraz pola magnetycznego.

Chociaż można przeprowadzić wyraźną granicę między jego połowami, magnes stanowi całość, w której jeden biegun płynnie przechodzi w drugi.

Następuje nieustanny ruch energii między jedną połową a drugą.

Tu należy podkreślić, iż wymiana energii dokonuje się właśnie między połowami, a nie tylko biegunami (krańcami) magnesu.

Jeśli przepołowimy magnes, każda z połówek stanie się samodzielnym, dwubiegunowym magnesem.

Jakkolwiek człowiek jest istotą o wiele bardziej złożoną niż magnes, na jego przykładzie można znakomicie wytłumaczyć kwestię polaryzacji płci (to w gruncie rzeczy masło maślane, ponieważ zarówno słowo „płeć” jak i „polaryzacja” pochodzą od „pół”).

Przyjmijmy symbolicznie, że mężczyzna to czerwona połowa magnesu, a niebieska to żeńczyna.

Mamy przeto połączone ze sobą dwie połowy: nie przyspawane czy przyklejone, tworzące spójną całość, ciągłość. Energia przepływa tu harmonijnie, żywo i swobodnie. Tak to dawniej wyglądało u ludzi. Zwłaszcza w czasach, kiedy żyliśmy bezpośrednio w przyrodzie, ale i jeszcze długo potem, gdy zaczęliśmy tworzyć narzędzia, ubrania i domy, mężczyzna i kobieta stanowili nierozłączną jedność, przedziwne, doskonałe połączenie przeciwieństw.

Taki stan nazywa się polaryzacją.

Wraz z obniżaniem się świadomości ludzi polaryzacja stopniowo przechodziła w separację, czyli oddzielenie, rozerwanie połówek.

Pierwszym krokiem do takiego stanu jest koncentracja na biegunach (skrajnościach). Za głupotę należy uznać stwierdzenie, iż mężczyzna i kobieta są jak dwa bieguny. Jeśli wyobrazimy sobie, że jesteśmy biegunami, a resztą magnesu już nie, powstaje między nami dystans całej długości magnesu. Nie ma już połówek i nie ma też bezpośredniego połączenia między mężczyzną a żeńczyną. Przepływ energii jest wtedy niepełny, a właściwie fragmentaryczny, ograniczony do ekstremów. To sprowadzenie relacji męsko-żeńskich do samca i samicy, nawet nie (bo samiec i samica to przyroda): do poziomu relacji demonicznych, wyszarpywania z siebie energii.

Postrzeganie męskości i żeńskości jako biegunów spowodowało wytworzenie się stereotypów na temat płci. Te stereotypy nie łączą mężczyzny i żeńczyny, lecz oddzielają ich od siebie. To całkowite spłycenie relacji męsko-żeńskich bazujące na nie naturalnych, a sztucznych, wymyślonych różnicach między płciami. Bardzo dobrym przykładem jest przytaczane przeze mnie z uporem maniaka ścinanie włosów przez mężczyzn i nieścinanie ich przez kobiety. To nie jest naturalna różnica, bo włosy z natury u obu płci rosną długie. Ten przykład zresztą tym dobitniej obrazuje oddzielenie, że włosy są istotnie przekaźnikami służącymi m.in. do nawiązywania i utrzymywania silnej relacji między ludźmi.

Nieco inaczej ma się sprawa z tradycyjnym ubiorem, tj, spodniami i spódnicą; ponieważ stroje te wywodzą się z jeszcze z czasów, kiedy ludzie dobrze czuli swoją energię. Spódnica dopasowana została do energetyki żeńskiej, a spodnie do męskiej. Ale jeśli pominiemy aspekty energetyczne i zredukujemy ubiór do wytworu materialnego, to znowu mamy do czynienia z odseparowywaniem płci od siebie. Dlatego samo zakładanie spódnic nic nie da (w sprawie odrodzenia udanych relacji). Część zagorzałych feministek (zwolenniczek odseparowania płci) chętnie zakłada długie spódnice, podkreślając swoją kobiecość. I co? I nic, nie prowadzi to ich do prawdy. Dzieje ludzkości znają mnóstwo przypadków kobiet ubierających się tradycyjnie, które zniszczyły swoich mężczyzn. Dobro wypływa przede wszystkim ze Świadomości.

Stąd odejście od przyrody i rozwój tzw. cywilizacji bezpośrednio wiąże się z oddzieleniem płci od siebie – powoduje wytwarzanie sztucznych i destruktywnych różnic między płciami (rozdźwięku), a zanik różnic naturalnych, harmonijnych i konstruktywnych.

Tak zatem to wyglądało: ludzie odchodząc od duchowego pojmowania rzeczywistości coraz bardziej spłycali różnice między mężczyzną a żeńczyną, aż wreszcie zostały z nich same bieguny. Wtedy magnes pękł na pół. Każda z połówek stała się samodzielnym magnesem i różnią się teraz tylko kolorami, czysto powierzchownie. Czasem się przyciągają, czasem odpychają i takie to hocki-klocki.

Część przekazów reklamujących się jako tradycyjne i „słowiańskie” propaguje w rzeczywistości miękki, zawoalowany model separacji, oparty na subtelnych manipulacjach zamiast czystej miłości. Z pozoru może się to wydawać polaryzacją, albo przynajmniej jej zalążkiem, szczególnie dla człowieka mniej lub bardziej zdezorientowanego, co niestety stanowi dziś normę.

Teoretycznie mniejszy stopień separacji może zdawać się zmniejszeniem dystansu i tym samym drogą do polaryzacji. Moim zdaniem to tak nie działa, ponieważ praktyki separacyjne, jakie by nie były, oparte są na błędnych założeniach, złych fundamentach. To próba przemycenia lisich zasad do Epoki Wilka. Ja się w to nie bawię. Należy od razu tworzyć całość i jedność, żyć z miłością, nawet jeśli nie od razu udaje się idealnie. W lisich praktykach jest odwrotnie: wygląda to od początku spektakularnie, tyle że to tylko piękna wydmuszka.

Mężczyzna jest jan, żeńczyna jin – albo odwrotnie, jeśli spojrzeć na energetykę. Jan i jin to nie bieguny, to połowy przechodzące jedna w drugą. Na płaszczyźnie fizycznej mężczyzna jest czerwoną połówką, a na energetycznej niebieską. Tak z grubsza rzecz ujmując, bo w szczegółach wygląda to różnie, zwłaszcza że w rzeczywistości nie ma ścisłej granicy między płaszczyzną fizyczną i energetyczną (przechodzą one w siebie jak bieguny magnesu). Można by powiedzieć, że tam, gdzie mężczyzna jest jan, żeńczyna jest jin i odwrotnie; pod warunkiem, że nie myślimy wyłącznie kategoriami biegunów.

Bo życie to nie biegunowość, życie to polaryzacja.

Żdan Borod

Skandale obyczajowe a zdrowe społeczeństwo, intelekt a Dobro

16-ramienna mandala. Autor: Żdan BorodW ostatnich miesiącach jesteśmy świadkami bardzo silnego nagłaśniania medialnego pewnych skandali obyczajowych. Wszyscy wiemy, o jakich skandalach mowa; w tym tekście celowo pozostawiam ich przedmiot w domyśle.

Ostentacyjne traktowanie tego tematu w mediach usprawiedliwia się tym, iż chodzi o kwestię tak niebezpieczną i niegodziwą, że powinno się krzyczeć o niej najgłośniej, jak to możliwe, aby maksymalnie napiętnować sprawców i tym samym ugruntować jak najsilniejszą dezaprobatę społeczną dla tego typu zachowań. Za podniesieniem medialnego krzyku przemawia też fakt, że problematyzowane zdarzenia miały miejsce w obrębie instytucji, której przedstawiciele dla wielu Polaków stanowią autorytet moralny, a przynajmniej do takiego miana pretendują.

We mnie cała sprawa budzi tak wielki niesmak, że z zasady nie interesuję się nią (a mimo to dowiedziałem się o niej sporo, co obrazuje skalę wywołanego szumu). I nie mówię o niesmaku związanym z samym tematem (byłoby to zbyt łagodne określenie), lecz właśnie ze sposobem, w jaki go podjęto.

Naturalnie, zwyrodnienia należy ujawniać i przeciwdziałać im w sposób zdecydowany. Ale to, co się dzieje, należałoby raczej nazwać stawianiem zwyrodnień na świeczniku.

Zdrowe społeczeństwo nie pasjonuje się i nie emocjonuje wynaturzeniami, nie tworzy wokół nich atmosfery skandalu, nie koncentruje się na nich. Tak jak zdrowy, odporny organizm prędko zwalcza chorobę, tak zdrowe społeczeństwo krótko rozprawia się z degeneracją i powraca do normalności. Jeśli dzieje się inaczej, to albo społeczeństwo samo uległo degeneracji, albo ktoś próbuje nim manipulować, tak by tę degenerację sprowokować czy pogłębić.

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Przesadne nagłaśnianie jakiegokolwiek zdarzenia związanego z ludzką krzywdą uważam za nieetyczne, ponieważ oznacza brak szacunku do człowieka, który doświadczył cierpienia. Omawiany przypadek dotyczy dzieci, jest zatem wyjątkowo delikatny. Tymczasem w imię chronienia dzieci temat rozdmuchano do takich rozmiarów, że dociera on już do dzieci bezpośrednio. Mało tego – zdaniem tych, którzy temat rozdmuchują, tak właśnie powinno być: według nich należy „uświadamiać” dzieci. Zresztą, wydawnictwa dla dzieci dotyczące tej kwestii są już w obiegu od ponad 10 lat, czyli od czasu, kiedy miała miejsce pierwsza fala upubliczniania zjawiska. Czy normalnemu człowiekowi nie zapala się tu przysłowiowa czerwona lampka?

W tym kontekście przytacza się często (oczywiście, poza mediami głównego nurtu) ideę tzw. okna Overtona. W uproszczeniu – oznacza ona mechanizm stopniowej zmiany obyczajowości społeczeństwa dzięki wyrafinowanej manipulacji. To, co ma obecnie miejsce w mediach, to pierwszy krok tego procesu, jakim jest oswojenie opinii publicznej z danym zjawiskiem. Kiedy uwagę społeczeństwa skupia się na brudzie (nawet poprzez potępianie go), to ów brud zaczyna stawać się codziennością społeczną. Jeśli bulwersujący temat przez miesiące czy wręcz lata nie schodzi z pierwszych stron gazet i ekranów laptopów, to przestaje on być bulwersujący. Po jakimś czasie może się więc okazać, że zacznie się o nim mówić w znacznie lżejszym tonie (właściwie to już się stało). I tu pojawia się pierwsza zmiana w postrzeganiu zjawiska przez społeczeństwo: przestaje ono oburzać. Bariera zostaje przełamana.

To, na czym koncentrujemy swoją uwagę, wzrasta w naszym życiu. Ciekawe, jak wiele myśli i uwagi każdy z nas poświęcił w ostatnich miesiącach rzeczonym skandalom? Kolejne pytanie: do czego jest to normalnemu, zdrowemu człowiekowi potrzebne?

Wychodzę z założenia, iż my, Polacy, mimo wielu problemów, z którymi się borykamy, pozostaliśmy w gruncie rzeczy zdrowym narodem. I abyśmy podołali wyzwaniom współczesności i zachowali zdrowie, potrzebujemy przede wszystkim jednego: skupienia się na Dobru. O dobrych, zdrowych rzeczach należy myśleć i stwarzać je w życiu. Komunał? Dobro jest proste (choć nie prostackie), jest naturalne. Gdy się je skomplikuje – przestaje być Dobrem. A w komplikowaniu specjalizuje się intelekt.

To kolejny sposób kierowania człowiekiem: wyniesienie na piedestał intelektu jako najważniejszego, najwyższego aspektu jego rozwoju. Sugerowanie, jakoby odczuwanie i kierowanie się sercem i intuicją oznaczało naiwność. Wmawianie człowiekowi, jakoby musiał jak najwięcej analizować, aby dotrzeć do prawdy. Rozkładanie rzeczywistości na czynniki pierwsze, szczegółowe definiowanie ich i przedstawianie tego jako realnej wiedzy i mądrości. Tworzenie bezsensownego programu oświatowego, który nie wnosi do społeczeństwa niczego wartościowego. Czy ogromny wzrost liczby Polaków z wyższym wykształceniem spowodował jakiekolwiek korzystne zmiany społeczne?

„Wykształceni” ludzie są z reguły znacznie bardziej podatni na manipulacje medialne, chociaż powszechnie lansuje się tezę odwrotną, wyższy poziom wykształcenia próbuje się kojarzyć z wyższym poziomem świadomości. Jednak większa podatność na manipulacje ludzi wykształconych wynika z faktu, że szkoły wyższe (szkoły podstawowa i średnie także) wcale nie uczą samodzielnego myślenia, a jedynie kształcą konsumentów myślących zgodnie z oficjalnie obowiązującymi doktrynami. Jeszcze 30 lat temu próba nagłośnienia obecnych skandali obyczajowych nie znalazłaby w naszym społeczeństwie prawie żadnego oddźwięku. Człowiek posiada naturalną zdolność odróżniania dobra od zła i to, co odczuwa jako złe – odrzuca. Natomiast z człowiekiem „wykształconym” sprawa nie przedstawia się już tak prosto; takiego człowieka „nauczono myśleć”, wobec czego on nie może sobie ot tak odrzucić tego, co uważa za złe – on musi to dokładnie przeanalizować, ponieważ właśnie jest „człowiekiem wykształconym”, a nie jakąś ciemnotą.

Znamienne, iż obecnie w Polsce wyższe wykształcenie posiada już więcej kobiet niż mężczyzn. Powiązanie tej statystyki z wcześniejszymi spostrzeżeniami pozostawiam Waszemu intelektowi, lub, jeśli wolicie – Waszemu sercu.

Żdan Borod

Irracjonalność ateizmu i wiary w Boga, wielka kosmiczna gra

Złota mandala. Autor: Żdan BorodZarówno „wiara w Boga”, jak i „ateizm” to pojęcia wywodzące się z mentalności religijnej (niewolniczej). To samo dotyczy wiary w wielu Bogów, czyli politeizmu i henoteizmu.

Dzisiejsze znaczenie słowa „wiara” nie ma właściwie nic wspólnego ze znaczeniem pierwotnym, wywodzącym się od słów „wiedza” i „Ra” (wiera). Wiedza, w przeciwieństwie do wiary, to coś pewnego, nie hipotetycznego.

Religijna wiara wynika głównie z emocjonalnego przywiązania do informacji na temat duchowości przekazanych przez społeczeństwo. Nawet wychowanie w rodzinie ateistycznej zazwyczaj niewiele zmienia, ponieważ ateizm, jak zaznaczyłem na początku, jest również przekonaniem spowinowaconym z religią: to zaprzeczenie światopoglądu religijnego, czyli wiara religijna ze znakiem minus. Wielu racjonalistów przypisuje sobie nieuprzedzone (bo ateistyczne) spojrzenie na świat. Tymczasem myślą oni dokładnie tymi samymi schematami co katolicy, tyle że wywróconymi na lewą stronę. Widać to wyraźnie na przykładzie ludzi nauki. Dlatego mitologię Słowian interpretuje się w sposób religijny, mówi się nawet o „religii Słowian”, co jest oczywistym absurdem. Za słuszne należy uznać stwierdzenie, że współczesna nauka opiera się na Biblii.

W praktyce ateizm trudno odgraniczyć od antyteizmu; najczęściej mamy do czynienia z łagodniejszą lub ostrzejszą formą tego drugiego. To w istocie postawa buntownicza, a więc niedojrzała, ściśle związana z emocjonalnym podejściem do negatywnych doświadczeń religijnych.

Religijne niewolnictwo opiera się na okultyzmie, natomiast podstawę okultyzmu stanowi podział życia na sacrum i profanum. Ateista odrzuca sferę sacrum, co niesie ze sobą pewne plusy, jak chociażby brak ciągłego napięcia między dwiema odseparowanymi sferami, uwolnienie się od poczucia niegodności (wobec sacrum) itd. Ale to odrzucenie ma też ujemną stronę.

Ograniczenia stawiane przez religię skutecznie obrzydzają ateistom wszystko, co wiąże się z duchowością. Wobec tego wszelkie doświadczenia duchowe czy mistyczne kwalifikują oni jako halucynacje czy wręcz objawy choroby psychicznej. A przecież to bardzo uproszczona i irracjonalna interpretacja rzeczywistości. Zresztą, nawet halucynacje i choroby psychiczne powinny dawać zdrowo rozumującemu człowiekowi sporo do myślenia, a konkretnie bezradność nauki (czysto materialnych metod poznawczych) wobec zrozumienia procesów ich powstawania.

Nauka nie potrafi nawet dokładnie opisać genezy marzeń sennych. Ściślejsze podejście do tego zjawiska spotykamy jedynie w psychologii, ale nie dysponujemy jego precyzyjnym, chemicznym opisem. Nie wiemy, jakie reakcje chemiczne decydują o tym, że człowiekowi śni się, dajmy na to, różowy słoń – w ogóle, jak od strony molekularnej wygląda mechanizm powstawania wyobrażeń. Zastrzeżenie, że nauka na obecnym poziomie nie potrafi dokładniej wyjaśnić tej kwestii przypomina religijne obietnice zbawienia. Dość odważnie, jak na dziedzinę, która uznaje się za racjonalną i sprowadza mózg do fenomenu biochemicznego.

Pogląd, że materia to energia nie jest obcy nauce i da się to już nawet wykazać doświadczalnie (w akceleratorach cząstek), lecz jak widać, niewiele to zmienia w rzeczywistości. Niewiele nie znaczy nic. Nauka i religia to dwie skrajnie różne formy okultyzmu mające tę samą proweniencję i ten sam cel: utrzymywanie ludzi w niewiedzy i umożliwianie kontroli nad nimi. Okultystyczne pęta zaczynają się jednak rozluźniać, co jest zgodne zarówno z planami sił Światła, jak i Ciemności. Siły te w rzeczywistości współpracują ze sobą, a nie walczą. Toteż zarówno współczesna nauka, jak i religia pomału, pomału nakierowują ludzi na ukrywaną długo prawdę.

Brzmi to co prawda deprymująco. Bo wychodzi na to, że tak czy owak jesteśmy pionkami w rozgrywkach jakichś sił, i na dodatek nie bardzo widać różnicę między Dobrymi i Złymi, skoro ci współdziałają i snują wobec nas swoje plany?

Nie do końca.

W kulturze naszych Przodków czczono i jan, i jin. Słowianie to dzieci Bogów, dzieci Światła, dlatego nasi Przodkowie zajmowali się jasną stroną życia, czyli tworzeniem. Szanowali jednak również ciemną stronę, wiedzieli, że istnieje też siła niszcząca, że także ona spełnia swoje zadania i że wcale nie musi wchodzić im w drogę, że aby tak było, należy tylko odpowiednio mocno „świecić”.

U naszych Przodków nie istniało ani sacrum, ani profanum, nie było więc wewnętrznych konfliktów i napięć; święte było całe życie. Mało tego: w ogóle nie oddzielano Ducha od materii. Materia to jeden ze sposobów przejawiania się Ducha. To część Ducha, która przybrała gęstą i ciężką formę. Po co? W sumie… dla zabawy. To boska iluzja, maja, magia życia. Sens tej zabawy polega na tym, aby cały czas na nowo odkrywać, przypominać sobie, że jesteśmy Duchem, który udaje nieducha, czyli materię. Dawni Słowianie pamiętali o tym, ponieważ dostrzegali Boga we wszechświecie, w przyrodzie, w drugim człowieku i w samych sobie. Relacje z Bogami miały u nich charakter rodzinny. Był to wspaniały etap tej zabawy. Podobni byliśmy wtedy małemu dziecku bawiącemu się z rodzicami w chowanego w niewielkim pokoju. Czuje ono przyjemny dreszczyk, ale w takim pomieszczeniu trudno dobrze się schować i już po kilku sekundach poszukiwań widać, że zza fotela wystaje ramię ojca. Nie zmniejsza to jednak radości z jego odnalezienia (znacie to uczucie?) Z większymi dziećmi nie da się już tak bawić, staje się to kompletnie jałowe. Potrzeba czegoś większego, z większą ilością zakamarków. Tak samo Słowianie potrzebowali bardziej realnego odczucia zagubienia i odnajdywania Boga, dlatego wykreowaliśmy sobie zagładę naszej kultury, odejście od przyrody i bardzo nieprzyjazny system, w którym całkiem zapomnieliśmy, że to gra. Teraz to już normalnie nie ma żartów!

Bóg także lubi bawić się w chowanego, ale ponieważ nie ma nic poza Bogiem, nie ma on z kim się bawić, jak tylko z Sobą samym. Pokonuje jednak tę trudność, udając, że nie jest Sobą. To jest Jego sposób na chowanie się przed Sobą. Udaje, że jest tobą, mną i wszystkimi ludźmi na świecie, wszystkimi zwierzętami, roślinami, skałami i gwiazdami. Dzięki temu ma dziwne i wspaniałe przygody, wśród których zdarzają się okropne i przerażające; lecz te są tylko jak straszny sen i gdy On się zbudzi, one znikają.

Gdy Bóg chowa się i udaje, że jest tobą i mną, czyni to tak dobrze, że zabiera Mu mnóstwo czasu, by przypomnieć sobie, gdzie i jak się schował. Ale na tym polega cała zabawa i to właśnie to, co chciał zrobić. Nie chce znaleźć Siebie zbyt szybko, gdyż to popsułoby Mu zabawę. Dlatego tak trudno tobie i mnie odkryć, że jesteśmy Bogiem w przebraniu, udającym, że nie jest Sobą. Kiedy jednak gra trwa wystarczająco długo, wszyscy z nas budzą się, przestajemy udawać i przypominamy sobie, że jesteśmy wszyscy jedną Jaźnią – Bogiem, który jest wszystkim, co istnieje, i który trwa wiecznie (Alan Watts)

___________

Żdan Borod

Heliocentryzm i teorie konkurencyjne, budowa Wszechświata

Teorie budowy Układu Słonecznego, dawna rycinaDość popularnym trendem związanym z odkrywaniem zaciemnionej przez wieki prawdy o człowieku i Wszechświecie jest negacja heliocentrycznej teorii budowy Układu Słonecznego, jako jednego z fundamentów wpajanych nam przez „system” przekłamań służących kontroli umysłów. Prym wśród konkurencyjnych koncepcji wiedzie teoria płaskiej Ziemi, ale pojawiają się też inne, np. niebocentryzm.

Warto zauważyć, że przez bardzo długi czas, bo aż do XVII wieku, teorią obowiązującą jako zgodna z Biblią była teoria geocentryczna. Teorie heliocentryczne podlegały zakazom i szykanom. Nie ma zatem wyraźnego powodu, aby odrzucać heliocentryzm jako wytwór religijnego okultyzmu. Oczywiście, po przebiciu się teorii heliocentrycznej została ona odpowiednio zaadaptowana na potrzeby „kapłanów”, podobnie jak i inne elementy wiedzy, które ujrzały światło dzienne w epoce Odrodzenia.

Przejście od teorii geocentrycznej do heliocentrycznej stanowiło element ewolucyjnego planu, dokładnie ustalonego przez siły ciemności. Był to jeden z głównych punktów przejścia od okultyzmu religijnego do okultyzmu naukowego (opisanego w tekście Racjonalizm dla naiwnych).

Można to dobrze zobrazować na przykładzie renesansowych odkryć anatomicznych. Idąc torem myślenia przeciwników heliocentryzmu powinniśmy zakwestionować również wiedzę z dziedziny anatomii. Tymczasem rozpowszechnione dziś informacje o budowie ludzkiego ciała nie są fałszywe czy złe same w sobie; fałszywe jest sprowadzenie człowieka do niedoskonałego połączenia skóry, mięsa, kości i podrobów.

Tak samo ma się rzecz z budową Wszechświata. Kłamstwo nie polega na tym, że szkielet ludzki wygląda zupełnie inaczej niż nam się to podaje. Jest ono, niestety, znacznie bardziej podstępne.

Dlatego negowanie teorii heliocentrycznej na zasadzie odwracania wszystkiego o 180° mija się z rozsądkiem. W ten sposób otwarty umysł i unikanie schematów obracają się przeciwko nam. Zwolennicy teorii płaskiej Ziemi mówią o „naukowych dowodach”; w rzeczywistości opierają się jedynie na pewnych obserwacjach, nie odbiegając w gruncie rzeczy od powodów, dla których ludzie wierzyli w płaską Ziemię w średniowieczu. Dobrze byłoby wziąć poprawkę na to, że „z dołu” wszystko wygląda zupełnie inaczej niż „z góry”. Teoria płaskiej Ziemi, mimo prób jej racjonalizacji, nadal niewiele różni się od przekonania, że człowiek rośnie, ponieważ wpada w niego jedzenie, które stopniowo go rozpycha. Zresztą… współczesna, czysto materialistyczna teoria heliocentryczna też niewiele się od niego odróżnia, jeżeli wziąć pod uwagę skalę spłycenia pojmowania kosmosu.

No właśnie, ale dlaczego mielibyśmy przyjmować na wiarę teorię heliocentryczną, skoro widok „z góry” nie został nam dany?

To bardzo uzasadnione pytanie. W sumie: dlaczego miałbym wierzyć w swoją wątrobę, skoro nigdy jej nie widziałem?

W tym tkwi istota kłamstwa. We wmówieniu człowiekowi, jakoby musiał kroić własne ciało, aby je poznać, albo budować sondy kosmiczne, żeby zbadać Wszechświat. Wyrugowane zostało przede wszystkim poznawcze znaczenie „czucia” – jako czegoś irracjonalnego, w przeciwieństwie do tego, co się widzi. I nie do końca chodzi tu o Mickiewiczowską „wiarę i czucie” kontra „szkiełko i oko”. Nie do końca, ponieważ romantycy zasadniczo odrzucali rozum jako drogę poznania prawdy. Tymczasem rozum i czucie, rozum i intuicja – to jan i jin, to pierwiastki predestynowane do harmonijnego współdziałania. Inna sprawa, że praktycznie nieograniczone możliwości tzw. wzroku wewnętrznego zostały włożone między bajki, skoro istotę ludzką uznano jedynie za wyrafinowany kawał mięsiwa.

Teorię heliocentryczną w ujęciu ogólnym można nazwać starożytnym, przedbiblijnym, wedyjskim standardem. Budowę kosmosu każdy z nas może poznać osobiście. Jeśli na razie nie widzimy takich możliwości (na skutek głębokiego uśpienia naturalnych zdolności), to zawsze lepiej wziąć „na wiarę” zdanie Przodków niż obcych instancji.

Żdan Borod

Nie okaleczajcie chłopców, pozwólcie im na rozwój

Mandala szesnastoramienna. Autor: Żdan BorodJakież to może być słowiańskie odrodzenie, kiedy oglądamy zdjęcia z pięknych osad rodowych, drewniane domy, wspaniałe sady i ogrody, a w nich ostrzyżonych chłopców?

To nie tyle słowiańskie odrodzenie czy odbudowa Rodu, co jedynie pewien krok ku Matce Przyrodzie, ucieczka od zgiełku miejskiego, dostęp do lepszej żywności, zainteresowanie rodzimą tradycją itd. To sporo. Niemniej podstawowe intencje pozostały niezmienione, dlatego perspektywy i skuteczność takiego odrodzenia stoją pod znakiem zapytania.

Chłopiec jest nadzieją Rodu, ponieważ to on będzie w przyszłości Ród prowadził. I teraz bierze się takiego chłopca i okalecza, obcinając mu włosy, bo tak się przyjęło. Nie ma tu mowy o żadnej wyższej świadomości, o żadnej głębszej przemianie w duszy człowieka, jeśli nie stać go nawet na refleksję nad tym prostym faktem. Nie ma też sensu robić sobie nadziei na pogłębienie więzi z przyrodą, skoro ignoruje się znaczenie włosów dla człowieka.

Zabieg obcinania włosów różni się od kastracji faktem braku bólu i szybkiej regeneracji włosów. Negatywne skutki tych dwóch operacji są jednak jak najbardziej porównywalne, tyle że ścięcie włosów wiąże się bezpośrednio z zaburzeniami w wyższej sferze świadomości, a nie w niższej (instynkcie). Człowiek z obciętymi włosami nie rozwija się prawidłowo. Rozwój dziewczynek postępuje zazwyczaj szybciej ze względu na fakt, że pozwala im się na noszenie długich włosów. Włosy są bezpośrednio powiązane z mózgiem, ich kondycja koresponduje z pracą przysadki i szyszynki. Swobodny wzrost włosów warunkuje swobodne kształtowanie się osobowości. Im wcześniej dochodzi do przycinania włosów, tym większe spustoszenie sieje ono w umyśle dziecka, pozbawionego subtelnych impulsów informacyjnych.

Łysienie typu męskiego, które obecnie dosięga średnio co drugiego mężczyznę, tłumaczy się zbyt dużą ilością agresywnego dihydrotestosteronu, co spowodowane jest nadaktywnością enzymu 5-alfa-reduktazy. To prawidłowe, fizjologiczne wyjaśnienie tego zjawiska. Każde zjawisko fizjologiczne ma natomiast swoje podłoże psychologiczne, każda choroba ma źródło w umyśle. Warto zauważyć, że łysienie androgenowe najbardziej rozpowszechnione jest w Europie i USA, a przybierało na sile wraz z rozwojem cywilizacji. Duchową przyczyną powszechnego łysienia mężczyzn jest praktykowane od wieków strzyżenie chłopców i związane z tym obniżenie świadomości. Włosy od dziecka nie spełniają swojej naturalnej funkcji, jaką jest przewodzenie informacji (m. in. z otoczenia). Nieużywany narząd zanika i w ten sposób dochodzi do osłabienia i zaniku włosów u męskiej populacji. Naturalnie, nie każdy strzyżony od dziecka mężczyzna łysieje, to proces o charakterze ewolucyjnym, postępujący na przestrzeni pokoleń. W państwach azjatyckich, np. w Chinach, Japonii, Korei, Malezji, nie dotkniętych masową chrystianizacją, włosy u mężczyzn nie były rygorystycznie skracane – problem łysienia męskiego jest tam procentowo o połowę mniejszy. U rdzennych plemion Ameryki, gdzie długie włosy u chłopców od zawsze były czymś oczywistym, łysienie typu męskiego nie występuje w ogóle.

Włosy odpowiadają także za łączność międzyludzką. Kryzys relacji ojcowsko-synowskich, jaki obserwujemy od wielu lat (jeśli nie wieków), to również wynik okaleczania chłopców i mężczyzn. Z mamą łatwiej nawiązać dobre relacje, ponieważ ojciec został pozbawiony narzędzi potrzebnych do tworzenia więzi rodzinnych. Spowodowało to odsunięcie mężczyzn od spraw rodziny i wychowania, czego dopełniły spustoszenia wśród męskiej populacji dokonane przez wielkie wojny ubiegłego stulecia.

Ponadto włosy wiążą się z szyszynką, a szyszynka z intuicją. Dziś mówi się tylko o „kobiecej intuicji”. A jak mężczyzna ma prowadzić Ród bez korzystania z intuicji? Żeńska intuicja różni się od męskiej. Dawniej mężczyźni używali swojej intuicji do męskich działań związanych ze sprawami narodu, używali jej w terenie, w celach obronnych itd. Mężczyzna, jak najbardziej, powinien korzystać z intuicji żony, ale bez intuicji własnej skazany zostaje na dezorientację. Redukowanie włosów spowodowało znaczne osłabienie intuicji u mężczyzn oraz wpłynęło na rozplenienie się „gruboskórności” jako męskiej cechy. W rzeczywistości jest to cecha człowieka otępiałego, odciętego od informacji. Wrażliwość to zdolność do ich odbierania.

Ścięte włosy oznaczają poddaństwo. Zwyczaj skracania włosów u mężczyzn (a także golenia zarostu) pojawił się na naszych ziemiach po zapanowaniu chrześcijaństwa. Znamiennym jest zezwolenie na nieskrępowany wzrost włosów u kobiet. Chrześcijaństwo to wiara matriarchalna, kult księżycowy zaprowadzony w miejsce kultu Słońca. W ciągu dziesięciu wieków doszło do dekonstrukcji resztek systemu patriarchalnego i rozpowszechnienia się tego, co mamy obecnie.

Pojęcie patriarchatu wywołuje dziś alergię, ale to kolejna oznaka nieświadomości i ignorancji. Jeśli weźmiemy pod uwagę oczywisty fakt, że męska siła jest siłą przewodzącą i prowadzącą, a żeńska ulegającą i zachowawczą, wtedy wątpliwości dotyczące patriarchatu i matriarchatu tracą rację bytu. W gruncie rzeczy nie istnieje coś takiego, jak matriarchat; kiedy siła żeńska próbuje grać męską, czyli przewodzić, dochodzi do pomieszania: przestaje istnieć męskie i żeńskie. Taki sam skutek powoduje tzw. równouprawnienie („ani patriarchat, ani matriarchat”). Istnieją więc relacje naturalne (które można określić jako patriarchalne) oraz relacje nienaturalne, które wywołują chaos.

Oczywiście, pozostaje jeszcze kwestia praktycznej realizacji stosunków patriarchalnych. Możemy spotkać się z różnymi wizjami takich relacji. Jak na mój gust, wiele z przekazów, które według autorów odnoszą się do dawnych stosunków męsko-żeńskich, cały czas nosi znamiona zawoalowanego niewolnictwa, a ostrzyżone głowy prelegentów i ich synów zdają się to doskonale obrazować.

Jakkolwiek nieprzyjemnie to zabrzmi, część z powstających osad rodowych może okazać się hodowlami dorodnych niewolników. Wydajny niewolnik jest silny, dobrze (naturalnie) się odżywia, ma pewne zasady moralne, które trzymają go w ryzach. Delegowanie części stada bliżej natury, tak by się zregenerowało i wydobrzało, jest jak najbardziej w planie ciemnych sił.

Powoli także w Polsce powstają osady inspirowane ideami zawartymi w książkach o syberyjskiej Anastazji. Idzie to pomału, a to dlatego, że przekazy Anastazji nie wystarczą do stworzenia silnej społeczności. Nie wystarczą, ponieważ reprezentują energię żeńską, a owoce wydaje tylko współdziałanie dwóch energii. Problem w tym, że męskie przekazy nie cieszą się już taką popularnością, nie są już tak słodkie, jak słowa Anastazji. Jako taki posłuch znajdują jeszcze wywody delikatniejszych czy bardziej umiarkowanych mężczyzn, najczęściej ostrzyżonych i ogolonych, jak Oleg Gadecki czy Luczis Pustota (których zresztą bardzo szanuję). Inni uważani są za fanatyków, więc budzą obawy i niechęć (tu z kolei przykład Aleksieja Trehlebowa i Grigorija Lewszunowa). Jeśli do osad anastazjowych nie trafi męska energia duchowa, nic się z nich nie urodzi. Życzę im jak najlepiej, ale to przecież jasne jak słońce.

Wiedza o znaczeniu włosów jest zatem ignorowana po trochu z powodu strachu przed męską mocą,  po trochu z powodu własnego „widzimisię”, a spotyka się również teksty (np. Julii Bożenowej) mówiące o tym, jakoby ścinanie włosów sprzyjało męskiej energii. Pogląd taki prawdopodobnie wywodzi się od prawosławnych starowierców, którzy zachowali dużo dawnej, słowiańskiej wiedzy. Jednak u nich ścinanie włosów mężczyznom to konieczność wynikająca z religijnej (poddańczej) natury chrześcijaństwa.

Nie zamierzam siać defetyzmu. Wstaje już Dzień Swaroga i odrodzenie ludzkości, tak czy owak, nastąpi, a powrót do przyrody stanowi jeden z jego fundamentów. Dzień i noc nastają i mijają, lecz można je przeżywać w różny sposób. Ostatnią Noc Swaroga przeszliśmy, mimo wszystko, dość łagodnie. Tak samo będzie z Dniem Swaroga. On po prostu nastaje, a jak go przeżyjemy, to już zależy od nas. Wzrost świadomości ludzi dokona się, przy czym może nabrać większego lub mniejszego rozmachu.

Obraz zdrowych, właściwych relacji patriarchalnych każdy tworzy sam, nie ma jedynej słusznej sztancy dobrego, słowiańskiego związku (to byłaby najprostsza droga do niewolnictwa). Są pewne naczelne prawa, uniwersalia, które należy realizować indywidualnie, zależnie od własnej osobowości. Diabeł tkwi w szczegółach. Włosy i broda to tylko szczegół, prawda?

Żdan Borod

Indywidualizm i kolektywizm, wolność i ład, czas wiedunów

Szesnastoramienna mandala. Autor: Żdan BorodSłowiańskie odrodzenie idzie głównie ze Wschodu.

Zwłaszcza w ostatnim stuleciu Wschód reprezentował społeczny kolektywizm w odróżnieniu od rozprzestrzeniającego się na Zachodzie indywidualizmu (drogi osobistej kariery). Po odsłonięciu żelaznej kurtyny fala tego ostatniego zalała też społeczeństwa wschodnie. Podobnie kolektywizm zaczął rozlewać się na Zachód, co rzadziej się zauważa.

Kolektywizm i indywidualizm to dwa aspekty rozwoju człowieka, które same w sobie nie są ani złe, ani dobre, a mogą zostać w różny sposób wykorzystane. Równowaga przeciwieństw przynosi optymalny rozwój.

Wraz z powrotem do słowiańskich tradycji odżywają często sentymenty PRL-owskie. Warto pamiętać, że socjalistyczny kolektywizm miał także ujemne strony. Socjalizm nie był ustrojem słowiańskim, to ustrój obcy, podobnie jak kapitalizm, chociaż znacznie bardziej współgrający z duchem Słowiańszczyzny.

Wadą socjalistycznego kolektywizmu jest tendencja do „równania poziomu w dół”, na czym traci część wybitnych jednostek. Tym samym traci całe społeczeństwo, bo wyróżniające się umysły mogłyby wnieść do życia ogółu wiele odkrywczych idei. Kłamstwem jest, jakoby ustrój socjalistyczny zupełnie blokował drogę rozwoju ludziom światłym. Ale jego możliwości zostały znacznie ograniczone.

Kolektywizm rozlewający się na Zachód zdegenerował się jeszcze bardziej. I tak, o ile dawniej pojęcia: „socjalizm” czy „lewica” miały konotować „działanie dla dobra ogółu”, tak dzisiaj oznaczają głównie „prawa mniejszości”, przede wszystkim seksualnych. Zatem, na Zachodzie socjalizm został niejako wywrócony do góry nogami: dobro ogółu zostało zastąpione dobrem szczegółu.

Zachodni indywidualizm to znakomity nośnik egoizmu. Tak jak komunistyczny kolektywizm stanowi mniej czy bardziej wypaczoną formę harmonijnego życia społecznego, tak przywleczony z Zachodu indywidualizm przedstawia wykrzywioną postać rozwoju osobowości jednostki. Indywidualizm polega na tym, by jak najbardziej odróżniać się od innych oraz aby zdobyć jak najwyższą pozycję.

Funkcja indywidualizmu to niszczenie więzi, dlatego doprowadził on do rozbicia związków między mężczyzną a kobietą, rozbicia rodzin i rozbicia więzi człowieka z przyrodą. W Słowian zachodni indywidualizm uderzył z dużą siłą, głównie za sprawą wspomnianej niedoskonałości ustroju socjalistycznego. Gdyby udało się nam wypracować idealny model socjalizmu, który zbliżałby nas do kondycji społeczeństwa wedyjskiego, indywidualizm nie przyniósłby takich spustoszeń. Niestety, znalazł komfortowe zaczepienie w wyhodowanych przez dziesiątki lat kompleksach (bo wszyscy wiedzieli, że „tam jest lepiej”).

Słowiańskość łączy w sobie dwie ważne cechy: ład i wolność. Po upadku słowiańskiego ustroju rodowo-plemiennego ład został zastąpiony „porządkiem”, a konkretnie porządkiem feudalnym. Ład to pewien rodzaj porządku, ale nie każdy porządek to ład. Ład możemy uznać za Boski (najwyższy) Porządek, porządek naturalny. Oprócz tego, istnieje nieskończona ilość niższych porządków, które można wymyślać i wdrażać w życie. Mogą one przynosić najróżniejsze skutki, względnie korzystne lub zgubne dla człowieka.

Każdy porządek poza Boskim jest tymczasowy. W gruncie rzeczy, Boski Porządek panuje zawsze i wszędzie, tylko umysł nie zawsze to zauważa.

Porządek feudalny był zepsutą, dwubiegunową karykaturą ładu rodowo-plemiennego: jeden biegun tworzyła szlachta i kler (egoizm), drugi mieszczaństwo i chłopi (forsowny kolektywizm). W ustroju rodowo-plemiennym warny stanowiły swego rodzaju łańcuch społeczny, który z jednej strony umożliwiał harmonijne funkcjonowanie społeczeństwa jako całości, z drugiej – dawał każdej jednostce możliwość optymalnego rozwoju (warny, w przeciwieństwie do stanów czy kast, były otwarte i nieuwarunkowane urodzeniem). Matematycznie feudalizm można określić jako „ład minus wolność”.

Ta pozostałość dawnego ustroju słowiańskiego została unicestwiona przez dwie wielkie rewolucje: francuską i bolszewicką. Pierwsza otwarła pole dla rozwoju kapitalizmu na Zachodzie, druga zapoczątkowała rządy komunistyczne na Wschodzie.

Panujący w całej Europie ustrój feudalny spolaryzowany był wertykalnie, natomiast za sprawą rewolucji doszło do podziału horyzontalnego: na Wschodzie ład (a właściwie porządek) bez wolności, na Zachodzie wolność (a właściwie liberalizm), ale bez porządku.

Postmodernistyczna historiozofia wysunęła piórem Francisa Fukuyamy hipotezę o końcu historii. Hipoteza ta upadła wraz z atakiem na World Trade Center w 2001 roku. Mit o liberalnej demokracji jako jedynej słusznej, najwyższej ewolucyjnie formie ustroju runął wraz z dwiema wieżami. Islam w swojej agresywnej formie możemy uznać za najbardziej skrajną postać wschodniego kolektywizmu.

Odrodzenie Słowian i naszego rodzimego ustroju przychodzi powoli i z trudem, gdyż ścieramy się z wytworzonymi w ciągu stuleci schematami i uprzedzeniami. Ponieważ odrodzenie idzie od Wschodu, który był ostoją kolektywizmu za cenę ograniczeń jednostki, w wielu umysłach budzi strach. Z drugiej strony: niektórzy entuzjaści odrodzenia słowiańskich wartości istotnie mają w sobie zbyt mało pierwiastka wolności, chętnie zaprowadziliby słowiański ustrój siłą (na przykład niszcząc tę „szmatławą” cywilizację).

A taki ustrój nie byłby już słowiański. Ustrój rodowo-plemienny to ład i wolność, jan i jin. I dopiero, kiedy te dwie energie doskonale zrównoważą się w nas, kiedy zaczną doskonale współdziałać, czy raczej: kiedy my nauczymy się władać tymi energiami i utrzymywać je w doskonałej równowadze – dopiero wtedy uda nam się odbudować nasz pierwotny ustrój słowiański.

Wojownik ciosa rzeczywistość szablą, chcąc, by przybrała właściwy kształt. Wiedun używa do tego swojego umysłu.

Którą drogę wybierasz?

Żdan Borod

Wedruski romantyzm, boskie połówki, skutki przywiązania, potęga Miłości

Kupała, mandala słowiańska, autor: Żdan BorodŚwięto Kupały za pasem, toteż będzie dziś o miłości (tej przez małe i duże M). Punktem wyjścia jest natomiast niezbyt miłosne zjawisko: wojna.

Wiele źródeł mówiących o życiu naszych Przodków wspomina o żeńczynach walczących z wrogiem. Obrazy tej walki są różne, lecz wynika z nich, że dawne Słowianki znały rzemiosło wojenne.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na jakąś lisią robotę. Żeńczyny chwytające za miecz to przecież podstawowe zaprzeczenie ról męskich i żeńskich (wojowniczość to cecha typowo męska).

Sądzę jednak, że nie chodzi tu o fałszywe przekazy mające nas zwodzić. Co warto zauważyć, wszystkie (przynajmniej te znane mi) opowieści o walczących żeńczynach dotyczą ostatnich lat trwania kultury słowiańskiej.

Z najdłuższym, a zarazem najbardziej radykalnym opisem wojujących żeńczyn spotkałem się za sprawą tłumaczenia książki Aleksandra Sawrasowa Kultura i okultyzm (ze strony Wiedza od Przodków z dolmen, którą polecam). Fragment nosi tytuł: Wieczność dwojga nierozłącznych serc. To przekazana autorowi relacja jednego z wodzów legionów rzymskich ze starcia z Wedrusami. Jej fragment:

Dochodziła ledwo słyszalna pieśń i muzyka. Kobiety (one były w większości) razem z mężczyznami (ich było dużo mniej) bez strachu a nawet z jakimś entuzjazmem, bardzo umiejętnie radziły sobie ze wszelkimi subtelnościami wojennej sztuki, chłodno i rozważnie wiodły bój z moimi żołnierzami.

W dalszej części tekstu wyjaśnia się, że żenczyny ruszyły do boju razem z mężczyznami, gdyż łączyła ich z nimi nierozerwalna więź miłości:

Oni nie mogli rozstać się nawet na minutę. Tak, nie mogli. Bólem nie do wytrzymania, dosłownie bólem nie do wytrzymania napełniały się ich dusze i wyszli oni na obronę swoich wsi i swojej ziemi razem, tak jak i wiele innych par, dlatego że nie mogli znieść rozstania.

Ta na wskroś idealistyczna wizja relacji męsko-żeńskich przedstawiona w książkach Sawrasowa, podobnie jak w książkach Władimira Megre, jest swoistym objawieniem. Epifaniczne połączenie miłości ludzkiej i boskiej to nowa jakość w duchowości.

Przyzwyczailiśmy się raczej do traktowania „ziemskiej miłości”, uczuć między mężczyzną i żeńczyną, jako czegoś „niższego”, oznaki przywiązania, od którego należałoby się uwalniać (w imię duchowej ewolucji). Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że przywiązanie skłoniło wedruskie żeńczyny do zajęcia się walką – może kryć się w tym sporo prawdy.

Fakt, że ukochani nie mogli rozstać się choćby na minutę, jest piękny. Mnie, jako człowieka o romantycznej duszy, takie słowa napełniają jedynie zachwytem. To także optymistyczna opozycja wobec dość mocno rozpowszechnionego dziś egoizmu: jednostek, które „potrzebują tylko siebie”. Dla niektórych ma to być oznaką wysokiego poziomu rozwoju duchowego – oświecenie to faktycznie brak potrzeb. W takie zaułki wpada się próbując pojąć oświecenie intelektualnie (czyli przez ego).

Ale faktem jest też, że przywiązanie przynosi stratę i śmierć – można powiedzieć, że zostało to wręcz udowodnione naukowo (empirycznie). Romantyczna kraina Wedrusów zginęła, przytoczona powyżej relacja kończy się śmiercią pary zakochanych, Wszejasława i Lubawy.

Moim zdaniem nie ma sprzeczności między miłością ludzką i boską. Oczywiście, że nie ma sprzeczności, to byłby absurd. W pewnym momencie miłość ludzka wzięła u Wedrusów górę nad Miłością boską i doszło do poważnego zaburzenia równowagi. Nie znaczy to, że Werdusowie odwrócili się od Boga, czy o Nim zapomnieli. Niemniej równowaga została zaburzona.

Zakochanie może obrać trzy kierunki: do góry, w dół, a może też krążyć w środku. W naszych czasach najczęściej zmierza ku dołowi: ludzie poznają się, zakochują w sobie i dość szybko zaczynają zajmować się seksem (fizycznym). To droga w dół, do genitaliów, królestwa instynktów. I takie zakochanie prędko schodzi jeszcze niżej, zostaje uziemione i pogrzebane. Z tego powodu dzisiejsze relacje trwają krótko, a jeśli nawet przeradzają się w dłuższy związek, to niechybnie pojawia się w nich marazm.

Bliskość cielesna może służyć wznoszeniu do góry, jeżeli stosuje się podejście tantryczne, lecz wymaga to uwagi i rozwagi. Zakochanie wzniesione ku górze dodaje człowiekowi skrzydeł, może otworzyć w nim wyższe postrzeganie rzeczywistości, budzić niesamowite moce duchowe itd.

U późnych Wedrusów energia zakochania krążyła w środku, pozostawała na poziomie serca. Taki stan nie może trwać długo, w naturze nie istnieje stagnacja. Kumulowanie ludzkiej miłości na poziomie serca (bez sublimacji do Miłości) prowadzi do silnego przywiązania, a silne przywiązanie skutkuje śmiercią. I wtedy dopiero, po śmierci, miłość unosi się do nieba, wraz z duszami zakochanych.

Zatrzymywanie energii w środku, w sercu, charakterystyczne jest dla tzw. połówek (to znaczy, zostaje u nich doprowadzone do skrajności). W przytoczonym tekście Aleksandra Sawrasowa pojawia się nawet słowo „połówka”. Jeśli w naszym życiu pojawia się nasza prawdziwa, absolutna, boska połówka, może to oznaczać dwie rzeczy: albo oświecenie, albo śmierć. Tak, wóz albo przewóz. Jeśli połówki spotykają się zbyt wcześnie – zakochani giną. Dzieje się tak, ponieważ zatrzymana zostaje ewolucja duchowa. To jakby „przedwczesne oświecenie”, jakby zerwać niedojrzały owoc albo otworzyć kokon przed czasem. Dusza na nieodpowiednim poziomie rozwoju nie poradzi sobie z tym. To ogromny (bardzo przyjemny) szok energetyczny – u zbyt młodej duszy działa on podobnie jak narkotyk. Dusza taka zapomina o całym świecie, liczy się tylko przebywanie z drugą połówką.

Wśród Wedrusów w pewnym momencie zaczęło się wcielać wiele takich połówek. Można by więc powiedzieć, że inkarnacja dużej ilości połówek doprowadziła do upadku Słowiańszczyzny, ale można i ująć sprawę odwrotnie: kres Słowiańszczyzny (związany z Nocą Swaroga) stanowił doskonałą okazję dla dusz chcących doświadczyć przedwczesnego zbliżenia z połówkami. Wszystko jest połączone i zapętlone, przyczyna przechodzi w skutek i skutek w przyczynę, jan przechodzi w jin i odwrotnie.

Upadek rodzimej kultury słowiańskiej był elementem naturalnych cyklów kosmicznych. Cykle te są w naszym wszechświecie naturalne, ale oczywiście ludzkość może je przechodzić w różny sposób. Kalijuga może być ostrzejsza lub łagodniejsza, tak jak bardziej lub mniej surowa może być zima: to zależy, co ludzie sobie wybiorą, co na siebie sprowadzą, co sobie wykreują.

I wszystkie przyczyny także są ze sobą połączone. Bo i zajmowanie się żeńczyn sztuką wojenną prowadzi do upadku, do utraty u nich żeńskiej (ochronnej) energii, a męskiej u mężczyzn. Tak jak wspomniałem na początku: wojujące żeńczyny pojawiają się wśród Słowian tylko w momentach bliskich zagłady. To świadczy poniekąd też o tym, że mężczyźni są wtedy osłabieni i nie potrafią sami obronić ojczyzny: potrzebują niejako wsparcia (fizycznego) kobiet. A to, w grunice rzeczy, tylko pogarsza sytuację, lecz cóż począć: błędne koło przyczyny i skutku już ruszyło.

Z tekstu Sawrasowa można również wyciągnąć inne wnioski. Skoro żeńczyny poszły w bój za swoimi mężami, a jednocześnie stanowiły zdecydowaną większość, to najwyraźniej u Wedrusów standardem było wielożeństwo. Mnie to nie dziwi, jakkolwiek wydaje się kłócić ze wspomnianym idealizmem. Przez wieki chrześcijaństwa tak silnie wpojono nam jedyny słuszny wzorzec jednożeństwa, że poligynia budzi dziś zgorszenie.

Z jedno- i wielożeństwem jest trochę tak, jak z jedno- i wielobóstwem. Wiara dawnych Słowian nie była ani jednym, ani drugim. Nie było u nich programowego monoteizmu, ale i współczesne wyobrażenie o pogańskim wielobóstwie jako opozycji do jedynobóstwa zakrawa na przekłamanie. Nie ma sprzeczności między jednością a wielością („jedność w wielości”).

Kiedyś żartowałem sobie, że w serii książek o Anastazji również przedstawiono związek poliginiczny, bo przecież Anastazja związała się z Władimirem wiedząc, iż jest żonaty. I w „Anastazji”, i w „Dolmenach”, wielożeństwo ukryte zostało między wierszami, ponieważ wyrażone w sposób otwarty nigdy nie zyskałoby akceptacji, cały przekaz zmarnowałby się.

Żeńczyny: nie bójcie się wielożeństwa. Owszem, jednożeństwo też jest właściwe. Skoro przed oświeceniem łączymy się z idealnymi połówkami, to znaczy, że doświadczamy wtedy relacji monogamicznej: połowy są przecież tylko dwie. Ale, tak czy owak, nie przywłaszczajcie sobie mężczyzny. Bo mężczyzną i tak powinnyście się dzielić: jeśli nie z innymi żeńczynami, to z narodem i ojczyzną. Świat mężczyzny nie ogranicza się do rodziny – to także cały naród, ojczyzna, Galaktyka: cały świat zewnętrzny.

Walczące żeńczyny mogą przywodzić na myśl walkirie z naszej mitologii. Walkirie rzadko stawały do walki, włócznie i tarcze nosiły bardziej dla ozdoby. Jednocześnie pojawiają się jako zwiastun problemów miłosnych i rodzinnych. Mitologiczne relacje pełne są napięć, konfliktów i intryg.

Jakie czasy, taka mitologia. W mitologii greckiej i rzymskiej sprawy wyglądają przecież jeszcze gorzej. To wszystko przestrogi przeznaczone na Epokę Lisa. Bo gdybyśmy mieli stawać się takimi bogami, co to się kłócą, knują i trują, to ja dziękuję za taką boskość. Podobnie rzecz ma się ze słowiańskimi bajkami: to bajki na Epokę Lisa. Mamy w tych bajkach i ustrój feudalny, i głupich carów, dzieją się tam różne dziwne, czasem straszne rzeczy, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, a po drodze dostajemy cenne wskazówki.

Dla nas najwyższy obraz żeńczyny to obraz Łady, Bogurodzicy. Widział ktoś Ładę z mieczem?

Żeńczyny mogą, a nawet powinny bronić ojczyzny. Tyle, że nie mieczem, ani karabinem. To niweczenie ich żeńskiej mocy. Marny tego sens. Przecież żeńczyny ostatnich Wedrusów, miast machać żelazem, mogłyby ochraniać swoich mężczyzn energetycznie. Swtorzyć im taki krąg ochronny, taką energetyczną zbroję, że nic ich nie tknie. No właśnie, tylko to przywiązanie. Miłość chroni, miłość to najdoskonalsza tarcza. Kiedy jednak przemienia się w przywiązanie – traci swoje subtelne, ochronne właściwości. Staje się zbyt gęsta, zbyt ciężka. I wtedy w ruch musi pójść żelazo.

Miłość to najlepsza ochrona i mężczyzna pełen Miłości też nie potrzebuje miecza i żadnej innej broni. Może go oczywiście gdzieś tam sobie trzymać dla ozdoby. Istnieją bezkontaktowe sztuki walki, a jeszcze skuteczniejsza jest Miłość. Ta boska, przez duże „M”. Dobrze opisano to w znanej książce „Życie i nauka mistrzów Dalekiego Wschodu”. Mistrzowie zostali zaatakowani przez uzbrojoną po zęby armię bandytów. Naturalnie, mistrzom nic się nie stało. Bandyci zaś wyszli z pojedynku zmasakrowani, chociaż mistrzowie nie kiwnęli palcem. Ale mistrzowie potem ich wyleczyli. Nie wierzysz? To w co wierzysz?

Ja wierzę w Miłość.

Żdan Borod

Jaggi Vasudev: Dlaczego guru noszą brody?

Sadhguru Jaggi Vasudev. Źródło: www.isha.sadhguru.orgPytanie: Dlaczego tak wielu nauczycieli duchowych nosi brody? Czy to element kreowania wizerunku?

Sadhguru: Sądzę, że jesteście już wystarczająco duzi, by to wiedzieć: broda rośnie nie tylko guru, ale wszystkim mężczyznom, naprawdę. Uwierzcie mi, tak właśnie jest. Lecz oni wyrabiają z nią różne dziwne rzeczy. Musielibyście zapytać ich: po co to robią? Żadna część ludzkiego ciała nie istnieje bez celu, prawda? Każda z nich, łącznie ze śledzioną, ma swoje uzasadnienie. Tak więc: natura nie daje niczego bez przyczyny. Jeśli spytacie mężczyzn, dlaczego właściwie usuwają brodę – nie będą do końca wiedzieli.

Kiedy do Indii przybyli Brytyjczycy, każdy mężczyzna nosił brodę, albo przynajmniej wąsy. Dziś, gdy popatrzysz na ulice Bombaju, widzisz samych „muchmunda”. Oni naśladują ludzi, którzy przyszli i zaczęli nimi rządzić, ponieważ ten, kto tobą rządzi, stanowi symbol władzy.

Osiągając pewien poziom wrażliwości zaczynasz pojmować, że wszystko w twoim ciele posiada swoje znaczenie. Powiecie: to tylko moda. Powinniście zatem zrozumieć, że jedyny powód, dla którego przycinacie włosy w rozmaite wzory, to brak bólu. Jeżeli nie czulibyście bólu w nosie – w imię mody moglibyście wycinać w nim dowolne formy. Nawet pomimo bólu ludzie przebijają go dziś w wielu miejscach. Gdyby nie ból w ciele, być może wyjęliby na zewnątrz jelita i chodzili tak po ulicy?

Obecnie większość istot ludzkich nie jest dostatecznie świadoma, ich inteligencja nie wystarczyłaby, aby ich uchronić, gdyby nie ból. Wyłącznie ból trzyma ich w jednym kawałku. Inaczej rozczłonkowaliby siebie i trzymali jedną rękę tutaj, a drugą tutaj. Wyczynialiby wszelkie możliwe szaleństwa. Przed tym chroni ich ból, nie inteligencja. Kiedy inteligencja i wrażliwość wzrastają, człowiek coraz bardziej interesuje się tym, kim jest wewnątrz, czego doświadcza i jak może postrzegać więcej. Nie skupia się już tak bardzo na wyglądzie.

Chociaż i pod tym względem broda ma swoje zalety. Jeśli przez dziesięć lat nie używałbym lustra – wyglądałbym cały czas tak samo. Tym, którzy golą brody – wystarczy jeden dzień bez lustra i już prezentują się inaczej, zgadza się? Widzieliście zdjęcia ludzi sprzed pięćdziesięciu czy stu lat? Jedni przystrzygali wąsy tak, drudzy tak – dziś wydaje się to zabawne, czyż nie? Wyglądają komicznie. I dzisiejsza moda również będzie tak wyglądać po jakimś czasie.

A mężczyzna z pełną brodą wygląda zawsze tak samo – tysiąc lat temu wyglądał tak samo, ponieważ tak chciała natura. Natura nie stworzyła czegokolwiek bez powodu. Skoro wierzysz w geometrię i design – oto i on. Nie zamierzam zmieniać projektu Boga, chcę go wykorzystać najpełniej, jak to możliwe.

Źródło: www.isha.sadhguru.org. Tłumaczenie: Żdan Borod

Matriarchat, rasizm, wymowa „r” i naturalna męska sylwetka

Słowiańska mandala, autor: Żdan BorodBliska mi żeńczyna zarzuca mi rasizm.

Bliska mi żeńczyna jest specyficzną (przy tym piękną i mądrą) istotą. Ale żeńczyny w ogóle inaczej patrzą na sprawy narodowe, zazwyczaj mniej zajmują się nimi. To naturalne. Gorzej, kiedy żeńczyna widzi coś złego w zajmowaniu się sprawami narodu przez mężczyznę. A to rzeczywiście naturalna działka mężczyzn.

Czasami przewrotnie sam nazywam siebie rasistą, ponieważ interesuje mnie zagadnienie ras ludzkich (na co dzisiaj wciąż patrzy się podejrzliwie). Podobnie nazywam siebie seksistą, bo ciekawią mnie sprawy związane z płcią (obiema płciami). Nie jestem jednak w tych dziedzinach szowinistą. Nie uważam żadnej z ras ludzkich czy płci za lepszą.

Potrzebujemy żeńskiego podejścia do ras. To oczywiście filozoficzne uogólnienie, gdyż także wśród żeńczyn znajdzie się wiele zaciekłych i umiarkowanych nacjonalistek. Żeńskie podejście („miłość ponad wszystko”) jest słuszne. Warto odróżnić je od podejścia, nazwijmy to, matriarchalnego. Jego przykład (a właściwie owoc) widzimy we współczesnej poprawności politycznej i uprawianej globalnie polityce multikulturalizmu. Podejście matriarchalne można zapisać w postaci sylogizmu: skoro miłość stoi ponad wszystkim, to również ponad rasami, a z tego wniosek, że rasy nie mają znaczenia.

Z grubsza rzecz biorąc, to prawda. Tak z grubsza to nic nie ma większego znaczenia, bo wszystko to gra (zabawa) miłości. Pytanie tylko, czy powinno się wylewać dziecko z kąpielą? To akurat mało żeńskie, żeńczyny mają dużo serca dla dzieci. Niemniej dziecko spraw narodowych ocalają głównie mężczyźni.

Żeńczyny, którym trudno to zrozumieć, niech zaufają, że męska natura też jest dobra i równie potrzebna jak żeńska.

Półtora roku temu zamieściłem tutaj długi tekst  pt. „Jak rozpoznać Aryjczyka? Przegląd antropologii fizycznej”. Być może przywrócę go (jeszcze go nie przejrzałem po przerwie). Przy okazji tematu ras znowu wychodzi kwestia powierzchownego i głębokiego spojrzenia (na człowieka i świat).

Powierzchowność dotyczy zarówno przypisywania rasom określonych przymiotów, jak i „rozpoznawania” ras po cechach zewnętrznych. Moim zdaniem każda z ras posiada właściwą sobie mentalność, co nie znaczy, że rasa sama w sobie jest „zła” lub „dobra”. Słowian nazywa się rasą światła. Świetnie, ale przecież patrząc na obecną kondycję duchową większości Słowian można by zapytać, gdzie się podziało to Światło. Widać je lepiej przy spojrzeniu globalnym, mniej przy społecznym. Rasa czarna z kolei ma naturę bardziej instynktowną. Statystycznie cielesność przeważa u niej nad intelektem, dlatego zyskała tak silną pozycję w świecie sportu. Jednak wywodzi się z niej także mnóstwo naukowców, choć może nie tych największych i najbardziej odkrywczych.

Swoją drogą, intelekt w dzisiejszym świecie przecenia się, a w zasadzie „ubóstwia”. To przejaw demonizmu. Gdzie intelekt staje się bogiem, tam mamy do czynienia z odwróceniem porządku. Intelekt to najwyższa sfera świadomości jaszczurów, poza niego nie wyjdą. Z tego powodu są zainteresowani wykorzystywaniem ciał duchowych ludzi. Z tego powodu także ludzie z żydowskimi genami zrobili największe kariery w jaszczurzej cywilizacji. Ludzie z przewagą żydowskiego genotypu cechują się (zazwyczaj!) dominacją intelektu nad innymi sferami osobowości. W pewnej mierze dotyczy to również rasy żółtej, która osiąga najlepsze wyniki w badaniach ilorazu inteligencji. Rasę żółtą nazywa się niekiedy rasą smoków, ponieważ zawiera w swej strukturze genetycznej – to brzmi śmiesznie – smocze geny. Smoki to jeden z rodzajów jaszczurów. Naturalnie, Żydzi i rasa żółta to dwie zupełnie różne linie i intelekt działa u nich w różny sposób.

U Słowian intelekt zajmuje miejsce po środku, między Duchem a instynktami. Tak przynajmniej było w naturze. Przerost intelektu to ego.

Przy okazji warto zaznaczyć, że rasa czerwona stanowi faktycznie zupełnie odrębny naród, niespokrewniony z rasą żółtą. Niektóre plemiona amerykańskie przemieszały się z nią (podobnie jak europejskie), ale nie wszystkie.

Wracam do powierzchowności – tym razem pod kątem dopatrywania się u ludzi cech danej rasy. Co jakiś czas przypomina mi się pogląd, według którego Żydzi nie wymawiają „r”. To dosyć udany przykład, zwłaszcza że posiada kiepskie podłoże w rzeczywistości. Tak, na pewno znajdziemy wiele osób żydowskiego pochodzenia, które wymawiają „r” niewyraźnie. A jeszcze więcej takich, które artykułują je bez żadnego problemu. I to nie jakichś tam „kryptożydów”, ale zupełnie oficjalnych i udokumentowanych.

W tej wymowie „r”, jak w wielu stereotypach, tkwi ziarno prawdy. „R” to wibracja, najsilniej wibrująca, wirująca głoska, to „Ra” języka. Język bez „r” zostaje pozbawiony poważnej części swojej wibracji. W angielskim, francuskim i niemieckim wymowa „r” jest zniekształcona. Angielski to język obojnaczy (nie ma w nim rodzajników) i zubożony (są tylko dwa przypadki itd.), stąd stał się podstawowym lingwistycznym narzędziem globalizacji i wynarodowienia, to język kolonialistów. Francja przez wieki przedstawiała sobą ognisko europejskiego zepsucia. Germanizacji używano do dławienia Słowiańszczyzny.

Niewyraźna artykulacja „r” może mieć różne podłoże. Jak zawsze prawdziwa przyczyna spoczywa w umyśle. Nie musi to wynikać z uwarunkowań genetycznych. Takie kryteria są zwodnicze, pozostawiają zbyt obszerny margines błędu.

Ktoś kiedyś nazwał Puszkina Murzynem, bo miał czarnoskórego pradziadka od strony matki (być może, zostały mu po nim mocno kędzierzawe włosy). Od pewnego (rozsądnego, wydawałoby się) młodziana, słyszałem, że grupa krwi B to grupa „indiańska”, a zero „afrykańska”. Słowiańska to natomiast wyłącznie A. Ehe.

Jak coś, to ja mam grupę A, tak że git, a „r” wymawiam jak brzytwa. Można się dowartościować.

Takiej jakości informacje sieją więcej zamętu, niż przynoszą pożytku. Zwłaszcza, że cała okultystyczna machina, która stworzyła religie i wynaturzoną cywilizację, to dzieło Ariów. Najczystszych genetycznie Ariów. Przecież jaszczury nigdy nie opanowałyby Ziemi bez naszej pomocy. Wystarczyło kilku, którzy dogadali się z jaszczurami.

Dla jednych to będzie następny dowód na to, że biała rasa jest najmądrzejsza. Dla matriarchistów będzie to z kolei wspaniała pożywka przeciw białym ludziom, ale pamiętamy już, że nie ma co wylewać dziecka z kąpielą, jak to robią miłośnicy matriarchatu (oni tak bardzo kochają dzieci, że miłość do dzieci stała się dla nich ważniejsza od samych dzieci).

Są ludzie u których trudno określić jednoznacznie przynależność do rasy. Są też tacy, przy których nie ma z tym kłopotu, dlatego zachowujemy to nasze kochane rasowe dziecko w balii słowiańskiego światopoglądu.

Na koniec zagadka: jak wygląda naturalna, prawidłowa męska sylwetka? Czy jest bliższa mężczyźnie po treningu na masę, na rzeźbę, czy takiemu bez specjalnie rozwiniętej muskulatury?

Bliskiej mi żeńczynie chyba nie spodoba się ten tekst. Dziękuję, jeśli ktoś dotrwał do jego końca. Pozdrawiam ciepło.

Żdan Borod